21.02.2026, 01:07 ✶
Kiedy nazywałeś się Vasilij Dolohov, jedno życie przestawało być wystarczającym na wykorzystanie drzemiącego w tobie potencjału twórczego. Starzenie się coraz mocniej go przerażało, a nie potrafił przestać patrzeć w przyszłość – każda myśl nosząca w sobie znamiona geniuszu, gryzła go też w kark wizją rychłej śmierci, która utnie cały ten kreatywny sztorm niosący go przez lata. Nie mógł, nie chciał i nie potrafił tak po prostu się zatrzymać – bo musiał zrealizować tak wiele rzeczy, nim będzie gotów odejść.
Geniuszy jego pokroju kojarzono z tym, że niekoniecznie przywiązywali się do innych na stałe. Czymże była miłość w obliczu tego wszystkiego – ledwie pyłkiem w ogromie ludzkich uczuć i emocji. Spotkał ludzi podobnych sobie i tak łatwo było im ugrzęznąć w zaspokajaniu potrzeby bliskości przypadkowymi spotkaniami i cielesnością. Bo taka bliskość nie zobowiązywała ich do niczego. Nie musieli poświęcać tak cennego czasu zmartwionej rodzinie, odpowiadać na niewygodne pytania, ani robić niczego, czego tak naprawdę robić nie chcieli, aby utrzymać szczątki czegoś, co ktoś odważny mógłby kiedyś nazwać związkiem.
Dolohov do takich osób nie należał. Oczywiście – opinia publiczna łykała historie o wyrozumiałej i kochającej Annaleigh Lestrange muszącej dzielić się wspaniałym mężem z resztą świata, ale ten teatrzyk już u podstaw był kłamstwem. Kłamstwem zawierającym w sobie ziarno prawdy, ale wciąż kłamstwem. Prawda – to ziarno wcześniej wspomniane kiełkowało pod postacią Peregrinusa Trelawneya, na widok którego serce Dolohova drżało coraz intensywniej, bo raz za razem zauważał skupienie w oczach kochanka, kiedy ten badał wzrokiem kolejne story projektów, artykułów i dokumentów wypluwane przez celebrytę w twórczym szale. Oczywiście, że nie on jedyny podziwiał to, co wychodziło spod pióra jednego z największych jasnowidzów swoich czasów, ale on jedyny jak dotąd z taką lekkością dotrzymywał mu kroku i robił to w tak wielu aspektach. A prawda była taka, że chociaż Dolohov bardzo miłości pragnął, wcale łatwy do kochania ani do gonienia nie był.
Zatrzymany w progu, wpierw wyjrzał Peregrinusowi przez ramię.
Czy mógłby przekartkować stos leżących tam dokumentów? Tak. Ale nie musiał, bo był ostatnią osobą w Londynie, jaką można było posądzić o niedomyślność lub głupotę. I mógłby teraz powiedzieć, zgodnie z prawdą, że dodatkowy czas wypada wykorzystać na przyspieszenie pracy zaplanowanej na przyszłe tygodnie, ale oprócz spostrzegawczości życie obdarzyło go czymś jeszcze – wyczuciem sytuacji. Przeniósł więc spojrzenie z blatu dębowego biurka na oczy Peregrinusa, utrzymując kontakt wzrokowy przez kilka pasm niesfornej grzywki.
– Kalendarz mam pusty? – Zapytał wyjątkowo swobodnie, jakby nie zauważał narastającej wokół elektryczności. Brzmiało to dokładnie tak, jak powinno brzmieć pytanie szefa upewniającego się, że wszystko zostało zrobione, ale w relacji z Vasilijem nabierało to zupełnie innego znaczenia. Pytał niebezpośrednio: zrobiłeś to bo coś zaplanowałeś, czy chcesz, żebym się tobą zajął? Bo chociaż uwielbiał być rozpieszczany podarunkami i niespodziankami, potrafił równie dobrze zorganizować coś sam, nawet kiedy było to tak spontaniczne jak dzisiaj.
Geniuszy jego pokroju kojarzono z tym, że niekoniecznie przywiązywali się do innych na stałe. Czymże była miłość w obliczu tego wszystkiego – ledwie pyłkiem w ogromie ludzkich uczuć i emocji. Spotkał ludzi podobnych sobie i tak łatwo było im ugrzęznąć w zaspokajaniu potrzeby bliskości przypadkowymi spotkaniami i cielesnością. Bo taka bliskość nie zobowiązywała ich do niczego. Nie musieli poświęcać tak cennego czasu zmartwionej rodzinie, odpowiadać na niewygodne pytania, ani robić niczego, czego tak naprawdę robić nie chcieli, aby utrzymać szczątki czegoś, co ktoś odważny mógłby kiedyś nazwać związkiem.
Dolohov do takich osób nie należał. Oczywiście – opinia publiczna łykała historie o wyrozumiałej i kochającej Annaleigh Lestrange muszącej dzielić się wspaniałym mężem z resztą świata, ale ten teatrzyk już u podstaw był kłamstwem. Kłamstwem zawierającym w sobie ziarno prawdy, ale wciąż kłamstwem. Prawda – to ziarno wcześniej wspomniane kiełkowało pod postacią Peregrinusa Trelawneya, na widok którego serce Dolohova drżało coraz intensywniej, bo raz za razem zauważał skupienie w oczach kochanka, kiedy ten badał wzrokiem kolejne story projektów, artykułów i dokumentów wypluwane przez celebrytę w twórczym szale. Oczywiście, że nie on jedyny podziwiał to, co wychodziło spod pióra jednego z największych jasnowidzów swoich czasów, ale on jedyny jak dotąd z taką lekkością dotrzymywał mu kroku i robił to w tak wielu aspektach. A prawda była taka, że chociaż Dolohov bardzo miłości pragnął, wcale łatwy do kochania ani do gonienia nie był.
Zatrzymany w progu, wpierw wyjrzał Peregrinusowi przez ramię.
Czy mógłby przekartkować stos leżących tam dokumentów? Tak. Ale nie musiał, bo był ostatnią osobą w Londynie, jaką można było posądzić o niedomyślność lub głupotę. I mógłby teraz powiedzieć, zgodnie z prawdą, że dodatkowy czas wypada wykorzystać na przyspieszenie pracy zaplanowanej na przyszłe tygodnie, ale oprócz spostrzegawczości życie obdarzyło go czymś jeszcze – wyczuciem sytuacji. Przeniósł więc spojrzenie z blatu dębowego biurka na oczy Peregrinusa, utrzymując kontakt wzrokowy przez kilka pasm niesfornej grzywki.
– Kalendarz mam pusty? – Zapytał wyjątkowo swobodnie, jakby nie zauważał narastającej wokół elektryczności. Brzmiało to dokładnie tak, jak powinno brzmieć pytanie szefa upewniającego się, że wszystko zostało zrobione, ale w relacji z Vasilijem nabierało to zupełnie innego znaczenia. Pytał niebezpośrednio: zrobiłeś to bo coś zaplanowałeś, czy chcesz, żebym się tobą zajął? Bo chociaż uwielbiał być rozpieszczany podarunkami i niespodziankami, potrafił równie dobrze zorganizować coś sam, nawet kiedy było to tak spontaniczne jak dzisiaj.
with all due respect, which is none