21.02.2026, 16:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.02.2026, 16:02 przez Alastor Moody.)
Od Spalonej Nocy minęło sporo czasu, ale Alastor nigdy nie odzyskał pełnej klarowności umysłu. Stała czujność, tekst kojarzony do tej pory ze śmiechem, żartami i tym, jakim Moody był niepoprawnym pracoholikiem, nagle nabrał o wiele ciemniejszych, barw – bo młody Auror zdawał się dostrzegać zagrożenia we wszystkim i wszędzie. To już nie były dowcipy ani zaczepki. On naprawdę bał się własnego cienia i coraz mocniej potrzebował ciągłego upewnienia się, że to co znajduje się wokół niego jest rzeczywiste.
Oczywiście, jak na Moody'ego przystało, przeszkadzała mu wizja dzielenia się tym z innymi. Wiedział o postępującym szaleństwie, ale nie mówił o tym – pewnych rzeczy trzeba było się przy nim domyślić. Testy spostrzegawczości nie były tu wyjątkowo skomplikowane, ale żeby je przejść, trzeba było go minimalnie znać. Sprawnie unikał więc oceny w pracy, ale dzisiaj... Cóż, dzisiaj obawiał się, że fasada w końcu pęknie, obnażając wszystkie jego niedoskonałości, bo kto miał zasiąść przy jednym stole z trójką najbliższych mu ludzi. Problemy z bezsennością ciążyły mu już od dłuższego czasu, ale nocy poprzedzającej Mabon nie pomogło mu już nawet zwykłe piwo – musiał spić się cięższym alkoholem, a rano zmyć z siebie tak dużą ilość potu, że czuł się jakby zmienił skórę. I trochę tak chyba było? Wrak człowieka nagle stał się kimś wyglądającym chociaż trochę wyjściowo. Założył wyprasowaną koszulę, w miarę eleganckie spodnie. Nie miał żadnych ekstrawaganckich ubrań, ale wyglądał bardzo schludnie. Zwykle roztrzepane włosy ułożyły się nawet nieco lepiej niż zwykle – były już na tyle długie, aby zakręcić się na końcach, co czyniło je wyraźną ozdobą zmęczonej twarzy.
Zamierzał robić dziś to, do czego życie z takim ojcem przygotowało go najlepiej – dobrą minę do złej gry.
Oczywiście, że Bott to zauważy. To, jak pęka. Uścisnął mu dłoń na powitanie jak zawsze, objął go jak zawsze, poklepał go po plecach jak zawsze. Dobrze ubrany, pachnący wodą kolońską na specjalne okazje – jak w szczycie własnych możliwości, a jednak Bott zawsze wiedział. Zupełnie jakby mógł mimo wszystko poczuć ten alkohol, jakby nie dało się zmyć tego smrodu mimo szorowania ciała gąbką. Na szczęście Alastor nigdy nie odnosił wrażenia, że jest tymi bystrymi, spostrzegawczymi oczyma oceniany. Były w nich troska i zmartwienie, nigdy pogarda. Bo Bott to dobry człowiek był. Czasami zbyt dobry dla tego świata. Był przyjacielem, którego każdy chciał mieć.
– Bertie – powiedział do niego wesoło, nie kryjąc lekkiego wzruszenia – to miejsce jest cudowne. – Miał wrażenie, że już mu to mówił pięć, może i więcej razy. Bo to miejsce było cudowne i Alastor nie mógł przepracować radości związanej z tym, że to co stało się z chatą Botta w Dolinie w żaden sposób tego wspaniałego człowieka nie zatrzymało. Może nawet nadało mu rozpędu. To zaś sprawiało, że Moody czuł potrzebę walki z własnym losem. No bo przecież zawsze, kiedy zakładał na ciało mundur i mierzył się z wizją rychłej śmierci – ostatniej służby, z której już nigdy nie wraca – to właśnie Millie i Bertie, ich przepiękne uśmiechy i dusze pełne marzeń, uspokajały go i pozwalały mu na przekraczanie granic własnych możliwości. Dla nich warto było walczyć i czynić ten świat lepszym. On sam szczególnie czarującego życia przecież nie miał. Aktualnie spał na materacu na podłodze w jednym z mieszkań z sieci. Nie potrafił o siebie zadbać. Właściwie jedyną rzeczą, jaką zrobił dla siebie przez ostatnie lata, było nie zerwanie kontaktu z Eden.
Położył dłoń tak, aby siostra mogła wsunąć w nią swoją, po czym zacisnął swoje wielkie, szorstkie palce.
– Heeej, to jest coś, co naprawdę chciałbym zobaczyć – przyznał. I chciał nawet zasugerować coś od siebie: portret tej kury, co w Beltane porwał ją wiatr, ale ugryzł się w język, bo przecież to mogło lepiej zadziałać jako niespodzianka.
Wzrok przeniósł na swojego ojca.
– Pracujesz dzisiaj? – Jeszcze nie był świadom tego, że on sam został z listy wykreślony.
Oczywiście, jak na Moody'ego przystało, przeszkadzała mu wizja dzielenia się tym z innymi. Wiedział o postępującym szaleństwie, ale nie mówił o tym – pewnych rzeczy trzeba było się przy nim domyślić. Testy spostrzegawczości nie były tu wyjątkowo skomplikowane, ale żeby je przejść, trzeba było go minimalnie znać. Sprawnie unikał więc oceny w pracy, ale dzisiaj... Cóż, dzisiaj obawiał się, że fasada w końcu pęknie, obnażając wszystkie jego niedoskonałości, bo kto miał zasiąść przy jednym stole z trójką najbliższych mu ludzi. Problemy z bezsennością ciążyły mu już od dłuższego czasu, ale nocy poprzedzającej Mabon nie pomogło mu już nawet zwykłe piwo – musiał spić się cięższym alkoholem, a rano zmyć z siebie tak dużą ilość potu, że czuł się jakby zmienił skórę. I trochę tak chyba było? Wrak człowieka nagle stał się kimś wyglądającym chociaż trochę wyjściowo. Założył wyprasowaną koszulę, w miarę eleganckie spodnie. Nie miał żadnych ekstrawaganckich ubrań, ale wyglądał bardzo schludnie. Zwykle roztrzepane włosy ułożyły się nawet nieco lepiej niż zwykle – były już na tyle długie, aby zakręcić się na końcach, co czyniło je wyraźną ozdobą zmęczonej twarzy.
Zamierzał robić dziś to, do czego życie z takim ojcem przygotowało go najlepiej – dobrą minę do złej gry.
Oczywiście, że Bott to zauważy. To, jak pęka. Uścisnął mu dłoń na powitanie jak zawsze, objął go jak zawsze, poklepał go po plecach jak zawsze. Dobrze ubrany, pachnący wodą kolońską na specjalne okazje – jak w szczycie własnych możliwości, a jednak Bott zawsze wiedział. Zupełnie jakby mógł mimo wszystko poczuć ten alkohol, jakby nie dało się zmyć tego smrodu mimo szorowania ciała gąbką. Na szczęście Alastor nigdy nie odnosił wrażenia, że jest tymi bystrymi, spostrzegawczymi oczyma oceniany. Były w nich troska i zmartwienie, nigdy pogarda. Bo Bott to dobry człowiek był. Czasami zbyt dobry dla tego świata. Był przyjacielem, którego każdy chciał mieć.
– Bertie – powiedział do niego wesoło, nie kryjąc lekkiego wzruszenia – to miejsce jest cudowne. – Miał wrażenie, że już mu to mówił pięć, może i więcej razy. Bo to miejsce było cudowne i Alastor nie mógł przepracować radości związanej z tym, że to co stało się z chatą Botta w Dolinie w żaden sposób tego wspaniałego człowieka nie zatrzymało. Może nawet nadało mu rozpędu. To zaś sprawiało, że Moody czuł potrzebę walki z własnym losem. No bo przecież zawsze, kiedy zakładał na ciało mundur i mierzył się z wizją rychłej śmierci – ostatniej służby, z której już nigdy nie wraca – to właśnie Millie i Bertie, ich przepiękne uśmiechy i dusze pełne marzeń, uspokajały go i pozwalały mu na przekraczanie granic własnych możliwości. Dla nich warto było walczyć i czynić ten świat lepszym. On sam szczególnie czarującego życia przecież nie miał. Aktualnie spał na materacu na podłodze w jednym z mieszkań z sieci. Nie potrafił o siebie zadbać. Właściwie jedyną rzeczą, jaką zrobił dla siebie przez ostatnie lata, było nie zerwanie kontaktu z Eden.
Położył dłoń tak, aby siostra mogła wsunąć w nią swoją, po czym zacisnął swoje wielkie, szorstkie palce.
– Heeej, to jest coś, co naprawdę chciałbym zobaczyć – przyznał. I chciał nawet zasugerować coś od siebie: portret tej kury, co w Beltane porwał ją wiatr, ale ugryzł się w język, bo przecież to mogło lepiej zadziałać jako niespodzianka.
Wzrok przeniósł na swojego ojca.
– Pracujesz dzisiaj? – Jeszcze nie był świadom tego, że on sam został z listy wykreślony.
fear is the mind-killer.