Posłała do niego uśmiech, bo tak jak mu pisała, zrozumiałaby, gdyby odmówił. A odmówił tylko połowicznie i w żadnym razie nie chowała urazy, bo ubrania ze stałej kolekcji również były piękne i jej siostra zdawała się być zadowolona. Poza tym rozumiała stawiane przez niego granice i w żadnym wypadku nie chciała ich przekraczać, sama nie lubiła, gdy ktoś jej mówił, jak powinna wykonywać swoją pracę. I zdenerwowałaby się, gdyby jej mówiono, wobec kogo ją wykonywać, a wobec kogo nie. Wierzyła, że Chris jest tak dobry w tym, co robi, bo ma pewną wolność artystyczną i się nie zmusza, jeśli tego nie czuje, ale sama artystką nie była i kompletnie się na tym nie znała, mogła więc tylko zgadywać jak to jest.
Victoria sobie nie odmawiała. Ostatnie pół roku było dla niej trudne – z początku mocno straciła na wadze, mało jadła, a wszystko to ze stresu, przez to, co się z nią działo, przez dojmujące zimno, wspomnienia babki, nieszczęsny rytuał miłosny Beltane i wszystkie jego konsekwencje… Sierpień zwiastował dla niej pewną zmianę, podnosiła się ze swojego upadku, a dwa koty, które przygarnęła w krótkim odstępie czasu jakoś leczyły jej złamane serce i równie połamaną psychikę. A później przyszedł wrzesień i wszystko posypało się jak domek z kart. Bardzo wątpiła, czy nadmiar słodyczy w jej życiu jej zaszkodzi, tym bardziej że chcąc nie chcąc miała w ramach swojej pracy sporo ruchu. No i… lubiła sobie zjeść. Gdy było coś dobrego, to sobie nie odmawiała, tym bardziej, że jakiś czas temu wrócił jej apetyt i przestała skubać jedzenie jak mały hoo-hoo.
– Nie umiałabym odmówić tiramisu. I czekolady – zaśmiała się jeszcze, potwierdzając wszystkie domysły o niej i miłości do słodyczy… ale nie każdych.
Plac może i nie był duży, ale robił wrażenie, a atmosfera nocy, która już zdążyła zapaść, gwiazd, które rozrzucone były po ciemnym niebie, wprowadzała pewną magię. Nie, nie czuła ciepła, było jej tak samo zimno jak w Anglii, ale odczuwała inne rzeczy: inną wilgotność powietrza, to, że nie powietrze nie było ciężkie od deszczu, a choć Wenecja była „pływającym” miastem, to pachniało to zupełnie inaczej, ta woda, a po prostu dowolne miejsce w Anglii. Victoria teraz już uważniej przypatrywała się architekturze miasta, a czasami nawet i ludziom, których mijali po drodze, nie spiesząc się nigdzie. Miała tylko (jak zwykle) nadzieję, że Jej Lodowatość nie przeszkadza Christopherowi za bardzo. Przejmowała się tym na powrót, bo bardzo martwiło ją u początku tej przypadłości, by ostatecznie zepchnąć to gdzieś w kąt, bo jej były narzeczony w ogóle nie był na to wrażliwy, będąc równie chłodnym, ale Rosier był normalnym człowiekiem, który odczuwał chłód i ciepło i…
– Pewnie zbyt szybko kolejny bal maskowy się nie odbędzie – stwierdziła, przystając na moment przy witrynie sklepowej, przyglądając się ruszającemu się manekinowi, a następnie lewitującym maskom – wszystkie były kunsztownie wykonane i zdobione i zdecydowanie robiły wrażenie. Szybko jednak jej wzrok prześlizgnął się w kierunku, który wskazał jej Christopher, na te osobliwe schody, które spowodowały, że czarownica uniosła wyżej brwi. – Jeśli tak jest na zewnątrz, to ciekawe co mają w środku – a poza tym trochę zaświeciły jej się oczy. Nie znała włoskiego, ale kochała książki tylko trochę mniej niż eliksiry, czekoladę i koty. W szkole często można było ją zobaczyć czytającą jakieś tomiszcze czy to w pokoju wspólnym Ślizgonów, czy w bibliotece, czy na błoniach. Lubiła zapach książek. W amortencji z pewnością by je wyczuła… – Wejdziemy zobaczyć?