Morpheus pokiwał głową, ale nie miał pojęcia, jaką substancją czy zaklęciem był ten Gli-Tter. Może to było jakieś medyczne określenie, którego nie znał? Bardzo prawdopodobne, bo miał wrażenie, że już kiedyś słyszał o tym wynalazku, w tym samym kontekście, co o śmiesznych, kolorowych karteczkach, które przyklejały się do ściany bez zaklęcia. Mugolskie wynalazki. Tylko dlaczego mieliby zabijać kogoś mugolskimi wynalazkami? W sumie z tego samego powodu, z którego zabijali śmiechem.
— To brzmi, jakby miało sens. Prosta zagadka, proste rozwiązanie. W razie czego znam takiego jednego klątwołamacza, który nie lubi brokatu... — zażartował, uznając, że po prostu wejdą. Co wielkiego może się stać? Najwyżej umrą i będą nawiedzać Egipskie cmentarzysko. Nie pierwszy, nie ostatni brytyjski duch na tych ziemiach. Weszli więc do wnętrza grobowca, a przynajmniej zrobił to Morpheus. Był przed nimi tylko wąski korytarz, prowadzący w głąb. Morpheus wyciągnął różdżkę i rozpalił magiczne światełko, odkrywając w ciemności prześliczne hieroglify i płaskorzeźby na ścianach, kolorowe opowieści, których nie rozumiał, bogowie, których nie wyznawał. Nawet sufit był malowany, w papirusy, krokodyle i wodne istoty, których nie rozpoznawał. Ścieżka musiała symbolizować Nil. Tak mu się wydawało.
— Podejrzanie nic się nie dzieje — stwierdził cicho, stawiając kolejny krok w głąb grobowca. I nadal nic. Absolutnie nic się nie działo. Żadnych mumii, żadnych kapłanów i żadnych klątw. Oby nie pomyślał o tym w nieodpowiednim momencie. — W razie czego uciekaj, nie oglądaj się na mnie. Jestem dobry w uciekaniu, poradzę sobie.
Morpheus miał w głosie szaleństwo kogoś, komu nie zależało i w celu zdobycia wiedzy, potrafił poświęcić wiele. Miał też nadzieję, że Basilius zrozumiał aluzję. Licz na siebie, bo ja będę patrzeć ku oświeceniu, nie ku ratowaniu własnego tyłka.