Przysnął, w fotelu, nad książką, z zimym paleniskiem, bo nie mógł znieść widoku ognia. Nadal.
W jego snach znów spadł popiół, drobny i gęsty, niby śnieg piekielny, który nie chłodzi, lecz dławi. W mgnieniu oka dzień zamienił się w noc; pośród ulic rozległy się krzyki, modlitwy, przekleństwa. Matki tuliły dzieci do piersi, starcy padali na kolana, wyciągając ramiona ku niebu, które zasnuło się krwią purpurowych błyskawic. A wtedy ogień przemówił. Nie był on płomieniem domowego ogniska, przy którym opowiada się baśnie; był potworem o tysiącu języków, wijącym się i syczącym, pożerającym dachy, drzewa, ciała.
Podskoczył, słysząc głos. Odetchnął. Znał ten głos i wyszedł mu na powitanie.
— Thomas! — Morpheus wykrzyknął z entuzjazmem, wyłaniając się z jednego z westybuli. Morpheus nie sypiał, to normalne. Morpheus, jak na kogoś, noszącego imię bożka snu, spał zaskakująco mało i zaskakująco źle, jakby ten bóg miał mu za złe, że przejął jego imię i teraz osoba wieszcza była pierwszym skojarzeniem ludzi, a nie jego boska osoba. Longbottom często myślał, że był przeklinany wielokrotnie przez wielorakie bóstwa.
Hall zameczku nosił jeszcze rany Spalonej Nocy, wybite okna wpuszczały chłodne powietrze, pomimo zabicia, ale rozstawione rusztowania i pył szlifowanych ścian sugerowały powrót do prac remontowych. Zresztą, posiadłość przestawała powoli przypominać nawiedzone miejsce, a coś, co jest hobbistycznym projektem osoby o zbyt dużym budżecie.
— Już myślałem, że nie przyjdziesz. Dzisiaj wstawiono schody do mojego gabinetu, chcesz zobaczyć? — zaproponował Morpheus, nie bardzo wiedząc, jak rozpocząć rozmowę, którą chciał przeprowadzić z Thomasem i nie wyjść na kompletnego szaleńca. Wiedział, że jest niestabilny i wiedział, że inni tak właśnie go widzą, karty mu to dobitnie powiedziały w postaci odwróconego Księżyca. Jawiło się to prześlicznie, nawet gdy wyglądał tak zwyczajnie i miękko w magicznym świetle, wygodnej szacie magicznej i filcowych pantoflach, które nie wydawały żadnego dźwięku.