22.02.2026, 17:32 ✶
Najwięcej lubiła spędzać czas jak zwierzę, czerpiąc z dnia garściami na sposoby, jakie wielu uznałoby za próżniactwo. Pielęgnować instynkt: wylegiwać się na powietrzu i dawać prowadzić wyłącznie głodem, ciekawością, pożądaniem. Obok tej dzikości nie potrafiła Helloise pozostać jednak obojętna na swojego ducha, a ten domagał się momentów uwznioślenia, rytuału, i religijnej zadumy: tego dostarczał jej Kowen, do którego wiedźma wyszła i tego dnia, gdy to Brenna nie zastała jej w kurzej chacie.
Do domu wracała późną porą na miotle. Sunęła powoli między drżeniem suchych liści, które poruszał wiatr nietypowo cichy jak na jesienny czas. Gdy zeszła gładko w szarzejące podwórze, w środek żabiego koncertu przykrytego pogdakiwaniem kurczaków, od razu dostrzegła ułożony przed chatą kamienny krąg. Przyglądała mu się krótko bez żadnego wyraźnego wyrazu twarzy — ani zdziwiona, ani przestraszona. Zamyślona jedynie: niechybnie wiedziała od razu, że zwrócona ofiara to znak, który będzie należało odczytać, a zrozumienie rzeczy boskich wymagało skupienia.
Odwróciła się do domu zawieszonego w przestworzach, stuknęła kozakiem w glebę podwórza, a gigantyczne kurze kolanko zgięło się, spuściło do ziemi domek, który otwarł przed gospodynią drzwi. Czarownica zniknęła na chwilę we wnętrzu; po chwili wyłoniła się bez miotły, a z dużą misą wypełnioną kaszą, twarogiem i warzywami. Rzuciła swoim ptakom jeść. Jedna z kur nie dopchała się do rynienki; Helloise wzięła ją więc pod pachę i zabrała ze sobą, gdy poszła do zwróconego jej daru. Klękła przy kręgu, umościła sobie kurę na podołku, żeby wygodnie głaskać niespokojnego ptaka, który zdecydowanie wolałby ten czas spędzać, walcząc o kolację. Czarownica podniosła czaszkę ze szczytu stosu i w wyciagniętej do góry ręce oglądała ją w słabym, niknącym świetle dnia, od czasu do czasu spuszczając wzrok na głowę kurczaka — porównywała ich kształty. Odłożyła kość z powrotem i schyliła głowę. Siedziała już tylko w bezczynnym pozornie milczeniu, bujając się lekko na piętach w przód i w tył.
Myślała o tym, dlaczego ofiara powróciła. Byłaby to rzecz ludzka, gdyby ktoś rozgniewany odkrył ją jakimś sposobem i wrzucił jej byle jak za płot zebrane z własnego podwórza dary. Lecz to wróciło niemal nienaruszone, i pamiętała, że wróciło od Longbottomów. Czyżby wysunęła błędną intencję za tę rodzinę, skoro Bogini oddała jej dar modlitwy? Medytowała nad kamieniami, szukając znaczenia dla tego zjawiska, gdy kura na jej kolanach stała się więcej niż niespokojna i dziobnęła ją spłoszona w rękę. Czarownica puściła ptaka. Zainteresowana jego reakcją, dopiero wtedy rozejrzała się i dojrzała przyczajonego wilka. Czy mogła z takiej odległości rozpoznać w nim Brennę? Wątpliwe. Wiedziała jednak, skąd pochodziły zwrócone kamienie, i wiedziała, że Brenna przemienia się w wilka, więc zaryzykowała łagodne pytanie:
— Pomożesz mi to zrozumieć? Nie wiem, dlaczego wróciło.
Do domu wracała późną porą na miotle. Sunęła powoli między drżeniem suchych liści, które poruszał wiatr nietypowo cichy jak na jesienny czas. Gdy zeszła gładko w szarzejące podwórze, w środek żabiego koncertu przykrytego pogdakiwaniem kurczaków, od razu dostrzegła ułożony przed chatą kamienny krąg. Przyglądała mu się krótko bez żadnego wyraźnego wyrazu twarzy — ani zdziwiona, ani przestraszona. Zamyślona jedynie: niechybnie wiedziała od razu, że zwrócona ofiara to znak, który będzie należało odczytać, a zrozumienie rzeczy boskich wymagało skupienia.
Odwróciła się do domu zawieszonego w przestworzach, stuknęła kozakiem w glebę podwórza, a gigantyczne kurze kolanko zgięło się, spuściło do ziemi domek, który otwarł przed gospodynią drzwi. Czarownica zniknęła na chwilę we wnętrzu; po chwili wyłoniła się bez miotły, a z dużą misą wypełnioną kaszą, twarogiem i warzywami. Rzuciła swoim ptakom jeść. Jedna z kur nie dopchała się do rynienki; Helloise wzięła ją więc pod pachę i zabrała ze sobą, gdy poszła do zwróconego jej daru. Klękła przy kręgu, umościła sobie kurę na podołku, żeby wygodnie głaskać niespokojnego ptaka, który zdecydowanie wolałby ten czas spędzać, walcząc o kolację. Czarownica podniosła czaszkę ze szczytu stosu i w wyciagniętej do góry ręce oglądała ją w słabym, niknącym świetle dnia, od czasu do czasu spuszczając wzrok na głowę kurczaka — porównywała ich kształty. Odłożyła kość z powrotem i schyliła głowę. Siedziała już tylko w bezczynnym pozornie milczeniu, bujając się lekko na piętach w przód i w tył.
Myślała o tym, dlaczego ofiara powróciła. Byłaby to rzecz ludzka, gdyby ktoś rozgniewany odkrył ją jakimś sposobem i wrzucił jej byle jak za płot zebrane z własnego podwórza dary. Lecz to wróciło niemal nienaruszone, i pamiętała, że wróciło od Longbottomów. Czyżby wysunęła błędną intencję za tę rodzinę, skoro Bogini oddała jej dar modlitwy? Medytowała nad kamieniami, szukając znaczenia dla tego zjawiska, gdy kura na jej kolanach stała się więcej niż niespokojna i dziobnęła ją spłoszona w rękę. Czarownica puściła ptaka. Zainteresowana jego reakcją, dopiero wtedy rozejrzała się i dojrzała przyczajonego wilka. Czy mogła z takiej odległości rozpoznać w nim Brennę? Wątpliwe. Wiedziała jednak, skąd pochodziły zwrócone kamienie, i wiedziała, że Brenna przemienia się w wilka, więc zaryzykowała łagodne pytanie:
— Pomożesz mi to zrozumieć? Nie wiem, dlaczego wróciło.
dotknij trawy