12.03.2023, 00:38 ✶
- Tak bardzo, że mógłbyś występować na scenie – rzuciła dość zgryźliwym tonem. Oczywiście należało to czytać pomiędzy wierszami – osobiście tak naprawdę nie uważała, że możliwe by było wypchnięcie Cala na deski, żeby zabawiał innych. Nie, inaczej – nie potrafiła sobie wyobrazić Shafiqa jako kogoś, kto zapewniałby komukolwiek choćby odrobinę rozrywki.
A już na pewno nie w obecnym nastroju.
- Nie mam pojęcia, trzeba by skrzata pytać – stwierdziła z pewną irytacją w głosie. Tak. Zapewne powinna była sięgnąć po dokładnie ten eliksir, biorąc pod uwagę, w jakim stanie wyszła z tych cholernych snów – I żadnej Nell, zaraz zacznie mnie poić tymi swoimi... – nie dokończyła, ale czy w istocie musiała? Dość, że naprawdę nie miała ochoty na nikogo, kto by teraz wokół niej skakał.
Gdy tylko przekroczyli próg salonu, skierowała się bezpośrednio do barku. Tak, alkohol co do zasady nie był najlepszym rozwiązaniem; nie, gdy w istocie należało się kurować. W każdym razie, kieliszki? A na cholerę jej dodatkowe naczynia, skoro można pić prosto z butelki? Zaś jeśli chodziło o siedzenie, to w istocie, Cal musiał sam zatroszczyć się o zwolnienie mebla. Leta z jakiegoś powodu pozostawała niezmiennie niereformowalna – gdziekolwiek by się nie znajdowała, nie potrafiła mieć porządku, zupełnie jakby nie potrafiła się poruszać tam, gdzie panował ład; potrzebowała swego rodzaju chaosu, a bałagan nie był bałaganem, dopóki doskonale wiedziała, gdzie co odnajdzie.
Zamarła w pół ruchu, gdy przyznał się do tego, iż nie był to pierwszy raz, kiedy spotykał tego dziwnego mężczyznę w snach. A następnie zdecydowanie – przy czym, jeśli się przyjrzeć, jedną rękę dość wyraźnie oszczędzała - odkręciła butelkę trunku i pociągnęła całkiem spory łyk. Zapiekło w gardle, specyficzne ciepło zaczęło się rozlewać, w pewien sposób przeganiając resztki koszmaru.
Prawdziwszego, niż by sobie życzyła.
- Hm, coś w tym może być, że cię ściągnęłam… – stwierdziła powoli, podchodząc bliżej Cala. Gestem zaoferowała mu butelkę – mógł ją odebrać i samemu się napić, o ile w ogóle tego zapragnął – W końcu nie przypominam sobie, żebyś był tam od początku – zacisnęła mocno wargi, aż zmieniły się w cienką linię. Bo dlaczego właściwie wołała właśnie Cala? Ze wszystkich możliwych ludzi – właśnie Shafiq? Zresztą, w zasadzie to nie było istotne, a już na pewno nie tu i teraz – Nie jestem też do końca pewna, czy każdy jeden sen był mój i tylko mój. Albo sam je wszystkie wyciągał, albo potrafił wybrać te, w których mógł się schować – zauważyła chmurnie.
A w oczach pojawił się ponury błysk.
Chciał go znaleźć.
Też chciała.
- Więc znajdźmy go razem – stwierdziła. To nie była oferta pomocy, którą można odrzucić. Nie sugestia. Stwierdzenie, jakby wspólne poszukiwania były oczywiste i jedyną możliwą opcją.
Kimkolwiek był mężczyzna ze snów, wyrok został nie tylko wydany, ale i podpisany. Jego zaś wykonanie pozostawało jedynie kwestią czasu – i Leta była dziwnie przeświadczona, że nastąpi to prędzej niż później.
A może po prostu tylko w to wierzyła, naprawdę chcąc wymazać z kart świata nazwisko, którego nawet jeszcze nie znała.
A już na pewno nie w obecnym nastroju.
- Nie mam pojęcia, trzeba by skrzata pytać – stwierdziła z pewną irytacją w głosie. Tak. Zapewne powinna była sięgnąć po dokładnie ten eliksir, biorąc pod uwagę, w jakim stanie wyszła z tych cholernych snów – I żadnej Nell, zaraz zacznie mnie poić tymi swoimi... – nie dokończyła, ale czy w istocie musiała? Dość, że naprawdę nie miała ochoty na nikogo, kto by teraz wokół niej skakał.
Gdy tylko przekroczyli próg salonu, skierowała się bezpośrednio do barku. Tak, alkohol co do zasady nie był najlepszym rozwiązaniem; nie, gdy w istocie należało się kurować. W każdym razie, kieliszki? A na cholerę jej dodatkowe naczynia, skoro można pić prosto z butelki? Zaś jeśli chodziło o siedzenie, to w istocie, Cal musiał sam zatroszczyć się o zwolnienie mebla. Leta z jakiegoś powodu pozostawała niezmiennie niereformowalna – gdziekolwiek by się nie znajdowała, nie potrafiła mieć porządku, zupełnie jakby nie potrafiła się poruszać tam, gdzie panował ład; potrzebowała swego rodzaju chaosu, a bałagan nie był bałaganem, dopóki doskonale wiedziała, gdzie co odnajdzie.
Zamarła w pół ruchu, gdy przyznał się do tego, iż nie był to pierwszy raz, kiedy spotykał tego dziwnego mężczyznę w snach. A następnie zdecydowanie – przy czym, jeśli się przyjrzeć, jedną rękę dość wyraźnie oszczędzała - odkręciła butelkę trunku i pociągnęła całkiem spory łyk. Zapiekło w gardle, specyficzne ciepło zaczęło się rozlewać, w pewien sposób przeganiając resztki koszmaru.
Prawdziwszego, niż by sobie życzyła.
- Hm, coś w tym może być, że cię ściągnęłam… – stwierdziła powoli, podchodząc bliżej Cala. Gestem zaoferowała mu butelkę – mógł ją odebrać i samemu się napić, o ile w ogóle tego zapragnął – W końcu nie przypominam sobie, żebyś był tam od początku – zacisnęła mocno wargi, aż zmieniły się w cienką linię. Bo dlaczego właściwie wołała właśnie Cala? Ze wszystkich możliwych ludzi – właśnie Shafiq? Zresztą, w zasadzie to nie było istotne, a już na pewno nie tu i teraz – Nie jestem też do końca pewna, czy każdy jeden sen był mój i tylko mój. Albo sam je wszystkie wyciągał, albo potrafił wybrać te, w których mógł się schować – zauważyła chmurnie.
A w oczach pojawił się ponury błysk.
Chciał go znaleźć.
Też chciała.
- Więc znajdźmy go razem – stwierdziła. To nie była oferta pomocy, którą można odrzucić. Nie sugestia. Stwierdzenie, jakby wspólne poszukiwania były oczywiste i jedyną możliwą opcją.
Kimkolwiek był mężczyzna ze snów, wyrok został nie tylko wydany, ale i podpisany. Jego zaś wykonanie pozostawało jedynie kwestią czasu – i Leta była dziwnie przeświadczona, że nastąpi to prędzej niż później.
A może po prostu tylko w to wierzyła, naprawdę chcąc wymazać z kart świata nazwisko, którego nawet jeszcze nie znała.
481/1275