Bardzo doceniała to, że Christopher starał się nie dawać po sobie znać swoich odczuć względem jej zimna. Wiadomo, do wszystkiego można się było przyzwyczaić, ale czasami nie miało się wpływu na pewne odruchy i bardzo doskwierało jej to zwłaszcza na samym początku, gdy ludzie nie byli jeszcze przyzwyczajeni – i nawet jej własna matka się wzdrygała, chociaż później już nauczyła się nad sobą panować.
– Może, chociaż to faktycznie bardziej pasuje do zimy – gdy noce były dłuższe, dnie zimniejsze, a ludzie zapadali w coś w stylu zimowego snu, z którego wybudzali się na czas imprez i bali. W tym okresie i atmosferze bale maskowe pasowały jak ulał, ale jak to będzie w tym roku…? Tego nie potrafiła przewidzieć, zresztą próba jakiegoś poukładania sobie w głowie świata i tak spełzała na niczym, bo prędzej czy później działo się coś, a może raczej Coś przez duże C, co klocki i puzzle rozrzucało tak mocno, że trzeba było zacząć od początku. – Ale fakt, trochę grzech odwiedzić Wenecję i nie przywieźć maski weneckiej – przyznała, choć już zaraz jej uwaga skupiła się na tej księgarni. W niczym to jednak nie przeszkadzało, skoro było to tuż obok, zawsze mogli po wyjściu wstąpić kupić sobie na pamiątki maski.
Nie miała oczekiwań względem wystroju, a i tak ją zaskoczyło to, co zastali. Księgarnia wydawała się być na swój sposób jednocześnie obskurna i wcale nie. Daleko było temu do wielkich salonów, czy nawet Esów i Floresów na Pokątnej, ale książki piętrzyły się tutaj od podłogi aż po sam sufit i nic więcej Victorii nie było potrzebne do szczęścia, bo uśmiechnęła się mimowolnie na ten widok. Beczki wypełnione książkami i gondole takoż sprawiły, że mimo wszystko zatrzymała się, jeszcze bardziej zaskoczona, oglądając je sobie z bliska. Uznała ostatecznie, że to rzeczywiście musi być element dekoracji i powoli przemieściła się wąskim przejściem, uważając, by przypadkiem niczego nie strącić… dokądś. Aż Chris zainteresował się kapeluszem i coś przykuło jego uwagę. Czarnowłosa szybko prześlizgnęła się wzrokiem po najbliższych tytułach, z zaskoczeniem rejestrując, że część jest po angielsku, ale nim przyjrzała się uważniej, Rosier już trzymał w rękach książkę, a ona wychyliła się by odczytać tytuł.
– Demon ubiera się u Rosierów? – przeczytała i uśmiechnęła się, unosząc spojrzenie na Christophera. Trochę zabawnie wyszło, ale chyba żadne z nich nie miało pojęcia, że Stanley Borgin nazywał Victorię demonem… ta z kolei ubierała się u Rosierów. Mniejsza. – Jakoś mnie ten tytuł ominął – przyznała w końcu całkiem szczerze, ale nie było to raczej nazbyt dziwne, już się blondynowi przyznała, że czytuje głównie księgi naukowe (bo zwyczajnie lubiła się uczyć, nawet teraz, będąc dorosła i gdy już dawno byli po szkole i nie czekały ich żadne egzaminy… no dobrze, nieprawda, bo w Ministerstwie kilka zdawała). – O czym to? – zapytała, zachęcając, by jednak coś powiedział, skoro ta książka tak mu się podobała. W sumie to faktycznie była ciekawa.