Zmrużyła lekko oczy w uśmiechu na myśl o tych słodkościach i było to trochę mimowolne. Normalnie była bardziej powściągliwa, ale czar Wenecji nieco osłabił jej zwyczajowy dystans i metaforyczny chłód, zresztą znała się z Chrisem i nie czuła się przy nim niekomfortowo.
– Byłam jakiś czas temu na Sycylii – przyznała na wspomnienie o cannoli. – Objadłam się ich tam trochę, są pyszne – oczywiście, że się objadła, jak mogłaby sobie odmówić i miał rację, bo grzechem byłoby nie zabrać ich trochę do Anglii, skoro już tutaj było, sama zostawiłaby je siostrom.
Fakt, sama z siebie sięgała głównie po jakieś naukowe publikacje, księgi wiedzy wszelakiej lub stare tomiszcza o magii, surowcach, eliksirach… takie tam. Ale to nie znaczyło, że czytała tylko to. W tym roku przeczytała nawet mugolską książkę, Władcę Pierścieni, bo była to ulubiona książka Sauriela. Nie widziała nic złego w dzieleniu się tym, co się lubiło, a Victoria chciała, swoim zwyczajem, zrozumieć. Wiedza nie miała granic.
– Dlaczego ze wstydem? – zaśmiała się cicho, zerkając ponownie na okładkę książki, nim uniosła spojrzenie na dużo wyższego od niej Rosiera. – Było tam coś, co cię zainspirowało? – podpytała, bo skoro powiedział, że tak mocno zainteresowało go to, że pisano o kolekcji i pokazie, to może wtedy, gdy to czytał, coś poruszyło wodze jego wyobraźni? – Brzmi jak lekka książka na odstresowanie – dodała jeszcze i uśmiech ponownie dotarł aż do jej ciemnych oczu. – Nic czego należałoby się wstydzić – ale według Victorii w ogóle nie powinno się wstydzić czytania, choć były osoby, które jej wartości nie wyznawały.
A kiedy Christopher zadał swoje pytanie, to chociaż wiedziała, że chodzi mu o książki, nie mogła nie zauważyć, że można było to zinterpretować zupełnie inaczej.
– O tak, oczywiście – patrzyła przez moment na Chrisa, po czym uśmiechnęła się całkiem z siebie zadowolona, nim odwróciła wzrok na te książki i ten prześlizgnął się po tytułach, teraz rejestrując je znacznie bardziej niż wcześniej i pośród tych nielicznych angielskich tytułów jej mózg wyłapał jeden. Bardzo ważny dla niej tytuł.
Baśnie Barrda Beedle’a.
Uśmieszek, który przykleił się do jej twarzy złagodniał w moment i wyciągnęła dłoń po książkę, by obejrzeć ją sobie z bliska. Dużo już czasu minęło, nim sięgnęła po nią ostatnim razem.
– Najważniejszy tytuł mojego życia – powiedziała, choć raczej żartobliwie niż całkowicie poważnie. – Jak byłam mała i siadałam na fotelu w pracowni taty, to gdy czekał na moment w eliksirach, czytał mi te baśnie. Potrafiłam go tak zamęczać w kółko, w ogóle mi się nie nudziły, chociaż słyszałam je po pięćdziesiąt razy. Tata to chyba wykuł je przez to na pamięć – otworzyła aż z ciekawości tom i przekartkowała, zatrzymując się przy jednym z obrazków. Nie pytała, czy Christopher je znał, zakładała, że każde dziecko wychowane w domu czarodziejów je zna. – Lata już do tego nie zaglądałam – przyznała z pewnym zamyśleniem, nostalgią wręcz. Ile to lat minęło? Dwadzieścia?