25.02.2026, 15:19 ✶
Brenna się chyba niczym nie zdradziła. Helloise ją dostrzegła dlatego, że byłam pewna, że mogę ją zobaczyć. Nie bij mnie.
Mimo że czarownica podejrzewała, że zmierzający ku niej wilk nie jest dzikim gościem z głębin Kniei, po jej kręgosłupie i tak przebiegł dreszcz, gdy skrzyżowała wzrok ze ślepiami zwierza. Wilczyca stanęła przy niej już jako kobieta, czym Helloise rozczarowała się — straciła bowiem okazję do posmakowania pod palcami gęstego futra. Zapomniała już, jak wysoka była Brenna Longbottom. Klęcząc na ziemi, musiała wysoko wznosić oczy, żeby na nią patrzeć.
— Chyba — powtórzyła za brygadzistką, jak echo, bo choć pojęcie karmy nie było jej zupełnie obce, to nigdy nie studiowała tak dalekich religii. — Lubię, gdy rzeczy wracają. Nigdy nie wracają takie same. Zawsze trochę odmienione. — Spuściła wzrok na odtworzony ręką Brenny kopiec wzorowany na jej kompozycji. Bliźniaczy rytuał, mimo że rzeczywiście pozbawiony w obu przypadkach magii.
Helloise, podobnie jak Brenna, również żyła w cieniu strachu, choć zgoła innego niż ten przed terrorem Śmierciożerców. Żyła pod Knieją: tu widma napędzały koszmary, które nawracały, mimo że przeżycie sabatu wydźwignęło czarownicę z najgłębszych lęków po widzeniu z upiorami. Oddała się w Mabon ufnie w opiekę Matki, pokrzepiło ją przeświadczenie o usłyszanej modlitwie. Wyglądała więc lepiej: nie była już wypłoszona i ponura, lecz niemal tak samo błogo rozmarzona jak zwykle. Na tyle, na ile potrafiła być w takim sąsiedztwie.
— Modliłaś się w Mabon? — zapytała Brennę, poprawiając tu i tam układ kamieni pod sobie tylko znany wzór. — To dar. Złożyłam dar za nas wszystkich, bo tego dziś potrzebuje Knieja. Jest źle. Tak źle. I tak mało z tym robimy. — Rzewnie pobrzmiewały te ostatnie słowa. Rzewnym rozgoryczeniem i wyrzutem; oskarżeniem. — Modliłam się w imieniu waszym, bo nie można na was polegać. Potrzebujemy, aby Matka zwróciła oczy ku Dolinie. Potrzebujemy głosów, próśb i starań. — Zadarła głowę w górę, aby odnaleźć spojrzenie Brenny i sprawdzić, czy rozumie. Miała nadzieję, że rozumie. Zawsze wydawała się dobrą dziewczyną. — Potrzebujemy jej opieki, jeśli mamy przetrwać. Zimą jest bardzo ciemno. Ile zimniej może tu jeszcze być? — Uniosła rękę i, jeśli tylko Brenna jej pozwoliła, kobieta ujęła jej dłoń. — Skoro odwzajemniłaś moje zaproszenie, chodź i módl się ze mną.
Mimo że czarownica podejrzewała, że zmierzający ku niej wilk nie jest dzikim gościem z głębin Kniei, po jej kręgosłupie i tak przebiegł dreszcz, gdy skrzyżowała wzrok ze ślepiami zwierza. Wilczyca stanęła przy niej już jako kobieta, czym Helloise rozczarowała się — straciła bowiem okazję do posmakowania pod palcami gęstego futra. Zapomniała już, jak wysoka była Brenna Longbottom. Klęcząc na ziemi, musiała wysoko wznosić oczy, żeby na nią patrzeć.
— Chyba — powtórzyła za brygadzistką, jak echo, bo choć pojęcie karmy nie było jej zupełnie obce, to nigdy nie studiowała tak dalekich religii. — Lubię, gdy rzeczy wracają. Nigdy nie wracają takie same. Zawsze trochę odmienione. — Spuściła wzrok na odtworzony ręką Brenny kopiec wzorowany na jej kompozycji. Bliźniaczy rytuał, mimo że rzeczywiście pozbawiony w obu przypadkach magii.
Helloise, podobnie jak Brenna, również żyła w cieniu strachu, choć zgoła innego niż ten przed terrorem Śmierciożerców. Żyła pod Knieją: tu widma napędzały koszmary, które nawracały, mimo że przeżycie sabatu wydźwignęło czarownicę z najgłębszych lęków po widzeniu z upiorami. Oddała się w Mabon ufnie w opiekę Matki, pokrzepiło ją przeświadczenie o usłyszanej modlitwie. Wyglądała więc lepiej: nie była już wypłoszona i ponura, lecz niemal tak samo błogo rozmarzona jak zwykle. Na tyle, na ile potrafiła być w takim sąsiedztwie.
— Modliłaś się w Mabon? — zapytała Brennę, poprawiając tu i tam układ kamieni pod sobie tylko znany wzór. — To dar. Złożyłam dar za nas wszystkich, bo tego dziś potrzebuje Knieja. Jest źle. Tak źle. I tak mało z tym robimy. — Rzewnie pobrzmiewały te ostatnie słowa. Rzewnym rozgoryczeniem i wyrzutem; oskarżeniem. — Modliłam się w imieniu waszym, bo nie można na was polegać. Potrzebujemy, aby Matka zwróciła oczy ku Dolinie. Potrzebujemy głosów, próśb i starań. — Zadarła głowę w górę, aby odnaleźć spojrzenie Brenny i sprawdzić, czy rozumie. Miała nadzieję, że rozumie. Zawsze wydawała się dobrą dziewczyną. — Potrzebujemy jej opieki, jeśli mamy przetrwać. Zimą jest bardzo ciemno. Ile zimniej może tu jeszcze być? — Uniosła rękę i, jeśli tylko Brenna jej pozwoliła, kobieta ujęła jej dłoń. — Skoro odwzajemniłaś moje zaproszenie, chodź i módl się ze mną.
dotknij trawy