List, a może błaganie o pomoc? Trudno było stwierdzić jednoznacznie. Otrzymała od Stanleya korespondencję w której prosił ją o to, żeby pojawiła się u niego, a raczej u niego i jego mamy na obiedzie. Prośba brzmiała dosyć dramatycznie, w końcu eksmisja wydawała się być poważną sprawą. Oczywiście, że nie zamierzała odmówić. Nie po tym, jak pojawiła się w mieszkaniu Borgina cała roztrzęsiona. Musiała się tam zjawić, wypadałoby, żeby pojawiła się i zrobiła nieco lepsze wrażenie. W końcu pierwsze spotkanie z jego matką było dosyć dramatyczne, przynajmniej z jej strony. Anne wydawała się być wtedy bardziej spokojna od niej.
Nie do końca jednak wiedziała, kim ma być podczas tego spotkania. Potrafiła się dostosować, grać, jeśli wymagała tego okazja. Przedstawiła się jako znajoma Stanleya, jednak czy była tylko znajomą? Trudno jej było odpowiedzieć na to pytanie. Zaczęła go traktować, jako kogoś więcej, może mogła już go nawet nazwać przyjacielem, sama nie do końca potrafiła określić kim dla siebie byli.
Stella zdecydowała, że pojawi się u Borginów trzeciego sierpnia. Nie miała zamiaru odmówić, tym bardziej, że Stanley brzmiał jakby naprawdę potrzebował tego spotkania. Podejrzewała, że nie chodzi o niego. Miała świadomość, jakie bywają matki, czasem coś zobaczą i lubią co nieco dopowiedzieć. Nie dają wtedy spokoju. Zamierzała dać Pani Borgin to, czego oczekiwała. Nie mogła zawieść Stanleya. Szczególnie, że on sam pomógł jej ostatnio w kilku sprawach. Miała wrażenie, że ostatnio coraz lepiej się dogadują, naprawdę go lubiła i zależało jej na tej znajomości. Był to jeden z powodów dla których nie zamierzała odmówić. Do tego wszystkiego wydawało jej się, że jako jeden z nielicznych nie spogląda na nią przez pryzmat tego, kim ona jest - co również było dla niej bardzo ważne.
Wstała tego dnia dosyć wcześnie. Miała dużo czasu na to, żeby przygotować się do nadchodzącego spotkania. Musiała zastanowić się nad tym, jak się ubrać. Było to naprawdę ważne, w końcu wizyta była dosyć oficjalna, ale jednak nie tak bardzo jak jej wszystkie występy. Musiała znaleźć równowagę. Wybrała białą sukienkę w drobne, różowe kwiaty, która sięgała jej za kolano. Nie wypadało, żeby świeciła zadkiem. Włosy związała w wysoki koński ogon, żeby nie wlatywały jej do talerza i oczu. Umalowała się jeszcze bardzo delikatnie, w przeciwieństwie do tego, jak wyglądała podczas ostatniej wizyty w ich domu. Była gotowa do wyjścia. Nie stresowała się specjalnie tym spotkaniem, Stella nie miała problemu z tym, żeby odnaleźć się w każdej sytuacji.
Nim jednak udała się na Aleję Horyzontalną zahaczyła jeszcze o cukiernię. Nie wypadało, żeby szła w gości z pustymi rękoma. Pomyślała, że najodpowiedniejszym prezentem będzie ciasto - chyba każdy lubił słodycze. Wybrała niewielki tort czekoladowy, w końcu mieli spędzić ten czas tylko we trójkę.
Udało jej się dostać na Aleję Horyzontalną bez żadnych przeszkód. Zdecydowanie trwało to jednak dłużej niż ostatnim razem, kiedy to biegła tak, że mogłaby wyzionąć ducha. Jednak teraz nie musiała się martwić tym, że ktoś może chcieć ją zabić. Borgin pilnował jej tej pierwszej nocy po pamiętnym śnie i to nie wróciło. Musiało być jednorazowe, także mogła przemieszczać się spokojniej, bez niepotrzebnego stresu.
Pojawiła się przed drzwiami na poddaszu i zastukała, dzisiaj zdecydowanie było to mniej efektowne wejście niż ostatnim razem, kiedy to dobijała się do drzwi krzycząc w głos imię mężczyzny, który tam mieszkał.
Nie czekała długo, Stanley otworzył jej drzwi chwilę po tym, jak do nich zapukała. Usmiechnęła się ciepło na przywitanie, choć nie do końca wiedziała, dlaczego została zaproszona na ten obiad. W tej chwili było to jednak mało istotne. - Cześć, elegancki, jak zawsze. - Skomentowała jeszcze jego wygląd. Chciała być miła. Tak po prostu. Musnęła jeszcze delikatnie ustami jego policzek na przywitanie. - Nigdzie się nie wybieram. Powiedz tylko kim mam być dla Ciebie podczas tego obiadu. - Nie miała pojęcia, w jaki sposób nakreślił ich znajomość swojej matce, wolała wiedzieć czego od niej oczekiwał, żeby nie popełnić jakiegoś błędu, tym bardziej, że zależało od tego to, czy będzie dalej tu mieszkał. Brzmiało to poważnie. Sama w końcu nie umiała stwierdzić kim dla siebie są, nie padły żadne deklaracje, wiedziała tylko tyle, że zaczyna jej na nim zależeć, ale też nie miała pojęcia, czy powinna to okazywać, w końcu nie do końca zdawała sobie sprawę, co on czuje.
Dopiero kiedy wspomniał, że ma coś dla niej zauważyła kwiatki. Przesunęła do nich nos, żeby zobaczyć, jak pachną. - Dziękuję, ale nie trzeba było. - Miała wrażenie, że było to najbardziej oficjalne spotkanie z tych wszystkich, które mieli już za sobą. Wręczyła mu do rąk tort, który przyniosła. - Będziemy się dzisiaj świetnie bawić. - Szepnęła mu jeszcze do ucha, żeby trochę podbudować swoją i jego pewność siebie.
Weszła do środka. Gotowa stawić czoła wyzwaniu, nie takie już rzeczy robiła w swoim życiu. Powinna sobie poradzić bez większego problemu. - Dzień dobry Pani! - Przywitała się, gdy tylko drzwi się za nią zamknęły. - Pięknie Pani wygląda. - Odparła jeszcze do kobiety. Musiała być miła i zrobić na niej dobre wrażenie, szczególnie, że zależał od niej los Stanleya. - Przyniosłam tort czekoladowy, myślę, że wszyscy za nim przepadają. - Może powinna wziąć ze sobą jeszcze jakieś wino, jednak nie pomyślała. Trudno, nie było chyba jeszcze, aż tak źle. Nie ma co się nad tym zastanawiać, ruszyła w stronę stołu, gdzie powinna zająć miejsce.