Ból, który zadawała teraz Saurielowi był całkowicie nieświadomy. Może nie rozrywający, a dla niektórych może nawet byłby i przyjemny – teraz jednak o tym nie myślała, bo głowę miała pustą. Albo pełną strachu, zależy jak na to spojrzeć. Bliskość Rookwooda po prostu jej pomagała, jak irracjonalne by to nie było, bo przecież nic takiego nie robił. Po prostu… Był. Ale czasami nie potrzeba niczego więcej, nie?
Kiedy tak pikowali, kobieta mocno zamknęła oczy, ale wcale nie zrobiło jej się od tego lepiej. I wcale nie była pewna ile to trwało – bo jak dla niej, to całe wieki. Więc otworzyła oczy, by ostatnie (bardzo długie) sekundy być bliżej własnej śmierci. Tylko, że ona nie nastąpiła. Powóz w końcu się wyprostował, szarpnęło, podskoczyli, przejechali jeszcze kawałek po prostej drodze i się zatrzymali. I wtedy nastała taka głucha cisza, od której Victorii aż dzwoniło w uszach. Zupełnie zignorowała marudzenie abraksana. I to co mówił do niej Sauriel też… wydawało się, że do niej nie dociera. Po prostu trzymała jego rękę i gapiła się gdzieś przed siebie, w jakiś bliżej nieokreślony punkt, którego nawet nie widziała. I się też nie ruszała. Nie mrugała. Jedyną oznaką tego, ze żyje, była unosząca się przy oddechach klatka piersiowa. Potrzebowała, by ją ktoś z tego wyrwał. Szturchnął, potrząsnął, uszczypnął, uderzył… cokolwiek. Dłuższe gadanie do niej też by podziałało. Ostatecznie na pewno odwróciła w końcu głowę na Sauriela, przełknęła ślinę i odetchnęła głębiej, przez usta.
- Żyję – musiała odchrząknąć, bo jej głos brzmiał, jakby nie używała go przez cały dzień, co nie było prawdą. Musiała mieć zaciśnięte wszystkie mięśnie tak mocno, że teraz był tego efekt. - Żyję – powtórzyła już pewniej i dopiero zorientowała się, że zaciska swoje palce na ręce Sauriela. Momentalnie jej uścisk zelżał, przesunęła smukłe palce na swoje kolana i rozprostowała palce. Na skórze czarnowłosego było widać ślady po jej paznokciach, w które się teraz wpatrywała. - Przepraszam – wymamrotała pod nosem i w zakłopotaniu uniosła jedną dłoń, by wplątać ją w swoje włosy. Nerwowym ruchem zaczęła się nimi bawić, nawinęła nawet jeden kosmyk na palec. - Nie chciałam, wybacz – wyrzuciła z siebie jeszcze i dopiero teraz podniosła oczy, by spojrzeć na Rookwooda.
Abraksan się nie pomylił. Oboje mogli usłyszeć najpierw jedno, potem drugie uderzeine kropel o dach powozu. Z początku powoli, by po kilku sekundach słyszeć już miarowe uderzenia deszczu. Te jednak wzmagały.
- Paaaadaaaaa. Zmoknęęę – zajęczało stworzenie. - Zabierzcie mnie stąąąd – chyba nie lubił być mokry.