Chłód balkonu uderzył go w twarz chwilę przed tym, jak uderzyło w niego limoncello. Ciecz spłynęła po materiale jego odświętnej szaty z bezwstydną precyzją, lepka, cytrusowa, zbyt jasna na tle czerni. Przez krótką sekundę patrzył w dół, jak plasterek pomarańczy osiada na tkaninie niczym ironiczna przypinka do jego własnej bezczelności. Potem uniósł głowę powoli, bez cienia pośpiechu. Jak ktoś, kto nie został zaskoczony, a jedynie potwierdzony w swoim przypuszczeniu. Bo nie był to jego pierwszy taki zimny prysznic. Kwaśny chlust, czy to alkoholu, czy słów, nie należał do doświadczeń, które potrafiły go zawstydzić. Teoretycznie powinien studzić temperament. W praktyce działał odwrotnie. Takie reakcje były jak znak jakości. Dowód, że trafił. Że nie przeszedł obok obojętnie. A przecież najważniejsze było właśnie to: szokować. Zostawiać po sobie ślad. Nawet jeśli przez moment odbywało się to czyimś kosztem. Nie był okrutny. Był efektowny. A efekt wymagał czasem ofiary. Przesunął palcami po mokrym materiale, bardziej z namysłem niż irytacją, jakby oceniał krój i fakturę.
- A już myślałem, że zamówiłem coś słodkiego - mruknął z cichym rozbawieniem. W jego głosie nie było skruchy. Była ciekawość. Był błysk, który zapalał się zawsze, gdy napotykał opór równy jego własnemu. Dla takich reakcji wybierał tę ścieżkę. Buńczuczną. Ryzykowną. Czasem nieprzyzwoitą. W istocie był przygotowany na taką reakcję. Nie w sensie dosłownym, nie przewidział limoncello, lecz w sensie temperamentu. Kobiety reagowały różnie: śmiechem, rumieńcem, obrażoną dumą. Ta wybrała gest. Konkretny. Wyważony. Publiczny, ale nie teatralny. To go zaciekawiło bardziej niż jakiekolwiek oburzenie. A jednak w tej swojej gotowości był ślepy. Louvain miał pamięć kapryśną. Albo może raczej, gdy wpadał w wir własnych gierek, wpadał również w widzenie tunelowe. Liczył ruchy, kąty nachylenia spojrzeń, reakcje mięśni twarzy, ale nie analizował kontekstu. Nie widział całego obrazu. Widząc cel, ignorował tło. Nie rozpoznał jej. A może nawet nie powinien? Tylko ślepiec nie dostrzegłby różnicy między dziewczyną z Hogwartu, a kobietą, która właśnie stała przed nim w szmaragdach, z chłodnym szkłem w dłoni i granicą wyrysowaną w spojrzeniu. Tamta była miękka w oczach, łatwo zapalała się emocją. Ta miała w sobie stal. Subtelną, ale obecną.
Nie widział Astorii. Widział linię talii, perfekcyjnie osadzony materiał sukni, odsłoniętą szyję. Zauważył brak pierścionka na palcu, choć nawet jego obecność nie byłaby dla niego warunkiem koniecznym do rozpoczęcia gry. Przyzwoitość nie smakowała mu ani w drinku, ani podana na srebrnej tacy. Gdyby wiedział. Gdyby wiedział, że to ona. Z całą pewnością nie sięgnąłby po ten sam numer. Nie od razu. Nie w tak oczywistej formie. Proces decyzyjny, to chłodne ważenie za i przeciw, trwałby dłużej. Musiałby rozważyć nie tylko potencjalny flirt, ale i ciężar wspomnień. A Louvain, choć lubił wyzwania, nie przepadał za konfrontacją z odpowiedzialnością za własne czyny. Z tego, co pamiętał, nie zostawił po sobie najczystszego śladu. Odszedł wtedy szybciej, niż powinien. Z większą dumą, niż było to konieczne. Z drugiej strony, minęło prawie dziesięć lat. Ludzie się zmieniają. Dorastają. Uczą się. Pytanie tylko, czy aż tak bardzo, by można było udawać, że Louvain Lestrange nie był wtedy złamanym egoistą, który wybierał własny zachwyt nad cudze poczucie bezpieczeństwa. Nie wiedział, że stoi naprzeciw kobiety, która znała jego ogień i popiół. Nie wiedział, że kiedyś patrzyła na niego bez zbroi, bez dystansu. Teraz widział tylko przeciwniczkę godną uwagi. I to wystarczało. Bo gdyby wiedział być może grałby ostrożniej. A może właśnie brutalniej. Na szczęście dla niego, jeszcze nie wiedział.
Czarny dym poruszył się nad linią jego ust, jakby reagował na napięcie między nimi. Na wzmiankę o jego masce zareagował uśmiechem satysfakcji. Zupełnie jakby tylko czekał, aż zauważy zjawisko, którym tak bardzo chciał rezonować na wszystkich dookoła. - Ciężko? - powtórzył miękko, z ledwie zauważalnym uśmiechem. - To raczej kwestia odwagi. Oparł się tyłem łokciami o balustradę, przyjmując pozycję człowieka całkowicie swobodnego. Jakby balkon był jego prywatną sceną. Jakby limoncello było elementem scenografii, a nie afrontem. - Jeśli spojrzeć bliżej, zauważysz, że to coś więcej, niż zasłona - dodał spokojnie. - To taniec. Czarna mgła nad jego twarzą poruszyła się, jakby odpowiadała na ton jego głosu. W tych smugach było coś hipnotycznego. Rozpadały się i składały na nowo, miękko, nieśpiesznie, jak oddech. - Ludzie widzą w nim to, czego się boją - kontynuował z lekkim entuzjazmem, jak ktoś mówiący o dziele, które naprawdę go fascynuje. - A to przecież tylko ślad po tym, co paskudne. Po ignorancji. Po wygodnych kłamstwach. W jego głosie zabrzmiało coś niemal rozmarzonego. Nie mówił o polityce wprost. Nie używał nazw. Ale aluzja była subtelna i wyraźna zarazem. Czarne smugi jako znak zwycięstwa nad zakłamaną rzeczywistością, nad światem, który wymagał oczyszczenia. Poderwał się od balkonowej balustrady. Zrobił krok w jej stronę. Potem drugi. Nie gwałtownie, nie agresywnie. Z ciekawością artysty prezentującego swoje dzieło. Dym przesunął się wraz z nim, czarne pasma przecięły smugę światła sączącą się z okien sali balowej. - Taniec zwycięstwa nad zakłamaną rzeczywistością. Uniósł dłoń i powoli przesunął ją przez jedną z czarnych smug. Ta rozproszyła się na sekundę, by natychmiast odtworzyć swój kształt, jakby oddychała. - A przez jego pryzmat, rzeczywistość nareszcie jest piękna. Zatrzymał się już blisko niej, na tyle, by mogła dostrzec, jak czerń nie jest jednolita. W jej głębi pojawiały się refleksy granatu, głębokiej purpury, chwilowe błyski jak odległe gwiazdy tłumione przez nocne chmury. Odnosił się z ewidentną dwuznaczności, bo chociaż jego słowa opowiadały o masce, którą dzisiaj zasłonił twarz, to ten sam zadziorny uśmiech co zawsze, doskonale zdradzał na kim zawiesił swój wzrok.