Od niemal braku planu w moment wyszli do wieczoru zapełnionego szczegółami, a wystarczyło się tylko na chwilę zatrzymać i porozmawiać. Można to było też przyłożyć jako zasadę rządzącą ogólnie życiem: czasami człowiek stawał na rozdrożu i orientował się, że zupełnie nie wie gdzie iść, co zrobić dalej. Ale… wystarczało się zatrzymać i pomyśleć, może z kimś porozmawiać i w głowie klarowały się rzeczy. Uśmiechnęła się przy tym, bo pasował jej taki plan na najbliższy czas: cukiernia, pracownia masek, spacer i chwila oddechu.
– To też cenna perspektywa – kogoś, kto pracował dla gazety, będący w stanie w fabularny sposób odtworzyć pewne wydarzenia i opisać sprawę od kuchni. I nawet jeśli jeden do jednego nie udało się ująć spraw samego Domu Mody (a może to i dobrze), skoro atmosfera została oddana odpowiednio… to chyba wystarczające.
„Od przybytku głowa nie boli” – mówili. I mówili też, że „co za dużo, to niezdrowo”; dwa powiedzenia dotyczące tego samego, ale sobie przeciwstawne. Z ubiorem było tak samo: „nie szata zdobi człowieka” kontra „jak cię widzą, tak cię piszą”. Znowu: ile ludzi, tyle perspektyw, ale nie dało się zaprzeczyć, że ubiór zmieniał bardzo wiele w postrzeganiu innych ludzi, w tym czy brali cię na poważnie, czy zupełnie nie.
– Mi się bardzo podobało to, jak ona wykiwała tych mugoli – dla niej była to wizja świata, w którym mugole wiedzieli o czarodziejach i jak by to się skończyło: byłyby znowu palenia czarownic, choć w innym wydaniu niż kiedyś (a wtedy nie były przesadnie skuteczne), pokonaliby ich liczebnością i zepchnęli na margines, zmuszając do robienia rzeczy, których samemu im się nie chciało, jak choćby to pranie czy sprzątanie, co za pomocą magii można było dokonać raz-dwa. Praczka była dla niej symbolem tych czasów i wyzysku czarodziejów. I sprytu – bo umiejętności magiczne można było wykorzystać w naprawdę różny sposób, ograniczała nas tylko kreatywność. Gdy Victoria myślała o tym teraz, to było to jeszcze jedno potwierdzenie, że nie ma rzeczy niemożliwych. – Tak, nieźle się różnią… Ale tu przynajmniej podjęli jakieś próby, chociaż chyba niepotrzebnie. Bo Fontannę mój tato przeczytał mi raz i potem omijał, mnie zresztą też bardziej interesowały inne, więc chyba przyjął to z pewną ulgą – baśń była kontrowersyjna, zwłaszcza w rodzinach czystej krwi, które wyznawały ten konserwatywny porządek świata.
– Co, jak to było… Wiluś Siusialik z ust ciotki wywoływały skręt kiszek i absolutne poczucie żenady? – zaczepiła go dalej, gdy przesunęli się w kierunku lady, a gdy sama spojrzała na te notatniki to zgarnęła jeden, dla siostry, i faktycznie zamierzała wziąć tę książkę, którą z półki wyciągnął Rosier. Bo czemu nie?
Zresztą chwilę później zapłacili za wszystko i wyszli na zewnątrz.
– Czyli na poszukiwanie cukierni? – zagaiła jeszcze.