Jeśli miała wrażenie, że jego stanowisko jest tylko chwilową prowokacją, myliła się. Dla niego było to oczywiste jak fakt, że noc następuje po dniu. Cynthia jest i wciąż pozostawała tchórzem w kwestii miłości. Nie w kwestii śmierci, nie w sprawach, które pachniały krwią. Tam potrafiła być bezwzględna. Ale miłość… miłość była dla niej inną kategorią zagrożenia. Czymś, czego nie dało się opanować techniką ani zneutralizować chłodnym wyliczeniem. Był przekonany, że jej magia wygłuszająca emocje nie służyła wyłącznie kontroli nad nekromancją. Owszem, mogła być narzędziem stabilizacji, zabezpieczeniem przed utratą równowagi w obcowaniu ze śmiercią. Do pewnego stopnia nawet w to wierzył. Ale równie oczywiste było dla niego coś innego, że używała jej także dlatego, że bała się zakochać. Bała się zakochać w nim. Bała się tego, że uczucie do niego wymknie się spod kontroli szybciej niż jakiekolwiek zaklęcie. Złapał ją na tym przynajmniej raz. Widział, jak sięga po to wyciszenie nie z konieczności, lecz z odruchu. Jakby chciała przytłumić coś, co zaczynało pulsować zbyt mocno. A jej oburzenie, kiedy rozproszył jej zaklęcia, nie było tylko gniewem urażonej dumy. Było paniką. Odsłoniętą, nagą, niemal bezbronną. To właśnie wtedy upewnił się w swoim przekonaniu. Gdyby chodziło wyłącznie o technikę i kontrolę, zareagowałaby chłodno. Tymczasem w jej oczach zobaczył coś innego. Strach przed tym, że ktoś zobaczy ją bez filtra. - Nie straszne ci mordować niewinnego, ale boisz się przyznać, że zakochałaś się w mordercy. Odrzekł sucho kiedy zapytała go o wyrok. To był najcięższy zarzut jaki nad nią ciążył. Strach przed posunięciem się dalej w ich relacji był dla niej bardziej paraliżujący niż zabójstwo brygadzisty w białych rękawiczkach. Tamtej nocy nie zawahała się. Ręce miała pewne, spojrzenie twarde, decyzję podjęła bez drżenia. A przy nim? Przy nim potrafiła drżeć pod cieniem własnych emocji. Widział to wtedy i widział to teraz. Różnica była dla niego uderzająca. I w jednym pozostawał nieugięty. Miał swoją opinię o pannie Flint i była ona niczym niepodważalna. Nie dopuszczał w tej dyskusji półcieni ani interpretacyjnych skrótów. Jedynym rozwiązaniem, które uznawał za uczciwe, było przyznanie mu racji. Wszystko inne, każde wyjaśnienie, każde zniuansowanie traktował jak matactwo. Jak eleganckie wykręcanie się przed tym, co uważał za oczywiste: jej hipokryzję. Bo nie mógł zaakceptować, że kobieta, która z taką łatwością wchodzi w mrok śmierci, cofa się przed mrokiem miłości. W jego świecie te dwa obszary były nierozerwalne. A jeśli ona twierdziła inaczej, musiała się mylić albo kłamać.
Czy kiedykolwiek kochał tak naprawdę, tak, że byłby gotów być słabym? Przez krótką chwilę milczał, jakby pozwalał, by wspomnienia same wybrały, które z nich wypłyną na powierzchnię. Nie odwrócił wzroku. Nie uciekł. - Tak - odpowiedział w końcu spokojnie. Słowo padło bez zawahania. I było w nim coś prawdziwego. Kochał. Nie w sposób, o którym pisały książki ani w jaki wyobrażają go sobie chłopcy i dziewczęta wychowane na obietnicach wieczności. Nie było w tym uniesienia ani miękkiej słabości, którą można złożyć u cudzych stóp. Była odpowiedzialność. Była świadomość, że czyjeś błędy stają się również twoimi. Że czyjeś upadki musisz podnosić własnymi rękami, nawet jeśli kruszą się pod ich ciężarem. Przez całe życie był słaby. Nie przy kobiecie, nie w romantycznym uniesieniu. Był słaby przy Lorettcie. Przy tej, której tragedie mnożyły się szybciej niż jego cierpliwość. Godził się na to, by być jej cieniem, jej tarczą, jej żałosnym rycerzem od brudnych spraw, podczas gdy ona nawet nie zauważała, jak każdą swoją opłakaną decyzją rozszarpuje go od środka. Brał na siebie konsekwencje. Milczał. Wygładzał. Tłumaczył. I za każdym razem coś w nim umierało, ale trwał, bo taka była cena lojalności. Nie powiedział Cynthii wszystkiego. Nie powiedział, że ta miłość nie miała w sobie romantyzmu. Że nie była wyborem serca, lecz obowiązkiem, który przylgnął do niego jak blizna. Nie powiedział, że nigdy nie był gotów oddać komuś swojej słabości w sposób, o jaki ona pytała. Że nigdy nie pozwolił sobie być bezbronny dla kobiety, bo wiedział, jak kończy się oddanie komuś władzy nad własnym upadkiem. - Byłem słaby - dodał ciszej. - Wystarczająco długo. W jego spojrzeniu nie było wstydu. Była twarda świadomość, że słabość nie zawsze wygląda jak drżenie dłoni. Czasem wygląda jak lata milczenia i brania na siebie cudzych ruin.
W półcieniu jego twarzy przemknęło coś, co trudno byłoby nazwać uśmiechem, lecz niewątpliwie było bliskie satysfakcji. Cynthia podjęła temat kokotek. Zniżyła się do poziomu, który sam jej podsunął, próbując obrócić jego tanią prowokację przeciwko niemu. I właśnie tego chciał. Przez krótką chwilę poczuł niemal fizyczną ulgę. Napięcie w jego barkach uszło bokiem, mordercze spojrzenie, którym jeszcze przed momentem ją mierzył, rozmyło się w chłodnej kalkulacji. Złapała haczyk. Odpowiedziała na zaczepkę. To wystarczyło. Ta chwilowa radość nie była triumfem nad nią, lecz nad sytuacją. Wystarczyło jedno słowo, by sprowadzić rozmowę na niższy rejestr, gdzie emocje łatwiej było kontrolować. Gdy próbowała wykpić jego “popularność”, dostrzegł w tym coś, co było mu bliższe niż jej deklaracje o miłości; impuls. Ukłucie. Reakcję. I przez moment niemal zapomniał, dlaczego patrzył na nią z taką bezwzględnością. Wolał ją ostrą i złośliwą niż wzniosłą i moralną. Daleko było mu do stwierdzenia, że kobiety są głupie. To byłoby zbyt proste, zbyt płaskie. Prawda była bardziej niewygodna. Wszystko, co w życiu bolało najmocniej, przyszło właśnie od kobiet. To one najcelniej trafiały w miejsca, których nie chroniła żadna duma. Gdyby nie one, być może nigdy nie dostrzegłby, jak kruche i groteskowe bywa męskie ego. Jak potrafi rozsypać się szybciej niż rybie ości w zalewie, pozostawiając po sobie tylko śmieszność i pustkę. I choć w wielu sytuacjach wciąż instynktownie kierował się tą energią, potrzebą dominacji, potrzebą udowodnienia, dobrze wiedział, że to jedynie konstrukt. Coś, co należało wyciąć jak czyraka, zanim stanie się słabością. Zanim ktoś nauczy się w to miejsce trafiać z zamkniętymi oczami. Nie skomentował jej zaczepek. Nie dlatego, że nie potrafił. Przeciwnie. W głowie już formowały się odpowiedzi, zbyt łatwe, zbyt celne. Kusiło go, by arogancko zauważyć, że gdyby jednak zdecydowała się wskoczyć mu do łóżka, być może dowiedziałby się o niej więcej w jedną noc niż przez lata tej ostrożnej gry. Było w tym coś prymitywnie satysfakcjonującego. Ale powstrzymał się. Sens tej rozmowy był ważniejszy niż chwilowa kpina. Chodziło o coś więcej niż wygranie słownej potyczki. Ona miała uwierzyć, że to ona kontroluje tempo tej wymiany. Tymczasem on już dostał to, czego oczekiwał. Potwierdzenie, że potrafi ją sprowadzić na poziom, który uważała za poniżej siebie. A to znaczyło, że wciąż potrafi nią poruszyć. I to było znacznie cenniejsze niż jakakolwiek riposta.
Słuchał jej w bezruchu, ale w nim samym nic nie było nieruchome. Jej słowa nie raniły go jak stal, były raczej jak palce wsunięte w szczelinę pancerza, sprawdzające, czy coś pod nim jeszcze pulsuje. "Nigdy nie będę mogła stać się kimś, kto patrzy z takim obrzydzeniem i pogardą na kogoś, kogo kocha.” To zdanie nie było wyrzutem. Było granicą. A granice istniały tylko po to, by je testować. Nigdy więcej żadnych, pieprzonych, granic. Powtarzał to sobie przy każdym momencie zawahania, od chwili kiedy porzucił pomysł o oświadczeniu się Lorraine. Nie próbował jej złamać. Złamanie było łatwe, banalne wręcz. Widział, jak ludzie pękają pod naciskiem znacznie słabszym niż ten, który mógłby jej zadać. Jego celem nie było sprawienie jej przykrości ani odebranie godności. Chciał wydobyć z niej mrok, który już raz zobaczył, tamtej nocy, gdy ogień odbijał się w jej oczach, a ona nie cofnęła się przed decyzją, którą wielu nazwałoby nieludzką. Wtedy nie była szara ani niebieska. Była intensywna, niebezpieczna, prawdziwa. I to właśnie tę wersję chciał zobaczyć ponownie. Nie tę, która mówi o miłości jak o przysiędze, lecz tę, która potrafi stanąć w płomieniach i nie mrugnąć. Patrzył na nią teraz jak alchemik, który nie ufa złotu, dopóki nie podda go próbie ognia. Jej spokój, jej opanowanie, jej duma, to wszystko mogło być siłą. Ale mogło być też hamulcem. Jeśli w chwili próby zawaha się, jeśli spróbuje go zatrzymać, jeśli wybierze moralną wyższość zamiast lojalności, stanie się ciężarem. A Louvain nie niósł ciężarów. On je odrzucał.
I po raz pierwszy od dłuższej chwili coś w nim drgnęło nie z gniewu, lecz z nieprzyjemnej świadomości. Przez ułamek sekundy zobaczył sytuację z dystansu. Siebie stojącego naprzeciw niej z morderczym spojrzeniem, z chłodem, który miał ją przetestować, a zamiast tego niemal wepchnął ją w defensywę. To on doprowadził do momentu, w którym musiała wypowiedzieć takie słowa. Nie chciał, by czuła z jego strony zagrożenie. Nie w ten sposób. Wściekłość, która jeszcze przed chwilą pulsowała mu w żyłach, nie wynikała z chęci zniszczenia jej. Była frustracją, że nie dostarczała mu odpowiedzi, których oczekiwał. Że nie reagowała tak, jak powinno reagować ktoś, kto rzekomo stoi na progu ciemności. Ale zagrożenie… nie o to mu chodziło. A jednak wszystko, czym był, wszystko, co reprezentował, sprowadzało się właśnie do tego słowa. On żył z tą świadomością codziennie. Z wiedzą, że pewnego dnia stanie naprzeciw ludzi, których zna od lat. Przyjaciół. Sojuszników. Być może części własnej rodziny. I że kiedy ten moment nadejdzie, nie będzie miejsca na zawahanie. Nie będzie przestrzeni na sentyment. To on musi wyjść z tej walki jako zwycięzca. Za wszelką cenę. Inaczej cała droga, którą obrał, stanie się farsą.
Spojrzał na nią inaczej niż wcześniej, nie łagodniej, ale głębiej. - Jesteś pewna? - zapytał cicho, już bez drwiny. - Naprawdę jesteś pewna, że nie potrafiłabyś tak spojrzeć? Zrobił krótką pauzę, jakby ciążyły mu imiona, które za chwilę wypowie. - Co zrobisz, Cynthia, jeśli kiedyś będziesz musiała wybrać między mną a Victorią? Albo Atreusem? - Jego głos pozostał równy, niemal spokojny, ale w spojrzeniu pojawiło się coś twardego. - Jak na mnie spojrzysz w chwili, kiedy ich krew będzie na moich rękach? Nie podniósł głosu. Nie musiał. To nie była groźba. To była wizja przyszłości, którą on już dawno zaakceptował jako możliwą. I jeśli miała stać przy nim, musiała spojrzeć jej w oczy tak samo jak on. W jego spojrzeniu nie było już czystej pogardy, lecz coś znacznie bardziej wymagającego. Oczekiwanie. Sprawdzał, czy pod jej deklaracjami kryje się gotowość na konsekwencje. Czy rozumie, że ścieżka, którą idzie, nie prowadzi do jasnych salonów ani bezpiecznych kompromisów. Że jeśli naprawdę chce go mieć, będzie musiała przyjąć cały ciężar tego, kim jest. Z jego lojalnością wobec Czarnego Pana. Z jego decyzjami, które nie zawsze będą miały w sobie miejsce na wahanie. Nie zamierzał jej oszczędzać. Nie dlatego, że jej nie cenił. Właśnie dlatego, że ją cenił. Bo jeśli ma iść przy nim, musi umieć patrzeć w tę samą otchłań i nie odwracać wzroku. Musi wiedzieć, że mrok nie jest chwilą ani emocją, lecz zobowiązaniem. A on potrzebował pewności. Absolutnej. Że kiedy przyjdzie moment wyboru, Cynthia nie stanie naprzeciw niego, lecz obok.