02.03.2026, 21:31 ✶
Goń mnie — żądała lata temu od innego Lazarusa malutka Helloise.
Nie udawało się go namówić zbyt często. Właściwie mogłaby policzyć na palcach jednej ręki, ile razy przekonała najstarszego brata do zabawy w ganianego — dorośli byli bardzo zajęci i nie bardzo im się chciało. Po to były w domu inne dzieciaki, żeby się ze sobą nawzajem bawiły. Tymczasem Hela najbardziej lubiła gonić się z dorosłymi. Młodszego od siebie Leviathana zawsze zostawiała zbyt szybko daleko w tyle, a starszy od niej Seisyll łapał ją w kilku susach. Tylko dorośli krewni rozumieli, że urok zabawy w ganianego leżał w tym, żeby czuć na karku oddech goniącego, ale zawsze wymknąć mu się w ostatniej chwili.
Gonitwa tej grudniowej nocy również była nierówna i kontrolowana, i przez to ekscytująca. Nie towarzyszył jednak Helloise strach przed złapaniem, a oczekiwanie — Lazarus to oczekiwanie spełnił. Pozwolił wywieść się na zamarznięte bagna, gdzie ona miała przewagę. Była tu u siebie. Choć mogła sama nie wyjść z sytuacji suchą stopą, co brała pod uwagę, to jakże warte było owe ryzyko, skoro ujrzała mężczyznę w pułapce.
Lód trzasnął, załamał się pod nim, czarodziej wpadł w wodę — po kręgosłupie Helloise przeszedł elektryzujący dreszcz. Lazarus znów polegał na jej pomocy, wpadł z jednego więzienia w drugie, i tym razem ona sama wciągnęła go w sidła. Cóż za nieszczęsna istota z tego wymizerowanego Lecznicą chudzielca.
Czarownica otulona szczelnie płaszczem, smagana śnieżną zawieją hulającą między drzewami, ruszyła ku Lazarusowi z łagodnym uśmiechem. Wyjęła różdżkę, wolną rękę wyciągnęła ku niemu. Uważała na lód pod swoimi stopami, stąpała ostrożnie, jako że pokrywa była już naruszona i mogła łatwo pochłonąć również ją.
— Chodź! — zawołała przez wiatr, pochylając się nad Lovegoodem nisko. Lód złowrogo zatrzeszczał pod jej ciężarem. Kobieta złapała zatopionego w bagno za cokolwiek, co nawinęło jej się pod rękę: ujęła zimnymi palcami jego dłoń, chwyciła kołnierz czy ramię. — Dziś świętujemy.
Obróciła się i z trzaskiem deportowała ich oboje.
Zniknął ryk wiatru. Zniknęło lodowate bagno. Wylądowali oboje w chacie. Przez to, że deportowali się z różnych wysokości — Lazarus stał niżej, pod poziomem lodu, a Helloise ponad nim — nie zmaterializowali się równo stopami na podłodze, a w powietrzu. Czarodziej miał do ziemi bliżej; czarownica tak wysoko, że łupnęła boleśnie o drewniane klepki i poleciała na plecy.
— Och — westchnęła głucho, gdy zabrakło jej na moment tchu. Szybko jednak powrócił dobry humor: — Jesteś wolny. Czyż to nie cudownie? — Gospodyni podniosła się sprawnie do pionu.
Wnętrze kuchni chaty na kurzej stopie było przyjemnie ciepłe. Zimą ogień na kominie nigdy nie gasł, nawet pod nieobecność Helloise. Byli tutaj sami, jeśli nie liczyć rzeźbionych masek wyglądających spomiędzy pędów magicznych roślin ustawionych po kątach. Pomieszczenie było zagracone dziesiątkami alchemicznych przyborów, a po kątach zalegały tumany kurzu i pokruszonych suchych ziół; jednocześnie jednak miejsce miało w sobie pierwiastek przytulności. Po raz pierwszy Lazarus mógł z bliska przyjrzeć się młodej czarownicy. Policzki i dłonie miała zaczerwienione od mrozu, spojrzenie nieco odległe. Zdjęła płaszcz. Pod nim była porządna wełniana szata, choć poplamiona i nosząca ślady zużycia. Z pewnością nie należała do kogoś, kto całymi dniami leżał i pachniał bądź pracował zza biurka.
Kobieta przyniosła z drugiego pokoju ciężki, gryzący koc i podała go swojemu zmarzniętemu gościowi, aby się ogrzał.
— Dlaczego ci to tam zrobili? — zainteresowała się swobodnie, stawiając nad ogniem niewielki kociołek. Po kuchni prędko rozszedł się aromat grzanego wina.
Nie udawało się go namówić zbyt często. Właściwie mogłaby policzyć na palcach jednej ręki, ile razy przekonała najstarszego brata do zabawy w ganianego — dorośli byli bardzo zajęci i nie bardzo im się chciało. Po to były w domu inne dzieciaki, żeby się ze sobą nawzajem bawiły. Tymczasem Hela najbardziej lubiła gonić się z dorosłymi. Młodszego od siebie Leviathana zawsze zostawiała zbyt szybko daleko w tyle, a starszy od niej Seisyll łapał ją w kilku susach. Tylko dorośli krewni rozumieli, że urok zabawy w ganianego leżał w tym, żeby czuć na karku oddech goniącego, ale zawsze wymknąć mu się w ostatniej chwili.
Gonitwa tej grudniowej nocy również była nierówna i kontrolowana, i przez to ekscytująca. Nie towarzyszył jednak Helloise strach przed złapaniem, a oczekiwanie — Lazarus to oczekiwanie spełnił. Pozwolił wywieść się na zamarznięte bagna, gdzie ona miała przewagę. Była tu u siebie. Choć mogła sama nie wyjść z sytuacji suchą stopą, co brała pod uwagę, to jakże warte było owe ryzyko, skoro ujrzała mężczyznę w pułapce.
Lód trzasnął, załamał się pod nim, czarodziej wpadł w wodę — po kręgosłupie Helloise przeszedł elektryzujący dreszcz. Lazarus znów polegał na jej pomocy, wpadł z jednego więzienia w drugie, i tym razem ona sama wciągnęła go w sidła. Cóż za nieszczęsna istota z tego wymizerowanego Lecznicą chudzielca.
Czarownica otulona szczelnie płaszczem, smagana śnieżną zawieją hulającą między drzewami, ruszyła ku Lazarusowi z łagodnym uśmiechem. Wyjęła różdżkę, wolną rękę wyciągnęła ku niemu. Uważała na lód pod swoimi stopami, stąpała ostrożnie, jako że pokrywa była już naruszona i mogła łatwo pochłonąć również ją.
— Chodź! — zawołała przez wiatr, pochylając się nad Lovegoodem nisko. Lód złowrogo zatrzeszczał pod jej ciężarem. Kobieta złapała zatopionego w bagno za cokolwiek, co nawinęło jej się pod rękę: ujęła zimnymi palcami jego dłoń, chwyciła kołnierz czy ramię. — Dziś świętujemy.
Obróciła się i z trzaskiem deportowała ich oboje.
Zniknął ryk wiatru. Zniknęło lodowate bagno. Wylądowali oboje w chacie. Przez to, że deportowali się z różnych wysokości — Lazarus stał niżej, pod poziomem lodu, a Helloise ponad nim — nie zmaterializowali się równo stopami na podłodze, a w powietrzu. Czarodziej miał do ziemi bliżej; czarownica tak wysoko, że łupnęła boleśnie o drewniane klepki i poleciała na plecy.
— Och — westchnęła głucho, gdy zabrakło jej na moment tchu. Szybko jednak powrócił dobry humor: — Jesteś wolny. Czyż to nie cudownie? — Gospodyni podniosła się sprawnie do pionu.
Wnętrze kuchni chaty na kurzej stopie było przyjemnie ciepłe. Zimą ogień na kominie nigdy nie gasł, nawet pod nieobecność Helloise. Byli tutaj sami, jeśli nie liczyć rzeźbionych masek wyglądających spomiędzy pędów magicznych roślin ustawionych po kątach. Pomieszczenie było zagracone dziesiątkami alchemicznych przyborów, a po kątach zalegały tumany kurzu i pokruszonych suchych ziół; jednocześnie jednak miejsce miało w sobie pierwiastek przytulności. Po raz pierwszy Lazarus mógł z bliska przyjrzeć się młodej czarownicy. Policzki i dłonie miała zaczerwienione od mrozu, spojrzenie nieco odległe. Zdjęła płaszcz. Pod nim była porządna wełniana szata, choć poplamiona i nosząca ślady zużycia. Z pewnością nie należała do kogoś, kto całymi dniami leżał i pachniał bądź pracował zza biurka.
Kobieta przyniosła z drugiego pokoju ciężki, gryzący koc i podała go swojemu zmarzniętemu gościowi, aby się ogrzał.
— Dlaczego ci to tam zrobili? — zainteresowała się swobodnie, stawiając nad ogniem niewielki kociołek. Po kuchni prędko rozszedł się aromat grzanego wina.
dotknij trawy