03.03.2026, 10:20 ✶
Czerń i biel, biel i czerń.
Dla niego skóra sama w sobie była wysycona szarością, jak większość obserwowanej rzeczywistości. Dziedzinę moralności zepchnął już dawno w odmęty przedświadomości, dławiąc własną naturę bezwzględnymi okolicznościami pięcia się po drabince Ministerstwa Magii. Nie było tam miejsca na ideały, nie było miejsca na bycie społecznikiem, sieć którą towarzył nie miała na celu skonstruowania utopijnej społeczności, lecz była narzędziem w rękach sprawnie tkającego przestrzenie, nie będącego uwikłanym w intrygi, a zarządzającym nimi.
Mógł przywdziać czarne szaty, ona mogła nosić się w bieli. Nokturn był szary, tak samo jak szare były podziemia Ministerstwa Magii.
Jego dłoń była szara, jeszcze do niedawna czarna od rozlanej nań magicznej farby, niestety odruch ścierania jej pozostał. I trzeć będzie tak długo, aż ujrzy biel. Nawet jeśli nie chciała rozmawiać nad szachownią. Trudne czasy radykalizowały i tak się działo, że myśl i - w niedalekiej przyszłości jeśli Matka pozwoliłaby na to - uczynek również by się radykalizowały.
Przyjdzie czas pokoju, wierzył w to święcie, powróci czas na szarość i małostkowość, na składanie ofiar miernym bożkom materialnego świata. Teraz jednak czas było opłukać szaty we krwi, otulić się ich bielą… i działać ignorując szczekania i wyzwiska, osikane podkoszulki i urągające mu listy. Nokturn był trudnym miejscem, dla kogoś, kogo dzieliła od niego przepaść - ekonomiczna, kulturowa, światopoglądowa. Jego życie, jego trudności wyglądały absolutnie inaczej, nie było co do tego wątpliwości i z żalem patrzył jak Lorraine w swych odruchach w słowach w gestach, w doborze znajomych transformuje ich relację w coś, nad czym nie miał w pełni kontroli. Czy czuł jej surowy osąd? Cóż, jej kuzyn pod tym względem był o wiele bardziej bezpośredni. Ostatecznie jednak puszczał to mimo uszu, mająć - przynajmniej na razie w swej głowie - nadrzędny cel pomocowy. Biały cel, nawet jeśli podszyty strategią i myśleniem ponad jednostkę, na temat struktury społeczności i potencjalnych konsekwencji socjologicznych, które mogłyby go kosztować głowę. Jakie to miało znaczenie, jeśli poszkodowani znaleźliby pomoc? W myśl Anthony’ego, nerwowo teraz próļującego zetrzeć czarną farbę z czystych dłoni, znikomą.
Liczył się efekt. Ten krótko i długofalowy.
Tymczasem dziewczynka przyjęła od niego galeon.
Dziewczynka przekazała mu karmelka.
Niemal podręcznikowy przykład - Wymiana uprzejmości, wymiana prezentów, dóbr. Pakt o nieagresji. Skinął jej głową w podzięce i schował go do kieszeni, uznając tę wymianę uprzejmości za zakończoną. Ostatecznie dorośli mieli do omówienia tematy.
- Projekt jadłodajni brzmi wybornie.- nieumyślnie zupełnie sięgnął po ten epitet, z jego głosu znikało napięcie z początku rozmowy choć jeszcze gdzieś przebijało choćby w tym niezręcznie dobranym słowie. I prawda była taka, że wysiłki Lorraine były trochę chybione - Anthony bowiem nie musiał rozumieć głodu, ani nędzy, by móc i chcieć mu zapobiegać. - Czy w tym zakresie planujesz wesprzeć lokalne miejsce z odpowiednim zapleczem? Zważ, że nie mam na myśli Wiwerny, ale dotarły do mnie słuchy, że to drugie miejsce również przetrwało pożogę. - w oczywistej oczywistości miał na myśli Rejwach. Clemens, znaczy Woody był osobą, której nie obawiał się powierzyć wszelkich środków na realizację jego zamierzenia, nawet jeśli ten wpisywał się mocno w dyskurs nazywania Shafiq’a posożytem na zdrowej tkance. Ostatnie ich spotkanie było… bardzo dynamiczne, a przez okoliczności Longbottomowej sprawy, Anthony nie miał żadnych złudzeń co do tego, że to jest miejsce w które chciałby włożyć część środków.
Dla niego skóra sama w sobie była wysycona szarością, jak większość obserwowanej rzeczywistości. Dziedzinę moralności zepchnął już dawno w odmęty przedświadomości, dławiąc własną naturę bezwzględnymi okolicznościami pięcia się po drabince Ministerstwa Magii. Nie było tam miejsca na ideały, nie było miejsca na bycie społecznikiem, sieć którą towarzył nie miała na celu skonstruowania utopijnej społeczności, lecz była narzędziem w rękach sprawnie tkającego przestrzenie, nie będącego uwikłanym w intrygi, a zarządzającym nimi.
Mógł przywdziać czarne szaty, ona mogła nosić się w bieli. Nokturn był szary, tak samo jak szare były podziemia Ministerstwa Magii.
Jego dłoń była szara, jeszcze do niedawna czarna od rozlanej nań magicznej farby, niestety odruch ścierania jej pozostał. I trzeć będzie tak długo, aż ujrzy biel. Nawet jeśli nie chciała rozmawiać nad szachownią. Trudne czasy radykalizowały i tak się działo, że myśl i - w niedalekiej przyszłości jeśli Matka pozwoliłaby na to - uczynek również by się radykalizowały.
Przyjdzie czas pokoju, wierzył w to święcie, powróci czas na szarość i małostkowość, na składanie ofiar miernym bożkom materialnego świata. Teraz jednak czas było opłukać szaty we krwi, otulić się ich bielą… i działać ignorując szczekania i wyzwiska, osikane podkoszulki i urągające mu listy. Nokturn był trudnym miejscem, dla kogoś, kogo dzieliła od niego przepaść - ekonomiczna, kulturowa, światopoglądowa. Jego życie, jego trudności wyglądały absolutnie inaczej, nie było co do tego wątpliwości i z żalem patrzył jak Lorraine w swych odruchach w słowach w gestach, w doborze znajomych transformuje ich relację w coś, nad czym nie miał w pełni kontroli. Czy czuł jej surowy osąd? Cóż, jej kuzyn pod tym względem był o wiele bardziej bezpośredni. Ostatecznie jednak puszczał to mimo uszu, mająć - przynajmniej na razie w swej głowie - nadrzędny cel pomocowy. Biały cel, nawet jeśli podszyty strategią i myśleniem ponad jednostkę, na temat struktury społeczności i potencjalnych konsekwencji socjologicznych, które mogłyby go kosztować głowę. Jakie to miało znaczenie, jeśli poszkodowani znaleźliby pomoc? W myśl Anthony’ego, nerwowo teraz próļującego zetrzeć czarną farbę z czystych dłoni, znikomą.
Liczył się efekt. Ten krótko i długofalowy.
Tymczasem dziewczynka przyjęła od niego galeon.
Dziewczynka przekazała mu karmelka.
Niemal podręcznikowy przykład - Wymiana uprzejmości, wymiana prezentów, dóbr. Pakt o nieagresji. Skinął jej głową w podzięce i schował go do kieszeni, uznając tę wymianę uprzejmości za zakończoną. Ostatecznie dorośli mieli do omówienia tematy.
- Projekt jadłodajni brzmi wybornie.- nieumyślnie zupełnie sięgnął po ten epitet, z jego głosu znikało napięcie z początku rozmowy choć jeszcze gdzieś przebijało choćby w tym niezręcznie dobranym słowie. I prawda była taka, że wysiłki Lorraine były trochę chybione - Anthony bowiem nie musiał rozumieć głodu, ani nędzy, by móc i chcieć mu zapobiegać. - Czy w tym zakresie planujesz wesprzeć lokalne miejsce z odpowiednim zapleczem? Zważ, że nie mam na myśli Wiwerny, ale dotarły do mnie słuchy, że to drugie miejsce również przetrwało pożogę. - w oczywistej oczywistości miał na myśli Rejwach. Clemens, znaczy Woody był osobą, której nie obawiał się powierzyć wszelkich środków na realizację jego zamierzenia, nawet jeśli ten wpisywał się mocno w dyskurs nazywania Shafiq’a posożytem na zdrowej tkance. Ostatnie ich spotkanie było… bardzo dynamiczne, a przez okoliczności Longbottomowej sprawy, Anthony nie miał żadnych złudzeń co do tego, że to jest miejsce w które chciałby włożyć część środków.