03.03.2026, 12:41 ✶
Nie rozumiała, jak Brenna czy ktokolwiek inny mógł nie mieć w sobie prawdziwej wiary, gdy krążyły relacje z objawień i cudów. Ba, Leviathan, który był świadkiem cudownego objawienia, wciąż powątpiewał. Dlaczego się wzbraniali przed uznaniem boskiej obecności w świecie i nie szukali więzi ze Stwórczynią? Coś było ze współczesnym światem nie tak, coś się w ludziach zagubiło.
— Modlę się o nich. Modliłam się w Mabon — powiedziała Helloise, zaskoczona, że Brenna w ogóle wzięła pod uwagę to, że mogła pominąć winę Śmierciożerców. — Błagałam o nawrócenie ich przywódcy, aby Matka odnowiła jego ducha i postawiła go na właściwej drodze. Żeby wszyscy oni wkroczyli na właściwe ścieżki i wyszli z ciemności.
Mówiła to wszystko z przekonaniem i z głębi serca, mówiła bowiem szczerze. Rzeczywiście jedną z jej intencji sabatowych była zmiana kierunku planów Voldemorta… aby świętą wojnę rasową prowadził z dala od miejsc mocy i kultu, które były zbyt cenne, aby je tracić w imię zyskania nieokreślonej przewagi nad oponentami.
— Nie weszłam tam — przyznanie tego było gorzkie tak, jakby przyznawała się do tchórzostwa — ale byłam pod granicą lasu. I one tam były. Patrzyły na mnie. — Zacisnęła mocniej zimne palce na ręce Brenny i obróciła się tam, gdzie w oddali zaczynała się Knieja. Ile już razy przypomniała sobie tamten wieczór jako najgorszy koszmar? — Było zimno. Słyszałam ryki. Słyszałam, jak biegają między drzewami. Czekały i obserwowały. — Minęły dwa tygodnie. Historia okrzepła w niej i nie wywoływała już tej początkowej paniki, a jednak wciąż było coś ciężkiego w tonie, jakim to opowiadała. — Więc uciekłam.
Kolejne słowa brygadzistki zaś obudziły w niej nową nadzieję. Helloise czytała w gazetach o odstraszającym działaniu patronusów — to była wiedza powszechna. Wiadomości o żadnych znakach ani rytuałach nie dotarły do niej jeszcze. Serce aż zabiło szybciej, gdy Longbottom uchyliła przed nią rąbka nowej wiedzy.
— Znaki? — Czarownica nie opanowała ekscytacji, mimo że nie podniosła głosu. Nadzieja była zbyt spontaniczna, aby mogła być nieszczera. — Jakie znaki? Jakie rytuały? — Patrzyła teraz już tylko na Brennę, bystro, oczekiwała dalszych wyjaśnień. — Zatem będziemy modlić się za twojego wuja. — Wstała płynnie, lekka jak listek podrywany wiatrem nowych sił. — I za wszystkich zaangażowanych w sprawę. O siłę, przewodnictwo. Lecz nie bluźnij przeciwko bogom. Nie oni nas potrzebują. — To pouczenie nie brzmiało nawet w połowie tak surowo, jak mogłoby brzmieć w ustach Helloise, gdyby nie rozmiękczyła jej chwilę wcześniej wspominka o rytuałach i znakach.
O bogach słyszała już zresztą podobne herezje (hehe) z ust Leviathana. Nieustannie próbował ją przekonać, że Bogini nie przeszkadza sytuacja w Kniei, może nawet ją wspiera. Opowiadał jej, że nie wadzi Matce ów chaos. Tylko tym Helloise gniewał i smucił, raz po raz musiała odrzucać jego słowa jako kłamstwa. A jednak to Leviathan spotkał Matkę w czasie rytuału w Stonehenge. Opowiadał jej o nim. Helloise nie potrafiła więc w pełni odtrącić jego zdania, nawet jeśli się jej nie podobało.
— Modlę się o nich. Modliłam się w Mabon — powiedziała Helloise, zaskoczona, że Brenna w ogóle wzięła pod uwagę to, że mogła pominąć winę Śmierciożerców. — Błagałam o nawrócenie ich przywódcy, aby Matka odnowiła jego ducha i postawiła go na właściwej drodze. Żeby wszyscy oni wkroczyli na właściwe ścieżki i wyszli z ciemności.
Mówiła to wszystko z przekonaniem i z głębi serca, mówiła bowiem szczerze. Rzeczywiście jedną z jej intencji sabatowych była zmiana kierunku planów Voldemorta… aby świętą wojnę rasową prowadził z dala od miejsc mocy i kultu, które były zbyt cenne, aby je tracić w imię zyskania nieokreślonej przewagi nad oponentami.
— Nie weszłam tam — przyznanie tego było gorzkie tak, jakby przyznawała się do tchórzostwa — ale byłam pod granicą lasu. I one tam były. Patrzyły na mnie. — Zacisnęła mocniej zimne palce na ręce Brenny i obróciła się tam, gdzie w oddali zaczynała się Knieja. Ile już razy przypomniała sobie tamten wieczór jako najgorszy koszmar? — Było zimno. Słyszałam ryki. Słyszałam, jak biegają między drzewami. Czekały i obserwowały. — Minęły dwa tygodnie. Historia okrzepła w niej i nie wywoływała już tej początkowej paniki, a jednak wciąż było coś ciężkiego w tonie, jakim to opowiadała. — Więc uciekłam.
Kolejne słowa brygadzistki zaś obudziły w niej nową nadzieję. Helloise czytała w gazetach o odstraszającym działaniu patronusów — to była wiedza powszechna. Wiadomości o żadnych znakach ani rytuałach nie dotarły do niej jeszcze. Serce aż zabiło szybciej, gdy Longbottom uchyliła przed nią rąbka nowej wiedzy.
— Znaki? — Czarownica nie opanowała ekscytacji, mimo że nie podniosła głosu. Nadzieja była zbyt spontaniczna, aby mogła być nieszczera. — Jakie znaki? Jakie rytuały? — Patrzyła teraz już tylko na Brennę, bystro, oczekiwała dalszych wyjaśnień. — Zatem będziemy modlić się za twojego wuja. — Wstała płynnie, lekka jak listek podrywany wiatrem nowych sił. — I za wszystkich zaangażowanych w sprawę. O siłę, przewodnictwo. Lecz nie bluźnij przeciwko bogom. Nie oni nas potrzebują. — To pouczenie nie brzmiało nawet w połowie tak surowo, jak mogłoby brzmieć w ustach Helloise, gdyby nie rozmiękczyła jej chwilę wcześniej wspominka o rytuałach i znakach.
O bogach słyszała już zresztą podobne herezje (hehe) z ust Leviathana. Nieustannie próbował ją przekonać, że Bogini nie przeszkadza sytuacja w Kniei, może nawet ją wspiera. Opowiadał jej, że nie wadzi Matce ów chaos. Tylko tym Helloise gniewał i smucił, raz po raz musiała odrzucać jego słowa jako kłamstwa. A jednak to Leviathan spotkał Matkę w czasie rytuału w Stonehenge. Opowiadał jej o nim. Helloise nie potrafiła więc w pełni odtrącić jego zdania, nawet jeśli się jej nie podobało.
dotknij trawy