noc z 11 na 12 października

Zachód słońca nad brzegiem morza nie zgasł, ale miodem spływającym z nieboskłonu przemienił się w złociste oczy kruka, który z krzykiem wzniósł się i pomknął na zachód ku płonącej wyspie. Światło świata zgasło, bryzgając czarne sklepienie mrowiem gwiazd wyznaczających kurs podróżnikom, aż zyskałeś świadomość istnienia pośród ruin na wzgórzu głaskanym morską bryzą. Zjawił się nieoczekiwanie obok ciebie okutany całunem eremita dzierżący latarnie. Szybko jego twarz okazała się twarzą młodzieńca, a chwyt na lampionie zdawał się niepewny, gdy wskazał miejsce między szczątkami kamiennych ścian. Ziemię rozjarzył na moment błękit ukrytych run, a odsłonięte w ten sposób przejście łagodnie prowadziło w dół, ku majaczącej na końcu łagodnej łunie. Jeśli zdecydowałeś się nim podążyć sam, droga zdawała się nie kończyć nigdy, póki nie otworzyłeś oczu na jawie.