07.03.2026, 10:05 ✶
Obudziłem się tak, jak budzą się ludzie, którzy przeżyli za dużo podobnych poranków, aby w ogóle łudzić się, że wystarczy tylko rozciągnąć mięśnie i rozprostować kości, by móc z radością przywitać nowy dzień. Nie ziewnąłem głęboko, nie potargałem rozczochranych włosów i nie przekrzywiłem głowy, aby spojrzeć na zegarek stojący na szafce nocnej, nie sięgnąłem też za siebie, by poprawić poduszkę pod głową i wyprostować plecy do siadu przy zagłówku łóżka. Nie zrobiłem także niczego teatralnego, co mogłoby pasować do wybudzania się ze stanu bliskiego śmierci ani z omdlenia wynikającego z poważnej utraty krwi - nie było gwałtownego poderwania się ani jasnej chwili odzyskania przytomności, którą zaanonsowałbym głębokim i dramatycznym wdechem, nic z tych rzeczy. Najpierw była mgła i cisza, ale nie ta za oknem, tylko ta w mojej głowie - gęsta, lepka, otumaniająca, rozlewająca się wokół, przytłumiająca wszystkie moje zmysły - dopiero potem przyszedł wszechogarniający dyskomfort. Zupełnie tak, jakby moje ciało potrzebowało chwili, aby zgrać ze sobą to, co przygotował dla mnie zestaw doznanych rozległych obrażeń wewnętrznych i pomniejszych urazów zewnętrznych. Świadomość tego, że miałem pożałować powrotu do przytomności, i że nie wybudzałem się właśnie z przyjemnej, popołudniowej drzemki, która całkowitym przypadkiem przeciągnęła się o kilka zbędnych godzin pojawiła się dopiero do paru sekundach, brutalna i nieproszona, robiąc to jeszcze przed tym, jak zdecydowałem się uchylić powieki albo nawet lekko nimi poruszyć.
Zawsze tak jest - najpierw dociera do ciebie fakt, że wciąż oddychasz, zaraz potem przychodzi rachunek za to, że przeżyłeś - kolejność praktycznie nigdy nie bywała inna, przynajmniej nie według mojego szerokiego doświadczenia w wybudzaniu się na pograniczu życia i śmierci. Ocknąłem się niemrawo, jak zawsze, chociaż moje ciało wcale tego nie chciało, a tym, co poczułem najwyraźniej nie było pulsujące światło pod powiekami ani wyrazisty dźwięk łomotania krwi w uszach, lecz ciężar - przejmujący, duszący ucisk zalegający mi od gardła, przez mostek aż do końca przepony - miałem wrażenie, że ktoś wylał na moją klatkę piersiową płynny ołów, który teraz zastygł, przygniatając mnie do ciepłego materaca. Tego, który w każdej innej sytuacji byłby całkiem wygodny, a teraz przypominał o tym, że większość łóżek nie była dostosowana do niestandardowej wagi.
Oddychałem płytko, leżąc nieruchomo i próbując ustalić gdzie właściwie się znalazłem, w taki sposób, by nie dać ani jednego zbędnego znaku powrotu do przytomności, bo przecież nie byłem pewien, co się ze mną stało - mogłem znaleźć się dosłownie wszędzie, moja pamięć nie działała jeszcze w pełni, więc bazowałem na tym głęboko zakorzenionym odruchu, aby kupić sobie chwilę czasu na wstępne rozeznanie się w sytuacji. Zapadałem się w piance, jednocześnie czując nacisk na piersi, co razem z ciężkimi powiekami tworzyło naprawdę nieprzyjemne wrażenie - coś bliskiego klaustrofobii - pomimo tego przez chwilę nie próbowałem otworzyć oczu, bo w tym stanie nawet samo mrugnięcie wydało mi się wysiłkiem, na który musiałem być wcześniej odpowiednio przygotowany.
Łupało mi w głowie, jakbym co najmniej uderzył nią o coś twardego, co samo w sobie mówiło mi niewiele, bo zdecydowanie nie było aż takie dziwne - w moim fachu dosyć często ładowałem na ziemi, ścianie czy czymś równie nieprzyjemnym, nie mówiąc już nic o tym, że przy tym wzroście wystarczyło, bym zagapił się podczas przechodzenia przez drzwi, aby na koniec dnia skończyć z guzem wielkości pomarańczy - to nie tłumaczyło pościeli, w której się znalazłem, ani tego, że w mojej pamięci istniało więcej dziur niż informacji. Powietrze wokoł mnie było ciepłe i suche, pachniało październikiem - tym charakterystycznym zapachem dżdżystej, brytyjskiej jesieni, kurzem zza rozgrzanych żeliwnych grzejników, drewnem kominkowym, ziołami i czymś jeszcze, czymś metalicznym, co przypominało krew nawet wtedy, kiedy już jej nie było. Spróbowałem przełknąć ślinę i odkryłem, że prawie jej nie ma - w ustach miałem sucho jak po kilkudniowej wędrówce przez pustynię, język przykleił mi się do podniebienia, na domiar złego, zacząłem być nadto świadomy pieczenia w gardle, które może nie było najgorszym z problemów, lecz z pewnością nie było subtelne.
Zacisnąłem szczękę i spróbowałem się poruszyć, chcąc zmienić pozycję odrętwiałego ciała - to był błąd - ból uderzył natychmiast, ostry i przeszywający, przypominający rozgrzany nóż, który z błyskiem wsunął mi się między żebra, obracając się kilka razy. Wstrzymałem oddech, jakbym w ten sposób mógł przechytrzyć piekącą falę, sprawić, że cofnie się tam, skąd przyszła, ale na próżno - nie mogłem powstrzymać impulsu, który sprawił, że teraz oddychanie też bolało. Mimo to nie syknąłem, nawet nie drgnąłem, nie wydając z siebie ani jednego ciemiężniczego jęku - lata praktyki w dostawaniu wpierdolu robiły swoje, człowiek uczył się milczeć, kiedy ciało próbowało go przekonać, że jednak nie jest z żelaza. Przywykłem do bólu dawno temu, był informacją, nie tragedią. Informował mnie, że jeszcze żyję, moje ciało nadal wykonywało swoją robotę, nawet jeśli robiło to w sposób cholernie nieprzyjemny. To nie było zwykłe kłucie ani tępy ucisk, to było coś żywego, gorącego, wgryzającego się w mięśnie od środka. Wilkołacze pazury zrobiły swoje, kiedy przeszyły warstwy skóry, przebijając się przez gruby płaszcz, jak przez mokry papier, jednak w tym momencie nie za bardzo pamiętałem całą sytuację - pamiętałem głównie ten krótki, brutalny, szarpnięty oddech, który wyrwał mi się wtedy z płuc. Teraz rana najwyraźniej się zrastała, a zrastanie nigdy nie było łaskawe, mięśnie pod skórą drżały, jakby nie mogły się zdecydować, czy chcą się napiąć, czy poddać. W końcu tylko zaległem bez ruchu, oddychając płytko i powoli, żeby nie prowokować kolejnej fali, otwierając jednak powieki i mrugając parokrotnie, by wyostrzyć obraz skąpanego w półmroku pokoju. Ogród za oknami spowiła mgła - gęsta, mleczna, przyklejona do szyb tak, że świat kończył się kilka kroków od domu - szare światło wczesnego poranka wlewało się do sypialni. W pomieszczeniu panowała taka cisza, że słyszałem tykanie zegara gdzieś w drugim końcu domu i własny, nierówny oddech, dopiero po chwili zorientowałem się, że towarzyszył mu również drugi, spokojniejszy, znacznie cichszy, ale równie znajomy. Mimo to przez chwilę patrzyłem tylko na swoje dłonie, wyjątkowo blade na tle kremowej pościeli w drobne kwiatuszki, milcząco, próbując poukładać w głowie wszystko, co wydarzyło się między nocą a tym mglistym, październikowym świtem.
Las. Zapach mokrej ziemi. Ciężar czegoś, co uderzyło mnie z boku. Pazury. Krew.
Zamknąłem na moment oczy, czując jak wspomnienie przetacza mi się przez głowę jak zimna fala.
- Dalej szyję? - Zapytałem wreszcie cicho, głos miałem chropowaty, jakbym połknął garść piasku. Na chwilę zamilkłem, po wypowiedzeniu tych słów, zastanawiając się, czy to naprawdę było pierwsze zdanie, jakie przyszło mi do głowy po przebudzeniu, ale prawda była taka, że kiedy człowiek budzi się z bokiem rozdartym przez wilkołacze pazury, pytanie o to, czy wciąż jest po tej stronie świata, wydaje się całkiem rozsądne - prawda?
Oddychałem powoli, czując ból pulsujący pod opatrunkiem i rozchodzący się po żebrach - był tam, ciężki i gorący, ale jednocześnie dziwnie uspokajający - znaczył, że ciało się broni, a skoro się broniło, to znaczyło, że jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa. Ręce Prue spoczywały na jej kolanach, palce miała splecione ciasno, jak u kogoś, kto siedzi tak już od długiego czasu i pilnuje, żeby nic się nie wydarzyło - albo żeby coś się w końcu wydarzyło - kiedy znowu otworzyłem powieki, nadal tu była, zamrugałem powoli, próbując skupić wzrok na jej twarzy.
Zawsze tak jest - najpierw dociera do ciebie fakt, że wciąż oddychasz, zaraz potem przychodzi rachunek za to, że przeżyłeś - kolejność praktycznie nigdy nie bywała inna, przynajmniej nie według mojego szerokiego doświadczenia w wybudzaniu się na pograniczu życia i śmierci. Ocknąłem się niemrawo, jak zawsze, chociaż moje ciało wcale tego nie chciało, a tym, co poczułem najwyraźniej nie było pulsujące światło pod powiekami ani wyrazisty dźwięk łomotania krwi w uszach, lecz ciężar - przejmujący, duszący ucisk zalegający mi od gardła, przez mostek aż do końca przepony - miałem wrażenie, że ktoś wylał na moją klatkę piersiową płynny ołów, który teraz zastygł, przygniatając mnie do ciepłego materaca. Tego, który w każdej innej sytuacji byłby całkiem wygodny, a teraz przypominał o tym, że większość łóżek nie była dostosowana do niestandardowej wagi.
Oddychałem płytko, leżąc nieruchomo i próbując ustalić gdzie właściwie się znalazłem, w taki sposób, by nie dać ani jednego zbędnego znaku powrotu do przytomności, bo przecież nie byłem pewien, co się ze mną stało - mogłem znaleźć się dosłownie wszędzie, moja pamięć nie działała jeszcze w pełni, więc bazowałem na tym głęboko zakorzenionym odruchu, aby kupić sobie chwilę czasu na wstępne rozeznanie się w sytuacji. Zapadałem się w piance, jednocześnie czując nacisk na piersi, co razem z ciężkimi powiekami tworzyło naprawdę nieprzyjemne wrażenie - coś bliskiego klaustrofobii - pomimo tego przez chwilę nie próbowałem otworzyć oczu, bo w tym stanie nawet samo mrugnięcie wydało mi się wysiłkiem, na który musiałem być wcześniej odpowiednio przygotowany.
Łupało mi w głowie, jakbym co najmniej uderzył nią o coś twardego, co samo w sobie mówiło mi niewiele, bo zdecydowanie nie było aż takie dziwne - w moim fachu dosyć często ładowałem na ziemi, ścianie czy czymś równie nieprzyjemnym, nie mówiąc już nic o tym, że przy tym wzroście wystarczyło, bym zagapił się podczas przechodzenia przez drzwi, aby na koniec dnia skończyć z guzem wielkości pomarańczy - to nie tłumaczyło pościeli, w której się znalazłem, ani tego, że w mojej pamięci istniało więcej dziur niż informacji. Powietrze wokoł mnie było ciepłe i suche, pachniało październikiem - tym charakterystycznym zapachem dżdżystej, brytyjskiej jesieni, kurzem zza rozgrzanych żeliwnych grzejników, drewnem kominkowym, ziołami i czymś jeszcze, czymś metalicznym, co przypominało krew nawet wtedy, kiedy już jej nie było. Spróbowałem przełknąć ślinę i odkryłem, że prawie jej nie ma - w ustach miałem sucho jak po kilkudniowej wędrówce przez pustynię, język przykleił mi się do podniebienia, na domiar złego, zacząłem być nadto świadomy pieczenia w gardle, które może nie było najgorszym z problemów, lecz z pewnością nie było subtelne.
Zacisnąłem szczękę i spróbowałem się poruszyć, chcąc zmienić pozycję odrętwiałego ciała - to był błąd - ból uderzył natychmiast, ostry i przeszywający, przypominający rozgrzany nóż, który z błyskiem wsunął mi się między żebra, obracając się kilka razy. Wstrzymałem oddech, jakbym w ten sposób mógł przechytrzyć piekącą falę, sprawić, że cofnie się tam, skąd przyszła, ale na próżno - nie mogłem powstrzymać impulsu, który sprawił, że teraz oddychanie też bolało. Mimo to nie syknąłem, nawet nie drgnąłem, nie wydając z siebie ani jednego ciemiężniczego jęku - lata praktyki w dostawaniu wpierdolu robiły swoje, człowiek uczył się milczeć, kiedy ciało próbowało go przekonać, że jednak nie jest z żelaza. Przywykłem do bólu dawno temu, był informacją, nie tragedią. Informował mnie, że jeszcze żyję, moje ciało nadal wykonywało swoją robotę, nawet jeśli robiło to w sposób cholernie nieprzyjemny. To nie było zwykłe kłucie ani tępy ucisk, to było coś żywego, gorącego, wgryzającego się w mięśnie od środka. Wilkołacze pazury zrobiły swoje, kiedy przeszyły warstwy skóry, przebijając się przez gruby płaszcz, jak przez mokry papier, jednak w tym momencie nie za bardzo pamiętałem całą sytuację - pamiętałem głównie ten krótki, brutalny, szarpnięty oddech, który wyrwał mi się wtedy z płuc. Teraz rana najwyraźniej się zrastała, a zrastanie nigdy nie było łaskawe, mięśnie pod skórą drżały, jakby nie mogły się zdecydować, czy chcą się napiąć, czy poddać. W końcu tylko zaległem bez ruchu, oddychając płytko i powoli, żeby nie prowokować kolejnej fali, otwierając jednak powieki i mrugając parokrotnie, by wyostrzyć obraz skąpanego w półmroku pokoju. Ogród za oknami spowiła mgła - gęsta, mleczna, przyklejona do szyb tak, że świat kończył się kilka kroków od domu - szare światło wczesnego poranka wlewało się do sypialni. W pomieszczeniu panowała taka cisza, że słyszałem tykanie zegara gdzieś w drugim końcu domu i własny, nierówny oddech, dopiero po chwili zorientowałem się, że towarzyszył mu również drugi, spokojniejszy, znacznie cichszy, ale równie znajomy. Mimo to przez chwilę patrzyłem tylko na swoje dłonie, wyjątkowo blade na tle kremowej pościeli w drobne kwiatuszki, milcząco, próbując poukładać w głowie wszystko, co wydarzyło się między nocą a tym mglistym, październikowym świtem.
Las. Zapach mokrej ziemi. Ciężar czegoś, co uderzyło mnie z boku. Pazury. Krew.
Zamknąłem na moment oczy, czując jak wspomnienie przetacza mi się przez głowę jak zimna fala.
- Dalej szyję? - Zapytałem wreszcie cicho, głos miałem chropowaty, jakbym połknął garść piasku. Na chwilę zamilkłem, po wypowiedzeniu tych słów, zastanawiając się, czy to naprawdę było pierwsze zdanie, jakie przyszło mi do głowy po przebudzeniu, ale prawda była taka, że kiedy człowiek budzi się z bokiem rozdartym przez wilkołacze pazury, pytanie o to, czy wciąż jest po tej stronie świata, wydaje się całkiem rozsądne - prawda?
Oddychałem powoli, czując ból pulsujący pod opatrunkiem i rozchodzący się po żebrach - był tam, ciężki i gorący, ale jednocześnie dziwnie uspokajający - znaczył, że ciało się broni, a skoro się broniło, to znaczyło, że jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa. Ręce Prue spoczywały na jej kolanach, palce miała splecione ciasno, jak u kogoś, kto siedzi tak już od długiego czasu i pilnuje, żeby nic się nie wydarzyło - albo żeby coś się w końcu wydarzyło - kiedy znowu otworzyłem powieki, nadal tu była, zamrugałem powoli, próbując skupić wzrok na jej twarzy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)