Przez krótką chwilę Louvain nie odpowiedział. Nie dlatego, że jej słowa pozbawiły go riposty, przeciwnie, odpowiedzi przychodziły mu zwykle z łatwością. Tym razem jednak pozwolił ciszy rozciągnąć się między nimi jak cienka nić napięcia. Obserwował. Nie wycofała się. To było pierwsze, co naprawdę zwróciło jego uwagę. Wiele osób, słysząc podobne aluzje, wypowiedziane z tą samą lekkością, z jaką on właśnie opisywał płomienie, dym i zwycięstwo, reagowało instynktownie. Pół kroku w tył. Skrzyżowanie ramion. Czasem drobne drżenie dłoni, które zdradzało więcej niż słowa. Tutaj nie było nic z tych rzeczy. Stała spokojnie, oparta o balustradę, szmaragd materiału spływał wzdłuż jej sylwetki miękko jak spokojna woda, a kieliszek w jej dłoni pozostawał nieruchomy. Louvain przyglądał się temu uważnie. Nie widział w jej palcach najmniejszego drżenia. Nie dostrzegał nerwowego skurczu mięśni. Nie widział śladu strachu, nawet wtedy, gdy z niemal rozmarzonym entuzjazmem porównywał pożogę do widowiska. Na początku liczył właśnie na to. Na drobne zakłopotanie. Na cień dyskomfortu. Na satysfakcję z faktu, że jego obecność potrafi rozregulować czyjąś równowagę. Ale pani w szmaragdzie nie zamierzała mu jej podarować. Zamiast tego jej spojrzenie stało się bardziej skupione. Bardziej intensywne. Nie widziała jego oczu bo czarne smugi maski rozmywały ich kształt, pochłaniały światło i kontury. Louvain miał jednak przewagę. Z tej strony dym nie zasłaniał niczego. Widoczność była idealna. Widział jej oczy doskonale i patrzył w nie z tą samą bezpośredniością, z jaką ona próbowała przeniknąć przez czarną zasłonę nad jego twarzą. Było w nich coś, co przyciągało uwagę. Pewien rodzaj skupienia. Ciekawości, która była bardziej naiwną fascynacją, niż świadomą decyzją. Ten kształt, rodzaj głębi który przypominał mu pewien rodzaj kanonu piękna, jakby dziwnie znajomy. To było piękno, do którego chciało się mówić. Może dlatego pozwalał sobie na tak odważne stąpanie wokół tematu, który dla wielu byłby zbyt ciężki na balkonową rozmowę. Jeśli oczy rzeczywiście były zwierciadłem duszy, jak mawiali poeci i sentymentalni moralizatorzy, to brak jego spojrzenia nie powinien jej aż tak niepokoić. Bo jego dusza i tak była w zasięgu ręki. Oczywista w swojej prostocie. Ciemna, ciężka i pełna mrocznych pragnień, jak parująca smoła, której zapach można wyczuć, zanim jeszcze zobaczy się jej powierzchnię. Oczywiście nie mógł tego powiedzieć na głos. Nawet tutaj. Nawet na balkonie własnej rezydencji. Nie przy nieznajomej, z którą rozmowa zaczynała przypominać coś znacznie ciekawszego niż przypadkową wymianę zdań. Kiedy wspomniała o tańcu śmierci, kącik jego ust uniósł się nieco wyżej.
- Taniec bywa bezlitosny - odpowiedział z lekką ironią, która zabrzmiała w jego głosie jak miękki akcent na końcu zdania. - Jeśli nie zna się kroków, łatwo połamać sobie nogi. Dym nad jego twarzą poruszył się powoli, jakby reagował na rytm jego oddechu. Louvain przesunął końcem różdżki przez jedną z czarnych smug, pozwalając, by podążyła za nim i zawisnęła między nimi, podtrzymywana jego magią. Zmusił samotną baletnicę, by zeszła ze sceny jego maski. By jego życzeniem zatańczyła dla nich prywatny taniec, tylko dla nich, tylko dla tej chwilii. - Chaos jest tylko interwałem - dodał spokojniej. - Przerwą między jednym porządkiem a drugim. W końcu odpuścił, a zakręcona strużka ulotniła się ku czarnemu niebu. Na moment spojrzał w stronę ogrodu poniżej, gdzie noc była spokojna i cicha, jakby świat poza murami rezydencji należał do zupełnie innej opowieści. Potem znów zwrócił się ku niej. - A skoro jesteś tutaj - powiedział miękko - naprawdę nie masz się czego obawiać. Odpowiedział z odrobiną przekory, bo dobrze widział, że nie ma w niej żadnych obaw. W jego głosie nie było ani cienia przeprosin. Raczej coś, co przypominało spokojne przekonanie człowieka, który uważa własną rzeczywistość za jedyną sensowną scenę dla tego dziwnego tańca świata. Louvain przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, jakby ważył w myślach nie tyle odpowiedź, co sposób, w jaki ją wypowiedzieć. Czarne smugi nad jego twarzą poruszały się wolno, jak spokojny dym nad wygasłym ogniskiem, rozciągając się i zwijając w miękkie spirale. Jedna z nich przesunęła się nad linią jego ust, gdy lekko przechylił głowę. Pytanie zawisło między nimi dłużej, niż wymagałaby zwykła rozmowa.
Manifest czy prowokacja? Kącik jego ust uniósł się odrobinę wyżej, ale nie był to uśmiech triumfu, raczej coś bliższego rozbawieniu. - Jeśli miałbym kogoś prowokować - odezwał się w końcu spokojnie - to najwyżej do myślenia. Jego ton nie był obronny. Brzmiał raczej jak wyjaśnienie czegoś oczywistego, co nie wymaga większego wysiłku. Pokręcił głową, a czarnych smugi, które rozproszyły się pod ruchem, po chwili znowu zebrały się nad jego skronią w ciemniejszy kształt. Przez moment wyglądało to niemal jak gest dyrygenta prowadzącego powolny, niewidzialny rytm. Na sekundę jego spojrzenie uciekło ponad jej ramieniem, w stronę sali balowej. Tam światło żyrandoli odbijało się w kieliszkach i biżuterii, a rozmowy mieszały się w jeden miękki szmer. - Chciałem cię tylko uratować przed nudnym gościem i nurzącą rozmową. Powoli przeniósł wzrok z powrotem na nią. Czarne smugi nad jego twarzą znów zawirowały, kiedy lekko poruszył ramieniem. - Przed nim mogłem coś zrobić - dodał po chwili. Potem zrobił krótką pauzę, jakby zastanawiał się nad następnym zdaniem, choć w rzeczywistości obserwował jej reakcję z wyraźną ciekawością. - Ale przed własną ciekawością - powiedział ciszej - musisz uratować się sama. W jego głosie pojawiła się nuta ironii, delikatna, niemal przyjemna. Przez moment jego wzrok zatrzymał się gdzieś poza nią, jakby myśl, którą właśnie wypowiedział, pociągnęła za sobą kolejną. Nocne powietrze przesunęło się po balkonie łagodnym podmuchem, a czarne smugi nad jego twarzą zafalowały cicho, niemal bezgłośnie, jak ciężka zasłona poruszona niewidzialną dłonią. Louvain oparł jedną dłoń o chłodny metal balustrady, pozwalając, by palce przez chwilę błądziły po jej krawędzi. Strach. To słowo nie pojawiło się w rozmowie wprost, a jednak było w niej obecne od początku. W spojrzeniach ludzi na sali, w napięciu kryjącym się pod elegancją wieczoru, w samym istnieniu maski, która zasłaniała jego oczy. Uśmiechnął się pod nosem, jak ktoś, kto przypomniał sobie coś oczywistego. - To uzależnia bardziej, niż możesz sobie wyobrazić. Bo strach był nieodłączną częścią tego wszystkiego. Nie było w tym żadnej tajemnicy. Maska nie usuwała instynktów. Ani ta z czarnego dymu, ani ta, którą zakładali śmierciożercy w mniej subtelny sposób. Nie sprawiała, że człowiek przestawał reagować na ryzyko, na niepewność, na moment, w którym ciało mówiło: uważaj. Znikało coś innego. Te bardziej ludzkie odruchy. Te, które rodziły się ze słabości. Z zawahania. Z tej drobnej, uporczywej części natury, która zawsze pytała, czy naprawdę warto zrobić kolejny krok. Strach jednak zostawał. I dobrze. Bo to właśnie on nadawał temu wszystkiemu sens. Gdyby nie bał się ryzyka, nie potrafiłby go ocenić. A gdyby nie potrafił go ocenić, nie potrafiłby działać. Strach był miarą odległości między tym, co możliwe, a tym, co nierozsądne. Był kompasem, który wskazywał granice, zanim człowiek zdążył je przekroczyć. Bez niego wszystko byłoby tylko bezmyślną brawurą. A brawura interesowała go tylko w poprzednim życiu. Zanim ozdobił go mroczny znak. To prawda, że rzeczy pozbawione ryzyka nie cieszyły go tak samo jak inne. Spokojne zwycięstwa były nijakie, niemal mdłe. Nie zostawiały po sobie niczego, co warto było zapamiętać. Właśnie dlatego z czasem oswoił się ze strachem. Nie próbował go zagłuszyć ani udawać, że nie istnieje. Zrozumiał coś prostszego. Strach i szczęście były tą samą monetą. Tylko odbitą na dwóch stronach. I kiedy człowiek nauczył się trzymać ją w dłoni wystarczająco długo, by zobaczyć oba oblicza, nagle okazywało się, że jedno można wymienić na drugie. A wtedy ryzyko przestawało być przeszkodą. Stawało się walutą.