• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone

[28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#2
09.03.2026, 14:30  ✶  
“Mój ojciec zawsze stawiał na konie, które przegrywały" powiedziała jej tamtego wieczoru młoda dziewczyna, która nie mogła mieć więcej jak osiemnaście lat. I choć różnica wieku była w gruncie rzeczy nieduża, a i sama Lorien jeszcze nie dobijała nawet trzydziestki, to poczuła żal jaki czują ptasie matki, gdy znajdują w swoim gnieździe podrzucone kukułcze jajo.
Może dlatego nie skomentowała jak głupim wydał jej się ten cały wybór poety. W końcu do wyścigów konnych należało podejść z odpowiednim wyczuciem, taktyką. Opracowana strategia, analiza poprzednich dokonań i konia i człowieka, którego niósł, określenie nawierzchni i zestawienie ze sobą procentowego udziału zwycięstw do porażek - to był dopiero początek. Potem należało sprawdzić kto jeszcze danego wieczoru obstawiał. Na czyim stoliku stało najwięcej butelek z ledwo tkniętym alkoholem; do kogo kleiły się na wpół ubrane hostessy, licząc na łatwy zarobek. One znały już wynik nim strzelono na rozpoczęcie zawodów.
Dopiero na koniec sprawdzano kto z kim rozmawia na samym torze. Kto komu podaje rękę, a w ręce łapówkę. Kto patronował ulubieńcowi tłumu, kto - tym skazanym na porażkę.
Może dlatego nie chciała rozwiać dziecinnych marzeń białowłosej piękności, z którą wspólnie obstawiła konia o włoskich korzeniach i imieniu. Wybór poety nie miał żadnego znaczenia, gdyż wyborem w odczuciu Lorien nigdy nie był. Nie, gdy za kulisami wyścigu rozgrywała się krwawa polityka i jeszcze krwawsza analiza zysków i strat. Nawet jeśli czasem należało poświęcić czarnego konia zawodów.
A może dlatego, że tymi mistycznymi Bogami zawsze okazywali się Prewettowie, trzymający za pysk wszystkie zakłady bukmacherskie w Wielkiej Brytanii? Mile łaskotało to kobiece ego.

Równie beznamiętnie co w zaszlachtowane zwierzę wtedy, dziś czarownica wpatrywała się w śliczną twarz panny Malfoy. Bo czym różnił się zamordowany z mugolskiej broni potencjalny mistrz zawodów od spoczywającego w trumnie męża pani Mulciber? No może tym, że na zwycięstwie konia jej kiedykolwiek zależało.
Robert Mulciber był tylko przegranym koniem, na którego Lorien Crouch postawiła zakład.
I postawiła na niego najniższy zakład w swoim życiu. Więc dlaczego teraz zdawała się być tak nieobecną, gdy ten wreszcie wykrwawił się na zimnej posadzce?

Skąpana w naturalnym dla siebie smutku i czerni, bo miłym zbiegiem okoliczności to czerń wybrano na kolor żałoby - pewnie dlatego, że wyszczuplał - Lorien z początku nie odzywała się wcale. Na spotkanie teleportowała się wprost z Ministerstwa Magii, unikając przejścia przez Nokturn wieczorową porą. Uścisnęła Lorraine, ucałowała ją w oba policzki. Ba, nawet zmierzyła ją matczynym, uważnym spojrzeniem, bo dziewczę jeszcze schudło! Wszystko to ze słabym, wymuszonym uśmiechem i ciszą. Na rozmowę przyszedł czas dopiero w gabinecie, gdy pani Mulciber dostała swoją filiżankę kawy.

- Jestem ci bardzo wdzięczna, Lorraine.- Powiedziała, biorąc do ręki wieczorne wydanie Proroka. Dokładnie to czego chciała, dokładnie to za co zapłaciła. Bo wszystko dało się kupić. Wszystko. Oglądała przez chwilę tłoczone litery układające się w słowo “żona”. Żona. Smakowało to w jej ustach obco, zupełnie jak gdyby sam wyraz przesiąkł grobowym posmakiem Necronomiconu. Tak jak kawa, którą chyba trzymano tutaj w nieoczyszczonej urnie po jakimś mugolaku sądząc po posmaku sadzy i pyłu jaki osadzał się na języku.
Nie skomentowała żadnej z tych rzeczy.
Może to jej odbiło na dobre? Kto normalny czuje smak śmierci w zwyczajnej kawie? Wiedziała, że najgorsze jeszcze przed nią - będzie przecież musiała wrócić do kamienicy, do sypialni, której od dawna (o ile “dawno” można było użyć w kontekście ich jakże żałośnie krótkiego małżeństwa) nie gościła swojego męża. Wolał spać w gabinecie, a ten… ten pewnie stał się królestwem Richarda. Odłożyła gazetę na biurko swojej gospodyni.
Dłonie jej drżały na porcelanowym spodeczku, gdy wpatrywała się niewidzącym spojrzeniem w czarną taflę mocnej kawy. Upiła kolejny łyk. Łatwo przychodziły ludziom czułe słowa i zapewnienia: “czuwam nad tobą”, “jestem tu dla ciebie”, “nie bój się, nic złego ci nie grozi”. Jeszcze łatwiej będzie im szeptać nad jej trumną: “po co tam wracała?”, “głupia kobieta!”, “wiedziała, że ją skrzywdzą”. Ale nie mogła przecież nie wrócić. Nie mogła pokazać, że się boi, bo Lorien Mulciber straciła prawo do strachu i wątpliwości, gdy przywdziała regalia sędziowskie.
Mogła umrzeć, ale nie mogła uciec.

- Nienawiść i pożądanie oddziela bardzo cienka granica, moja droga.- Głos Lorien w przeciwieństwie do jej dłoni nie drżał. Zmarszczyła delikatnie brwi, jak gdyby uświadomiła sobie co właśnie implikowała. Nie, kompletnie jej nie chodziło o to, że Richard Mulciber miał młodzieńczego crusha na młodszą żonę swojego brata, podczas, gdy jego - skądinąd jakaś daleka kuzynka lub ciocia Lorraine Malfoy, leżała od lat w ziemi. Uniosła wolną rękę, machając nią niemal lekceważąco. Chodziło raczej o…- Nie, nie mam wątpliwości, że mnie nienawidzi. Ale odnoszę wrażenie, że pożądał tego co miałam. Może wystarczyłoby, gdybym za życia mojego męża, odcięła sobie pukiel włosów i wręczyła je szwagrowi wraz z eliksirem wielosokowym. Dałby się zerżnąć bratu raz czy dwa i od razu zeszłoby z niego ciśnienie.
Zamilkła. Odkaszlnęła, czując jak rumieniec oblewa jej policzki. No tak, niepotrzebnie dała się ponieść emocjom. Ale nie cofnęła swoich słów. Przecież każdy sędzia składał kiedyś śluby i obiecywał, że nie będzie opowiadał kłamstw. A potem… po sekundzie czy dwóch obezwładniającego milczenia, przerywanego tylko miarowym poruszaniem się wskazówek starego zegara… Lorien się po prostu zaśmiała.
I śmiała się przez bardzo długi zdawałoby się jeszcze czas.
- P-Prze-praszam.- Wydukała, nie potrafiąc powstrzymać chichotu, który targał jej ciałem. Nie przystawało to do wizerunku skąpanej w żałobie wdowy. Ale nie była w stanie powstrzymać łez, które spływały po jej bladych policzkach, drżenia ramion, przerywanego oddechu. Nie brzmiała jak ktoś w napadzie paniki. Nie było w jej ruchach żalu, nawet tego udawanego, bo na udawanie dziś Lorien nie miała siły. Miała za sobą ciężki dzień. Jeszcze cięższe lato pełne cierpienia, wyrzeczeń i poniżenia ze strony rodziny, której tak wiele poświęciła.
- P-prze-przepraszam.- Machnęła dłonią.- Daj... daj mi dziecko eliksiru na us.. uspoko… jenie.- Zdołała z siebie wydusić szybką prośbę. Jej własna fiolka spoczywała zamknięta w szufladzie przy łóżku. No ale przecież na pewno musieli tu mieć jakieś drobne zapasy, prawda? Dla zrozpaczonych rodzin? Ona była właśnie taką zrozpaczoną rodziną, nie widać?
Lorien łkała jeszcze przez moment, z trudem łapiąc kolejny dech. Nie chcąc zbić naczynia, odstawiła swoją filiżankę z kawą na blat biurka. Rozlała trochę na świeżutko wydrukowany nekrolog. Żona. Ukryła twarz w dłoniach, na przemian śmiejąc się i płacząc.- On… On… na-naprawdę nie żyje, prawda?- Zapytała w końcu. W jej głosie pojawiła się zwyczajna ulga.

To prawda, smutna wdowa nie przyszła zatęchłego zakładu pogrzebowego po pocieszenie. Nie. Gdyby na tym jej zależało poszłaby prosto do Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego i poprosiła o spotkanie z szanownym panem Anthony’m Shafiqiem. Pozwoliłaby mu się zabrać - nie wiedząc nawet dokąd. Może do Jordanii, może do Włoch, może po prostu do biblioteki w jego rezydencji w Little Hangleton. Usiedliby przy gorejącym kominku, złożyłaby głowę na jego kolanach i otulona smakiem słodkiego wina słuchała historii o dogasających słońcach.

Ale nie przyszła tu również po odzyskanie kontroli nad rodziną czy samą sobą- ta od niedawna przecież spoczywała w dłoniach obleczonych w cenniejsze niż jej pierścienie. Gdyby chciała kontroli zjechałaby windą do Departamentu Tajemnic. Poprosiła o spotkanie z szanownym panem Alexandrem Mulciberem.
Pozwoliłaby mu się zabrać - wiedziała nawet dokąd. Pozwoliłaby mu się zabrać do posiadłości w Szkocji. Pozwoliłaby mu paść przed sobą na kolana, ucałować martwe dłonie, podłożyć ogień pod więzienie, którym był ten dom przez ostatnie miesiące. Usiedliby przy gorejącym domu, złożyłaby głowę na jego kolanach i otulona sierpniowym wiatrem słuchała historii o umierających gwiazdach.

Lorien Mulciber przyszła tu po jedną jedyną rzecz - przyszła po pewność. A pewność mogło jej dać tylko i wyłącznie spojrzenie na zastygłą w stężeniu pośmiertnym twarz jej nieświętej pamięci męża.
Tego nie mógł jej dać nikt inny jak Lorraine Malfoy - i choć nie chciała składać głowy na jej kolanach czy pozwolić zimnicy prosektorium otulać swojego ciała, to historii o śmierci miałkiego człowieka chciała wysłuchać jak żadnej innej.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorien Mulciber (1281), Lorraine Malfoy (1064)




Wiadomości w tym wątku
[28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone - przez Lorraine Malfoy - 15.12.2024, 11:42
RE: [28/29.08.1972] No more dreaming of the dead as if the death itself was undone - przez Lorien Mulciber - 09.03.2026, 14:30

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa