09.03.2026, 14:33 ✶
Lorien Crouch czy tam Lorien Mulciber była wpierw dziewczyną, później kobietą przyzwyczajoną do adorowania. Do unoszenia jej dłoni do pocałunku niezbyt wysoko, by nie sprawić jej dyskomfortu, nawet kosztem łamania sobie karku; do słuchania tego co ma do powiedzenia, nawet, gdy słowa jej były przedłużeniem okrutnej i sadystycznej woli; do padania przed nią na kolana, tak jak to zapowiadał Hati.
Bo Lorien nie znała innego życia jak to, w którym była czystokrwistą panią, sędzią, katem i oskarżoną w jednym. Nie znała czasów, w których nie otaczano by ją miłością tak mocną, że jej brak pozostawiał za sobą pustkę w całym ciele.
Długo byliście małżeństwem?
- Z twojego punktu widzenia - niedługo. Z mojego - całą wieczność.- Odparła miękko, szczerze. Czas był pojęciem względnym, gdy zmieniał się punkt odniesienia, a długość życia malała drastycznie do niecałych czterdziestu lat. Czym był miesiąc? Tydzień? Rok? Jakie znaczenie zyskiwała lub traciła godzina?- Od stycznia. Jutro minęłoby równe osiem miesięcy. Ale nie płaczę po nim, był zbyt miałkim człowiekiem i mężem, żeby zasłużyć na mój smutek, w chwili, gdy tak po prostu umarł. W końcu… to zły obyczaj płakać po tych, którzy nas zostawili, prawda?
Spojrzała wprost w jasne ślepia Greybacka, nawet jeśli musiała przy tym zadrzeć odrobinę głowę. Nie kryla się z tą oczywistą igiełką. Nigdy się nie kryła, bo złośliwość leżała na niej jak doskonale skrojona szata.
Lata minęły odkąd Lorien rzeczywiście zastanawiała się czy byłaby dla nich jakakolwiek szansa. Wiedziała, że jej nie było, gdy siadywali popołudniami na błoniach, oglądając jak pierwszaki stają się ofiarą przerośniętej kałamarnicy z hogwarckiego jeziora. Ta łapała nieszczęsnych plażowiczów za kostki i podrzucała ich w powietrze przez co lądowali z głośnym pluskiem w wodzie. W pełnym szkolnym umundurowaniu. Wiedziała, że nie było dla nich żadnej przyszłości tamtego wieczoru, gdy złożono na jej głowie biały wianek. Queen of love and beauty. Cóż to była za głupawa tradycja między młodziakami jej czasów, gdy stawali w szranki pojedynku magicznego, uprzedniej dedykując swoje zwycięstwo wybranej pannie. Zdarzało się, że wybierano ją zawczasu, a ona wskazywała swoich “rycerzy” co by bronili jej honoru. Ale wtedy chcieli się czuć dorośli, wciąż jeszcze żyjąc na pograniczu fantazji i tęsknoty do czasów, gdy lojalność, oddanie i miłość miały jeszcze jakąś wartość. Czy ktokolwiek wtedy ją oceniał? Pewnie tak. Zazdrość prowadzi do pomówień; pomówienia do plotek, a plotki…
Nie myślała o tym teraz. To już nie miało znaczenia. Między nimi pojawiła się przepaść i milczenie, a uczucia… och, one zawsze pozostały zamknięte w szufladzie z tabliczką “młodość”.
Ale pozwoliła mu scałować krew ze zranionego opuszka palca. Jedna kropla krwi, nie więcej. W końcu zdrowym było dawkowanie sobie przyjemności. Mówiło się o tym, że krew Lestrange’ów, których dłonie przez wieki skąpane były w eliksirach i alchemii, przesiąkła magią do tego stopnia, że miała działanie odurzające. Przynajmniej takie słyszała plotki. Ale czy skażona klątwą krew smakowała inaczej niż ta “zdrowa”? Czy była cierpka? A może zaskakująco słodka?
Jednym machnięciem różdżki zerwała z antycznej kanapy pokrowiec. Chmura kurzu wzbiła się w powietrze, ale opadła gdzieś poza ich zasięgiem. A Lorien, jak gdyby nigdy nic, ujęła ostrożnie Greybacka za dłoń, prowadząc go w stronę miejsca, gdzie mogli na moment przysiąść. Kolejne machnięcie różdżką - zagotowała się woda w czajniczku, który przytargała z domu. Na tacy stały już dwie czyste filiżanki, gotowe do uzupełnienia parzącą się herbatą.
- Na szczęście dla mnie, przyjęło się nosić czerń w żałobie. - Uśmiechnęła się. Po co miałaby kłamać kogoś kto nawet nie znał jej nieświętej pamięci męża? Kogoś, z kim przecież była blisko. Nawet jeśli to było dawno.- Dlaczego wróciłeś z Włoch, Hati?
Zapytała, wreszcie przysiadając na kanapie. Stanie było uciążliwe, sprawiało ból w każdej części jej ciała. Siadając mogła udawać, że wszystko jest w porządku. Mogła sprawiać wrażenie, że wcale nie jest tak chora jak była w rzeczywistości.
- Jeśli potrzebowałeś pomocy… wystarczyło napisać. Dziadek zawsze chętnie przygarnia do swojego… biznesu… takich rosłych chłopców. Nie dba o krew czy przeszłość.- Ważyła na słowa. Bardzo ważyła na słowa, bo nigdy nie można było być zbyt pewnym komu co się mówi.
Dziadek Prewett był w końcu tym Prewettem od magicznej mafii sycylijskiej. Z drugiej strony nie wiedziała do końca czym Hati się zajmował przez te ostatnie lata. Może nie było mu po drodze z mniej legalnym… handlem pewnymi substancjami opioidowymi
Bo Lorien nie znała innego życia jak to, w którym była czystokrwistą panią, sędzią, katem i oskarżoną w jednym. Nie znała czasów, w których nie otaczano by ją miłością tak mocną, że jej brak pozostawiał za sobą pustkę w całym ciele.
Długo byliście małżeństwem?
- Z twojego punktu widzenia - niedługo. Z mojego - całą wieczność.- Odparła miękko, szczerze. Czas był pojęciem względnym, gdy zmieniał się punkt odniesienia, a długość życia malała drastycznie do niecałych czterdziestu lat. Czym był miesiąc? Tydzień? Rok? Jakie znaczenie zyskiwała lub traciła godzina?- Od stycznia. Jutro minęłoby równe osiem miesięcy. Ale nie płaczę po nim, był zbyt miałkim człowiekiem i mężem, żeby zasłużyć na mój smutek, w chwili, gdy tak po prostu umarł. W końcu… to zły obyczaj płakać po tych, którzy nas zostawili, prawda?
Spojrzała wprost w jasne ślepia Greybacka, nawet jeśli musiała przy tym zadrzeć odrobinę głowę. Nie kryla się z tą oczywistą igiełką. Nigdy się nie kryła, bo złośliwość leżała na niej jak doskonale skrojona szata.
Lata minęły odkąd Lorien rzeczywiście zastanawiała się czy byłaby dla nich jakakolwiek szansa. Wiedziała, że jej nie było, gdy siadywali popołudniami na błoniach, oglądając jak pierwszaki stają się ofiarą przerośniętej kałamarnicy z hogwarckiego jeziora. Ta łapała nieszczęsnych plażowiczów za kostki i podrzucała ich w powietrze przez co lądowali z głośnym pluskiem w wodzie. W pełnym szkolnym umundurowaniu. Wiedziała, że nie było dla nich żadnej przyszłości tamtego wieczoru, gdy złożono na jej głowie biały wianek. Queen of love and beauty. Cóż to była za głupawa tradycja między młodziakami jej czasów, gdy stawali w szranki pojedynku magicznego, uprzedniej dedykując swoje zwycięstwo wybranej pannie. Zdarzało się, że wybierano ją zawczasu, a ona wskazywała swoich “rycerzy” co by bronili jej honoru. Ale wtedy chcieli się czuć dorośli, wciąż jeszcze żyjąc na pograniczu fantazji i tęsknoty do czasów, gdy lojalność, oddanie i miłość miały jeszcze jakąś wartość. Czy ktokolwiek wtedy ją oceniał? Pewnie tak. Zazdrość prowadzi do pomówień; pomówienia do plotek, a plotki…
Nie myślała o tym teraz. To już nie miało znaczenia. Między nimi pojawiła się przepaść i milczenie, a uczucia… och, one zawsze pozostały zamknięte w szufladzie z tabliczką “młodość”.
Ale pozwoliła mu scałować krew ze zranionego opuszka palca. Jedna kropla krwi, nie więcej. W końcu zdrowym było dawkowanie sobie przyjemności. Mówiło się o tym, że krew Lestrange’ów, których dłonie przez wieki skąpane były w eliksirach i alchemii, przesiąkła magią do tego stopnia, że miała działanie odurzające. Przynajmniej takie słyszała plotki. Ale czy skażona klątwą krew smakowała inaczej niż ta “zdrowa”? Czy była cierpka? A może zaskakująco słodka?
Jednym machnięciem różdżki zerwała z antycznej kanapy pokrowiec. Chmura kurzu wzbiła się w powietrze, ale opadła gdzieś poza ich zasięgiem. A Lorien, jak gdyby nigdy nic, ujęła ostrożnie Greybacka za dłoń, prowadząc go w stronę miejsca, gdzie mogli na moment przysiąść. Kolejne machnięcie różdżką - zagotowała się woda w czajniczku, który przytargała z domu. Na tacy stały już dwie czyste filiżanki, gotowe do uzupełnienia parzącą się herbatą.
- Na szczęście dla mnie, przyjęło się nosić czerń w żałobie. - Uśmiechnęła się. Po co miałaby kłamać kogoś kto nawet nie znał jej nieświętej pamięci męża? Kogoś, z kim przecież była blisko. Nawet jeśli to było dawno.- Dlaczego wróciłeś z Włoch, Hati?
Zapytała, wreszcie przysiadając na kanapie. Stanie było uciążliwe, sprawiało ból w każdej części jej ciała. Siadając mogła udawać, że wszystko jest w porządku. Mogła sprawiać wrażenie, że wcale nie jest tak chora jak była w rzeczywistości.
- Jeśli potrzebowałeś pomocy… wystarczyło napisać. Dziadek zawsze chętnie przygarnia do swojego… biznesu… takich rosłych chłopców. Nie dba o krew czy przeszłość.- Ważyła na słowa. Bardzo ważyła na słowa, bo nigdy nie można było być zbyt pewnym komu co się mówi.
Dziadek Prewett był w końcu tym Prewettem od magicznej mafii sycylijskiej. Z drugiej strony nie wiedziała do końca czym Hati się zajmował przez te ostatnie lata. Może nie było mu po drodze z mniej legalnym… handlem pewnymi substancjami opioidowymi