09.03.2026, 14:41 ✶
- Więc lepiej dla ogółu społeczeństwa, aby nasza wiedza się pokrywała. Byłoby nieroztropnym nie znać definicji człowieka, gdy definicja ta jest podstawą rozpatrywania o winie i karze.- Odpowiedziała, nieszczególnie przejęta jakże ograniczonym aurorskim żargonem.
Wiemy. Rozumiemy. Waruj. Siad. Grzeczny piesek.
To prawda - były rzeczy, które mógł przemilczeć. Nie powinien był ich przemilczać, nawet lepiej że tego nie zrobił, bo właśnie miał okazję zobaczyć jak z twarzy pani Mulciber ucieka ta niewielka ilość krwi, która nadawała różu jej policzkom i życia całej osobie. Kobieta pobladła, nie ze strachu, ale ze złości, która powoli zaczynała się tlić w jej oczach.
Bezwiednie drgnęła, choć ból sunących po kręgosłupie pazurów był tylko lekką bryzą jaka przemknęła przez gabinet i poniosła magią dementorki w papierowej łódeczce. Nie pozwoliła się zdekoncentrować marze ukrytej w głębinach umysłu. Wdech, wydech. Jej oddech wygrywał prostą melodię ludzkich dźwięków i ptasiego szczebiotu.
Clemens Longbottom nie był jej kotem prawda? Nie. Clemens Longbottom był niewiele więcej wartym przestępcą niż Korolev. Sięgnął po magię, za użycie której mogłaby go oskórować. Mogłaby go pozbawić różdżki, wyrwać mu łapki i złamać szczękę, co by nigdy więcej nie próbował jej zacisnąć na ministerialnej ręce, która go karmiła. Nie zadziałała sprawiedliwość. Och nie, sprawiedliwość milczała, gdy starego glinę wykopano na bruk. Czy zatem spotkała go “naturalna konsekwencja jego własnego wyboru”? A może plecy niektórych były po prostu wystarczająco mocne, by strzelić prawu w pysk. Ale przecież… to nie ona wydała Clemensa, gdy nadarzyła się taka okazja. Mogłaby to zrobić, ale po co? Prędzej niż później prawda wyszła na jaw.
Różnica między Lorien Mulciber, a Aaronem Moody’m leżała jednak w tym, że tylko jedno z nich potrzebowało sobie polewać duszę lubrykantem i tłumaczyć Woody’ego z tego, że torturował ludzi. A przecież dokładnie to robił. Nie był w niczym lepszy od pierwszego lepszego skurwiałego nekromanty z Nokturnu. I szczerze? Kompletnie to Lorien nie przeszkadzało, póki jeszcze robił dla Ministerstwa Magii.
Kiedy jeszcze był ich psem.
Nie doceniła żarciku o rozwodnionym piwie. Sprawiała wrażenie jakby nie słuchała absolutnie żadnego słowa, które opuściło usta Aarona Moody’ego po jego jakże elokwentnym “jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś dokonał żywota w Azkabanie za stosowanie przemoc wobec zwierząt…”, bo to zostało w jej umyśle zanotowane raz a dobrze. Prawdopodobnie przypomni mu o tym za tydzień czy dwa; może za rok o ile przyjdzie jej dożyć takowego. Ale przypomni mu na pewno.
- Jestem tutaj po to, żeby pomóc.
Zaśmiała się cierpko w odpowiedzi. Ptasio. Ale rozluźniła się wyraźnie, gdy odłożył przyrząd do nagrywania i wyciągnął samopiszące pióro.
- Zadbam o to, by czuła się pani bezpiecznie.
- Niech pan nie będzie niepoważny. Nie ma już czegoś takiego jak bezpieczeństwo Panie Moody. Oni już wtargnęli do naszych domów. Jesteśmy jak kraby wrzucone do wrzątku - zbyt późno zorientowaliśmy się, że nas gotują.- Powiedziała niemal znużonym tonem, jakby naraz opadła z sił. I choć jasnym zdawało się być to, że Lorien mówi o Śmierciożercach, to jednak... co do tego nie można było mieć żadnej pewności.
Dała mu na pytania i doszukiwanie się sensu w odpowiedziach tyle czasu ile chciał. W końcu zeznania wymagały pieczołowitego omówienia. Nic nie mogło przed nim umknąć. A sama Lorien nie miała dzisiaj żadnych innych planów, bo i Wizengamot wciąż potrzebował czasu, żeby zrozumieć co właściwie wydarzyło się w zeszły piątek; żeby policzyć ilu z nich brakuje i kim muszą zostać zastąpieni; żeby sprawdzić co da się jeszcze uratować ze zgliszczy jakim stał się ich kraj.
Lorien nie miała dzieci, bo mieć ich zwyczajnie w świecie nie mogła. Świadomość ta towarzyszyła jej całe życie. Gdy w szkole jej koleżanki zachwycały się wizją zakładania rodzin i wybierały najładniejsze imiona dla swoich przyszłych dzieci; gdy kwestia ta wypływała na wierzch przy każdej matrymonialnej ofercie skierowanej w jej stronę, aż wreszcie utopiono ten fakt gdzieś w połowie przygotowanej przedwcześnie intercyzy. W końcu przestała o tym mówić w ogó… Nie mówiła o tym Robertowi. Nie mogła mówić o tym Robertowi. Zmarszczyła delikatnie brwi. Coś się nie zgadzało, ale nie rozumiała co. Poczuła bolesne ukłucie w skroni, jak zawsze, gdy wracał dysonans. Zrzuciła pełną winę na zmęczenie.
Podniosła wreszcie wzrok na Aarona, który teraz pierdolił coś dalej o wychowaniu i ojcach. Westchnęła bezgłośnie. Nie pisała się na przyjacielskie konwersacje w godzinach pracy.
- Mój ojciec jest wybitnym retorykiem.- Odpowiedziała sucho na zaczepkę. Oj nie wolno było obrażać papy Croucha w obecności jego ukochanej córeczki. Takie to było obrażalskie stworzenie.- Winy za znużenie jakie mogły wywoływać jego przemówienia raczej doszukiwałabym się w ubogim aparacie kognitywnym słuchaczy.
No i żart trafił jak kula w płot. Brawo panie Moody. -50 punktów dla Gryffindoru za żarciki z papy Philipa i zmarszczenie brwi panienki Crouch. Ciężko powiedzieć co gorsze w tym przypadku. Nawet jeśli nie mówił poważnie to sama Lorien nie miała siły doszukiwać się w jego słowach żartu. Widać było po niej, że i składanie zeznań i przeżywanie na nowo ostatnich dni, było czynnością wystarczająco wyczerpującą.
- Zaprosiłabym Pana na moje najbliższe oświadczenie w sprawie planowanych reform funduszu kompensacyjnego dla ofiar szkód spowodowanych niekontrolowaną magią młodocianych czarodziejów na lata 73-’75, ale obawiam się, że temat zostanie odłożony w czasie. Może to i lepiej. Nie chciałabym pana… znużyć.
Skinęła głową odnośnie przydatnego zakresu dokumentacji medycznej. Tak. Na udostępnienie tych kilku stron mogła się ostatecznie zgodzić. Sięgnęła po pióro, umoczyła je w czarnym atramencie. Na podsuniętym kawałku czystego pergaminu wypisała stosowną zgodę. Pozwoliła zapaść ciszy między nimi i… pomimo wszystko nie było w tej ciszy nic niezręcznego. Po prostu dwoje dorosłych ludzi siedziało po dwóch stronach biurka, nie przeszkadzając sobie w wypełnianiu obowiązków. Przybiła stosowną pieczęć, dmuchnęła w mokry tusz, osuszając świeżo zapisany pergamin.
Wymienili się dokumentami, a po przeczytaniu pobieżnie zeznań, złożyła parafkę na potwierdzeniu anonimowego zgłoszenia i ewentualnej zgodzie wystąpienia przed Wizengamotem w roli poszkodowanego.
Nie była dzielna. Gdyby była - Korolev nie zdołałby jej wytrącić z równowagi, nie doszłoby do przemiany. Nie próbowała udawać dzielnej i teraz, bo nie miało to żadnego znaczenia. Tu chodziło o coś więcej niż atak na jedną, drobną kobietę. O coś więcej niż przywalenie w pysk Robertowi Crouchowi. Tu chodziło o przekroczenie granic, których ludzie dotychczas bali się przekroczyć. I porządek, który należało przywrócić, choćby za cenę przykucia całego społeczeństwa do płotu, na zdecydowanie zbyt krótkim łańcuchu by mogło sięgnąć do miski z ochłapami.
W końcu podniosła się z fotela.
Rozmowa mogła zostać uznana za zakończoną, dokładnie w chwili, gdy Lorien odwróciła od aurora plecami, wyglądając przez półprzezroczystą zasłonę w stronę Atrium. Wcale nie po to, żeby sprawdzić czy dzieje się tam coś ciekawego, bo przecież nawet coś tak ważnego jak Spalona Noc nie złamała biegu życia w Ministerstwie Magii. Nie. Po prostu dała jasny sygnał, że od niej niczego więcej się nie dowie. Milczała, gdy wstawał ze swojego miejsca.
- Zanim pan zapieczętuje poniższe akta, proszę się jeszcze raz zastanowić panie Moody…- Uniosła dłoń, na wypadek gdyby próbował się wtrącić. Nie chciała go już w ogóle słuchać.- … jaka jest różnica między atakami Koroleva i Longbottoma na coś co nie jest w pana odczuciu człowiekiem. Jeśli zaś, nie próbując mi schlebiać i wmawiać swojego uznania wobec dokonań sądu, dojdzie pan do wniosku, że tylko jeden z nich powinien gnić w Azkabanie - proszę te akta spalić.- Dokończyła. Machnęła przy tym lekko ręką, dokładnie tak jak się macha na namolnego petenta, który przychodzi zawracać głowę w czasie porannej przerwy na kawę.
That’s it. Koniec audiencji.
Wiemy. Rozumiemy. Waruj. Siad. Grzeczny piesek.
To prawda - były rzeczy, które mógł przemilczeć. Nie powinien był ich przemilczać, nawet lepiej że tego nie zrobił, bo właśnie miał okazję zobaczyć jak z twarzy pani Mulciber ucieka ta niewielka ilość krwi, która nadawała różu jej policzkom i życia całej osobie. Kobieta pobladła, nie ze strachu, ale ze złości, która powoli zaczynała się tlić w jej oczach.
Bezwiednie drgnęła, choć ból sunących po kręgosłupie pazurów był tylko lekką bryzą jaka przemknęła przez gabinet i poniosła magią dementorki w papierowej łódeczce. Nie pozwoliła się zdekoncentrować marze ukrytej w głębinach umysłu. Wdech, wydech. Jej oddech wygrywał prostą melodię ludzkich dźwięków i ptasiego szczebiotu.
Clemens Longbottom nie był jej kotem prawda? Nie. Clemens Longbottom był niewiele więcej wartym przestępcą niż Korolev. Sięgnął po magię, za użycie której mogłaby go oskórować. Mogłaby go pozbawić różdżki, wyrwać mu łapki i złamać szczękę, co by nigdy więcej nie próbował jej zacisnąć na ministerialnej ręce, która go karmiła. Nie zadziałała sprawiedliwość. Och nie, sprawiedliwość milczała, gdy starego glinę wykopano na bruk. Czy zatem spotkała go “naturalna konsekwencja jego własnego wyboru”? A może plecy niektórych były po prostu wystarczająco mocne, by strzelić prawu w pysk. Ale przecież… to nie ona wydała Clemensa, gdy nadarzyła się taka okazja. Mogłaby to zrobić, ale po co? Prędzej niż później prawda wyszła na jaw.
Różnica między Lorien Mulciber, a Aaronem Moody’m leżała jednak w tym, że tylko jedno z nich potrzebowało sobie polewać duszę lubrykantem i tłumaczyć Woody’ego z tego, że torturował ludzi. A przecież dokładnie to robił. Nie był w niczym lepszy od pierwszego lepszego skurwiałego nekromanty z Nokturnu. I szczerze? Kompletnie to Lorien nie przeszkadzało, póki jeszcze robił dla Ministerstwa Magii.
Kiedy jeszcze był ich psem.
Nie doceniła żarciku o rozwodnionym piwie. Sprawiała wrażenie jakby nie słuchała absolutnie żadnego słowa, które opuściło usta Aarona Moody’ego po jego jakże elokwentnym “jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś dokonał żywota w Azkabanie za stosowanie przemoc wobec zwierząt…”, bo to zostało w jej umyśle zanotowane raz a dobrze. Prawdopodobnie przypomni mu o tym za tydzień czy dwa; może za rok o ile przyjdzie jej dożyć takowego. Ale przypomni mu na pewno.
- Jestem tutaj po to, żeby pomóc.
Zaśmiała się cierpko w odpowiedzi. Ptasio. Ale rozluźniła się wyraźnie, gdy odłożył przyrząd do nagrywania i wyciągnął samopiszące pióro.
- Zadbam o to, by czuła się pani bezpiecznie.
- Niech pan nie będzie niepoważny. Nie ma już czegoś takiego jak bezpieczeństwo Panie Moody. Oni już wtargnęli do naszych domów. Jesteśmy jak kraby wrzucone do wrzątku - zbyt późno zorientowaliśmy się, że nas gotują.- Powiedziała niemal znużonym tonem, jakby naraz opadła z sił. I choć jasnym zdawało się być to, że Lorien mówi o Śmierciożercach, to jednak... co do tego nie można było mieć żadnej pewności.
Dała mu na pytania i doszukiwanie się sensu w odpowiedziach tyle czasu ile chciał. W końcu zeznania wymagały pieczołowitego omówienia. Nic nie mogło przed nim umknąć. A sama Lorien nie miała dzisiaj żadnych innych planów, bo i Wizengamot wciąż potrzebował czasu, żeby zrozumieć co właściwie wydarzyło się w zeszły piątek; żeby policzyć ilu z nich brakuje i kim muszą zostać zastąpieni; żeby sprawdzić co da się jeszcze uratować ze zgliszczy jakim stał się ich kraj.
Lorien nie miała dzieci, bo mieć ich zwyczajnie w świecie nie mogła. Świadomość ta towarzyszyła jej całe życie. Gdy w szkole jej koleżanki zachwycały się wizją zakładania rodzin i wybierały najładniejsze imiona dla swoich przyszłych dzieci; gdy kwestia ta wypływała na wierzch przy każdej matrymonialnej ofercie skierowanej w jej stronę, aż wreszcie utopiono ten fakt gdzieś w połowie przygotowanej przedwcześnie intercyzy. W końcu przestała o tym mówić w ogó… Nie mówiła o tym Robertowi. Nie mogła mówić o tym Robertowi. Zmarszczyła delikatnie brwi. Coś się nie zgadzało, ale nie rozumiała co. Poczuła bolesne ukłucie w skroni, jak zawsze, gdy wracał dysonans. Zrzuciła pełną winę na zmęczenie.
Podniosła wreszcie wzrok na Aarona, który teraz pierdolił coś dalej o wychowaniu i ojcach. Westchnęła bezgłośnie. Nie pisała się na przyjacielskie konwersacje w godzinach pracy.
- Mój ojciec jest wybitnym retorykiem.- Odpowiedziała sucho na zaczepkę. Oj nie wolno było obrażać papy Croucha w obecności jego ukochanej córeczki. Takie to było obrażalskie stworzenie.- Winy za znużenie jakie mogły wywoływać jego przemówienia raczej doszukiwałabym się w ubogim aparacie kognitywnym słuchaczy.
No i żart trafił jak kula w płot. Brawo panie Moody. -50 punktów dla Gryffindoru za żarciki z papy Philipa i zmarszczenie brwi panienki Crouch. Ciężko powiedzieć co gorsze w tym przypadku. Nawet jeśli nie mówił poważnie to sama Lorien nie miała siły doszukiwać się w jego słowach żartu. Widać było po niej, że i składanie zeznań i przeżywanie na nowo ostatnich dni, było czynnością wystarczająco wyczerpującą.
- Zaprosiłabym Pana na moje najbliższe oświadczenie w sprawie planowanych reform funduszu kompensacyjnego dla ofiar szkód spowodowanych niekontrolowaną magią młodocianych czarodziejów na lata 73-’75, ale obawiam się, że temat zostanie odłożony w czasie. Może to i lepiej. Nie chciałabym pana… znużyć.
Skinęła głową odnośnie przydatnego zakresu dokumentacji medycznej. Tak. Na udostępnienie tych kilku stron mogła się ostatecznie zgodzić. Sięgnęła po pióro, umoczyła je w czarnym atramencie. Na podsuniętym kawałku czystego pergaminu wypisała stosowną zgodę. Pozwoliła zapaść ciszy między nimi i… pomimo wszystko nie było w tej ciszy nic niezręcznego. Po prostu dwoje dorosłych ludzi siedziało po dwóch stronach biurka, nie przeszkadzając sobie w wypełnianiu obowiązków. Przybiła stosowną pieczęć, dmuchnęła w mokry tusz, osuszając świeżo zapisany pergamin.
Wymienili się dokumentami, a po przeczytaniu pobieżnie zeznań, złożyła parafkę na potwierdzeniu anonimowego zgłoszenia i ewentualnej zgodzie wystąpienia przed Wizengamotem w roli poszkodowanego.
Nie była dzielna. Gdyby była - Korolev nie zdołałby jej wytrącić z równowagi, nie doszłoby do przemiany. Nie próbowała udawać dzielnej i teraz, bo nie miało to żadnego znaczenia. Tu chodziło o coś więcej niż atak na jedną, drobną kobietę. O coś więcej niż przywalenie w pysk Robertowi Crouchowi. Tu chodziło o przekroczenie granic, których ludzie dotychczas bali się przekroczyć. I porządek, który należało przywrócić, choćby za cenę przykucia całego społeczeństwa do płotu, na zdecydowanie zbyt krótkim łańcuchu by mogło sięgnąć do miski z ochłapami.
W końcu podniosła się z fotela.
Rozmowa mogła zostać uznana za zakończoną, dokładnie w chwili, gdy Lorien odwróciła od aurora plecami, wyglądając przez półprzezroczystą zasłonę w stronę Atrium. Wcale nie po to, żeby sprawdzić czy dzieje się tam coś ciekawego, bo przecież nawet coś tak ważnego jak Spalona Noc nie złamała biegu życia w Ministerstwie Magii. Nie. Po prostu dała jasny sygnał, że od niej niczego więcej się nie dowie. Milczała, gdy wstawał ze swojego miejsca.
- Zanim pan zapieczętuje poniższe akta, proszę się jeszcze raz zastanowić panie Moody…- Uniosła dłoń, na wypadek gdyby próbował się wtrącić. Nie chciała go już w ogóle słuchać.- … jaka jest różnica między atakami Koroleva i Longbottoma na coś co nie jest w pana odczuciu człowiekiem. Jeśli zaś, nie próbując mi schlebiać i wmawiać swojego uznania wobec dokonań sądu, dojdzie pan do wniosku, że tylko jeden z nich powinien gnić w Azkabanie - proszę te akta spalić.- Dokończyła. Machnęła przy tym lekko ręką, dokładnie tak jak się macha na namolnego petenta, który przychodzi zawracać głowę w czasie porannej przerwy na kawę.
That’s it. Koniec audiencji.
Koniec sesji