• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[19.09. ranek] Lothlórien

[19.09. ranek] Lothlórien
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#7
09.03.2026, 14:46  ✶  
Prawem małej dziewczynki pozbawionej rodzeństwa było dobierać sobie ludzi, których za braci mogła i chciała uznawać. Nie było w tym przymusi krwi. Nie było nierozerwalnych nici powiązań na drzewie genealogicznym wyszytym złotymi i srebrnymi nićmi.
Prawem młodej kobiety było robić dokładnie to samego z jej kochankami. Chcę tego do całowania moich dłoni i noszenia za mną palta. Tamtego do nakładania na moje skronie wianka z białego kwiecia. Jeszcze jednego do oddania mi nazwiska i dzielenia z nim łoża. Może innego do poznania czym jest słodki smak niespełnionej miłości.
Prawem starej sędzi było wiedzieć lepiej - wiedzieć, że nie ma się w tym czy innym życiu niczego, co czyniłoby ból istnienia w takim społeczeństwie milszym.
Ale nie zazdrościła nigdy Helloise jej świata. Nie był pełen. Nie był powolny. Ów świat był urzeczywistnieniem chaosu natury, przymusu podporządkowania się prawom przemijania sezonów i pór roku; życia w sprzeczności z tym co czyniło ich panami nie poddanymi - z hierarchią ważności. Równa była w swojej uległości naturze Rowle’ówna do pierwszego lepszego mugola, który z utęsknieniem wypatrywał deszczu i wznosił modły do swoich bogów, by przynieśli mu obfity rok. Równa mu w swej bezradności, gdy przyszła władza i zakazała jej wstępu do Kniei.
Ministerstwo zakazało. Każdy powinien słuchać reguł Ministerstwa Magii, bo reguły te były dobre. Kontrola była dobra. Każdy kto sprzeciwiał się ich kontroli był przestępcą, degeneratem i buntownikiem, którego należało zresocjalizować. Gdzie jednak kończyła się resocjalizacja, a zaczynał bat? Na to Lorien nie znała odpowiedzi. Chyba nawet nie zależało jej, co by odpowiedź znaleźć.
Nie wolno, nie wolno, nie wolno.

Nie zazdrościła Helloise jej uniesień - czy to narkotycznych czy religijnych. Wszak sztywny gorset zasad moralnych był często jedyną rzeczą, która trzymał ją w pionie. Jej praca przynosiła ukojenie dla duszy - pozwalała smakować władzy nad życiem i śmiercią tych, których za ludzi już dawno przestała uważać. Więcej było w byciu sędzia podobieństw do rozsmakowanych w łowieniu zwierzyny kłusowników, niż ludzi dążących do tak absurdalnych rzeczy jak prawo czy sprawiedliwość. Nie dbała o to. Już dawno przestała dbać.
Ale przecież i Lorien zdarzyło się łamać jej własne przyrzeczenia. Zwłaszcza teraz, gdy straciła wszystko, a stracić miała jeszcze więcej.
Nie masz dziecka.
Robert nie żyje.
Donoś żałobę.
Idź ponownie za mąż.
Wynoś się. Wynoś. Zniknij. Czy dlatego zdrada smakowała tak słodko, choć pachniała najtańszą wodą kolońską?

Lorien po prostu patrzyła, gdy Helloise znalazła się bliżej niż przyzwalało na to ich dobre wychowanie.
Nie rwała się, nie szarpała. Nie żądała natychmiastowego uwolnienia. Nie poszła w swoich próbach wyzwolenia spod cięższego od swojego ciała w stronę żartobliwego dźgnięcia panny Rowle pod żebra. Nie zrobiła nic, w pierwszej chwili zbyt skupiona na dłoni swojej towarzyszki. Nie potrafiła określić co sądzi o jej dłoniach - nie były delikatne. Były… znoszone. Zupełnie jak zbyt często używane do grzebania w ziemi i taszczenia wody ze studni rękawiczki. Przeżarte życiem, którego nie powinna wieść dziewczynka z dobrego domu. Nie potrafiła powiedzieć czy są ładne czy brzydkie i szczerze powiedziawszy nie dbała o to. Po prostu trzymała ich splecione palce tak długo jak mogła. Gdy została puszczona, bo Helloise postanowiła zawisnąć nad nią jak sęp nad truchłem, Lorien wyciągnęła dłoń do góry, wodząc w zamyśleniu palcem po bladym policzku czarownicy, w dół jej żuchwy, nawijając nań jeden z blond loków.
Były tu, w tej jednej małej bańce czasoprzestrzeni, odcięte od świata za zasłoną powiewającą w oknie, twarzą w twarz, a jednak… nie widząc się wcale.
Widma, widma, widma.
- Po co ci widma, gdy one są tam, a ja tutaj?- Zapytała przekornie, jak dziecko, któremu nie poświęca się wystarczającej atencji. Nie widziała różnicy między sobą, a duszami zaklętymi w kniei, ponad tym, że ona wciąż przyobleczona była w ciało, stertę niepotrzebnych kości i mięsa.
W odpowiedzi przyszedł pocałunek.
Pozwoliła się pocałować. Tak... “pozwoliła” było stanem, który najlepiej oddawał to co pogrążona w marazmie sędzia zrobiła. Nie uciekła spod dotyku, nie odwróciła spojrzenia. Ale nie było też żadnej reakcji. Po prostu została pocałowana i nie poświęciła tej myśli ani sekundy swojej uwagi. Jakiż smak miał podbój, gdy podbijana zdawała się go nie zauważyć?
Nie było w Lorien lęku przed żywym kobiecym ciałem, więc nie było i gwałtu w geście Helloise.

- Nie, nie przybywam z Ministerstwa. Nie jestem sową pocztową. - Stwierdziła po chwili czarownica. I znów zamilkła, w wyraźnej rozterce czy wyznać przed czarownicą prawdziwy cel swojej wizyty. Jeśli komuś powie… zamkną ich. Zamkną z daleka od świata, od domu, od pracy. Jej dni wypełnią białe ściany Lecznicy Dusz, monotonne pikanie aparatury medycznej, woń medykamentów i smak eliksirów na podniebieniu. A potem zatraci smak i powonienie i słuch i wzrok. To nie było bezpieczne. Ale bezpieczniejsze zdawało się rozmawianie z kimś takim niż z magomedykiem. Rowle nie miała jak bronić swojej reputacji - ot brudne dziewczę w brudnej chatce na kurzej brudnej stopce w brudnym, pozbawionym zasad świecie. Tak łatwo byłoby ją zdyskredytować. Dziewczę z kniei nie miało nad nią władzy. Ale miało wiedzę. Mogło pomóc.
- Coś… się dzieje.- Powiedziała cicho, głosem zduszonym, jak gdyby próbowała coś ukryć. Przed światem? Helloise? Przed samą sobą, skoro uniosła się na tyle na ile pozwoliło jej osłabione ciało, przysuwając usta bliżej ust czarownicy? Była blisko, bardzo blisko - wciąż jeszcze czuła ziołową słodycz na wargach. Ale mówiła tak cicho, bojąc się, że własne myśli usłyszą co mówią usta.- Po pożarach. Ach słodka Helloise, po pożarach coś… coś we mnie… coś… ono słucha.- Zacisnęła rozpaczliwie palce brudne od krwi na jej bluzce. Mocniej niż wcześniej robiła cokolwiek.- Cały czas słucha. I żąda ode mnie…- Zamilkła.
Spuściła powoli wzrok, pozwalając mu błądzić i gubić się w meandrach odsłoniętej skóry blondynki. Zatrzymała go dłużej na pulsującej pod skórą tętnicy i choć chciała więcej - jedynie musnęła Helloise w drugim - równie subtelnym, nieporadnym co wcześniej pocałunku. Próbowała zająć nią swoje myśli. Ale nie zdołała wydukać nic więcej. Więc po prostu, zbierając w sobie całą resztkę sił - po prostu blondynkę z siebie zepchnęła.

- Słyszałam, że pleciesz wieńce do kowenu. Zrób mi jeden. Zapłacę ile będziesz chciała. Pojadę tam i poproszę bogów o…- nie wiedziała o co można prosić tych, w których się nie wierzy. Miłosierdzie? Nie chciała go. Łaskę? Nie, to było zbyt proste. Mogła poprosić o czas. Czasu zawsze było zbyt mało, zwłaszcza teraz, gdy lato ustąpiło jesieni, a po jesieni nadchodziła zima. Z zimą zaś śmierć. Nie chciała o nic prosić, ni bogów ni ludzi.
Podciągnęła kolana pod brodę, wpatrując się w martwy punkt przed sobą. Drżące palce wplotła w swoje własne splątanie czarne loki. Bogowie. Bogowie byli okrutni, dlatego właśnie byli bogami. Alexander nie miał racji. Nie miał. Nie miał. Mylił się. Mówił przecież “żeby wiara była prawdziwie wiarą, obiekt kultu nie może być dostępny poznaniu, objęty rozumem, potwierdzony dowodami empirycznymi.” Mylił się. Bogowie byli na wyciągnięcie ręki.
- Zrób go.- Zażądała nagle, głosem tak obcym i pustym, że niemal wrogim.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (3301), Lorien Mulciber (3140)




Wiadomości w tym wątku
[19.09. ranek] Lothlórien - przez Lorien Mulciber - 21.09.2025, 15:17
RE: [19.09. ranek] Lothlórien - przez Helloise Rowle - 23.09.2025, 22:38
RE: [19.09. ranek] Lothlórien - przez Lorien Mulciber - 19.10.2025, 18:35
RE: [19.09. ranek] Lothlórien - przez Helloise Rowle - 24.11.2025, 18:02
RE: [19.09. ranek] Lothlórien - przez Lorien Mulciber - 26.11.2025, 22:47
RE: [19.09. ranek] Lothlórien - przez Helloise Rowle - 11.01.2026, 09:38
RE: [19.09. ranek] Lothlórien - przez Lorien Mulciber - 09.03.2026, 14:46
RE: [19.09. ranek] Lothlórien - przez Helloise Rowle - 25.03.2026, 23:44

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa