10.03.2026, 00:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.03.2026, 00:11 przez Benjy Fenwick.)
Wspomnienia wracały do mnie powoli, w półmroku mojego umysłu, odsłaniając tylko fragmenty tego, co wydarzyło się wcześniej. Jeszcze przed chwilą dryfowałem gdzieś pomiędzy snem a czymś znacznie głębszym i ciemniejszym, teraz jednak wszystko wracało - ciężar kończyn, pulsowanie w skroniach, nieprzyjemne, tępe kłucie rozlewające się po całym boku. Obraz pojawił się nagle - ciężkie ciało w mgle, błysk zębów, kępki trawy wzlatujące w górę, pazury, które wbiły się mój bok jak hak - pamiętałem szarpnięcie, upadek na mokrą ziemię i własny oddech, który nagle stał się czymś obcym, rwanym. „Wilkołak” - samo wspomnienie tego słowa było jak zimna ręka przesuwająca mi się po karku - a może raczej jak ciepły, mokry, śmierdzący oddech muskający wrażliwą skórę z tyłu mojej głowy, wprawiający w ruch wszystkie, nawet najdrobniejsze włoski. Nieważne, do czego bym to porównał, całe moje ciało pokryło się gęsią skórką, było mi jednocześnie ciepło i lodowato, znalazłem się w jasnym pomieszczeniu, lecz pod powiekami wciąż miałem przebłyski tamtej nocy - wilgoć, ciężki warkot bestii, mokrą ziemię pod kolanami - miałem wrażenie, że jeśli zamrugam odrobinę zbyt szybko, znowu zobaczę zęby tamtego stworzenia zamiast znajomego sufitu nad łóżkiem.
Ciepło pod plecami, zapach domu, mgła za oknem i…
I krew…
Otworzyłem oczy powoli, chociaż sam ruch powiek wymagał ode mnie więcej wysiłku, niż powinien. Na ułamek sekundy straciłem przytomność umysłu, nie od razu reagując na słowa żony, tylko odruchowo przesuwając spojrzeniem po zaparowanej szybie drzwi balkonowych, za którą coś się poruszyło. Prawdopodobnie był to jakiś przelatujący ptak - gęś, może kaczka, jednak przez zatrważająco wyraźny, jak na stan mojej pamięci, moment miałem wrażenie, że w gęstej mgle zobaczyłem zarys jego sylwetki - zbyt duży, zbyt szybki, zbyt żywy jak na coś, co powinno istnieć tylko w opowieściach przy piwie. Świat zniknął na sekundę, kiedy znów go zobaczyłem, w głowie zaczęły układać mi się pierwsze sensowne fragmenty ostatnich… Dni? Godzin? Na pewno nie minut, ponieważ pamiętałem, że było ciemno, gdy ostatni raz wiedziałem, co działo się dookoła mnie. Potem znów byłem tu - w domu, zupełnie nie wiedząc, jak znalazłem się w sypialni.
Przymknąłem oczy na moment, nie dlatego, że chciałem znowu zasnąć, tylko dlatego, że światło wydawało się zbyt jasne, a głowa zbyt ciężka. Nie byłem pewien, czy naprawdę się obudziłem, czy tylko na moment wynurzyłem się z tego dziwnego, ciężkiego półsnu, w którym dryfowałem od... Nie wiedziałem nawet jak dawna. Spróbowałem przełknąć ślinę i od razu poczułem, jak bardzo miałem wysuszone gardło, powietrze zdawało się drapać mnie od środka, a w ustach czułem gorzki posmak czegoś leczniczego, zmieszanego z metaliczną nutą krwi. Każdy oddech był płytki, jakby moje ciało jeszcze nie zdecydowało, czy naprawdę chce wrócić do pracy, kiedy zaś lekko poruszyłem ramieniem, ból w moim boku rozlał się niczym ogień, ciężki i głęboki, ciągnący wzdłuż żeber.
Zacisnąłem zęby, pozwalając temu wrażeniu przejść przez mnie falą - to nie było zwykłe skaleczenie ani stłuczenie, to było szarpnięcie czegoś dużego, czegoś ciężkiego, czegoś, co miało kły i pazury - doskonale wiedziałem, że „kilka dni” było optymistycznym założeniem powrotu do formy.
- To… - Głos miałem tak ochrypły, że sam ledwo go rozpoznałem. Przełknąłem ślinę, która niczego nie poprawiła, po czym przekręciłem głowę bardzo powoli w stronę Prudence, nawet jeśli ten drobny ruch sprawił, że świat na moment lekko się zachwiał. - Dobsze wiedzieś. - Chciałem się uśmiechnąć, choćby krzywo, ale zamiast tego wyszedł z tego tylko nieudolny grymas, który zakończył się cichym syknięciem, kiedy mój bok zaprotestował przeciwko tak niewielkiemu wysiłkowi. Zamknąłem na moment oczy, pozwalając, żeby kolejna fala bólu przetoczyła się przeze mnie i opadła, zostawiając po sobie tylko to ciężkie, pulsujące echo.
Kiedy je znowu otworzyłem, Prue była już bliżej, przesunęła się na łóżku tak ostrożnie, jakby każdy centymetr przestrzeni między nami był czymś niezmiernie wartościowym - tak, jakby bała się ruszyć, jakby każdy nagły ruch mógł coś zepsuć. Przez chwilę po prostu na nią patrzyłem, to było dziwne uczucie - widzieć ją tak wyraźnie po tym wszystkim, co jeszcze przed chwilą było tylko mgłą i ciemnością. W mojej głowie wciąż mieszały się obrazy - jej twarz i tamta bestia, ciepło tego pokoju i zimno nocnego powietrza. Przeniosłem wzrok w górę, patrząc w sufit i próbując zebrać myśli w coś, co przypominałoby odpowiedź na pytanie o moje samopoczucie. Głowa łupała mi przy każdym uderzeniu serca, gardło miałem tak spieczone, że przełknięcie śliny graniczyło z wysiłkiem, a bok pulsował ostrym, wewnętrznym ciągnięciem, które nie pozwalało zapomnieć o sobie nawet na sekundę.
- Woda… - Mruknąłem, bardziej wydychając to słowo niż je wypowiadając. Miałem wrażenie, że nieświadomie, znajdując się poza granicami świadomości, wciągnąłem w siebie całą mglistą chmurę drobnego pyłu, wdychając w płuca coś znacznie gorszego od dymu, którego nawdychałem się podczas pożarów miasta - to samo w sobie było paskudne uczucie, zdecydowanie nie potrzebowałem jeszcze bardziej cierpieć, więc spróbowałem przełknąć jeszcze raz, krzywiąc się lekko, gdy nic to nie dało.
- Jak długo…? - Zacząłem cicho, marszcząc brwi, bo w mojej głowie czas był jedną wielką plamą. „Jakimś cudem”, tak powiedziała, „jakimś cudem”, to brzmiało wystarczająco uczciwie, żebym nie kwestionował tej części informacji, zamiast tego ponownie spróbowałem odtworzyć w pamięci ostatnie chwile sprzed ciemności… Nic, zero, pustka. Pamiętałem moment, w którym coś uderzyło mnie w bok, pamiętałem, że upadłem, pamiętałem krew, wilgotne powietrze, zapach mokrej ziemi, ciężkie, nieludzkie sapanie gdzieś bardzo blisko, ale brakowało mi chronologii i znacznej części tego, co musiało być gdzieś pomiędzy.
Mgła za oknem rozpraszała światło w pokoju, przez co wszystko miało zmiękczone, przytłumione i rozmyte krawędzie, a twarz Prue wydawała się jeszcze bledsza niż zazwyczaj, niemal nierealna, jak u ducha. Przesunąłem powoli dłonią po kocu, aż moje palce zatrzymały się na grubym opatrunku owiniętym wokół obolałych mięśni - nawet przez materiał czułem napiętą skórę i pulsujące ciągnięcie pod bandażami - to było prawdziwe, zbyt prawdziwe, żeby mogło być majakiem. Milczałem chwilę, patrząc na nią uważnie, jakby dopiero teraz zaczynało docierać do mnie, że naprawdę tu była. Była blisko, na tyle blisko, że widziałem drobne czerwone żyłki w białkach jej oczu i delikatne cienie pod nimi - to nie był kolejny fragment jakiegoś dziwnego snu - wyglądała zresztą tak, jakby sama nie spała całą noc, może dłużej. Jej zachowanie było spokojne, ale znałem ją wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć wszystko to, co kryło się pod spodem - zbyt wiele nocy spędziliśmy razem, zbyt wiele rozmów przeprowadziliśmy, żebym nie rozpoznawał tej cienkiej, napiętej nici, która pojawiała się w postawie i tonie głosu mojej żony, kiedy naprawdę się przejmowała.
- Wyglądasz, jakbyś nie spała od… - Urwałem, bo właściwie nie wiedziałem, od kiedy. Na moment zawahałem się, obserwując jej twarz. - Od kiedy mnie tu… Pszytaszczyłaś? - Stwierdziłem w końcu, chociaż zabrzmiało to pytająco, bo moja pamięć wciąż była dziurawa. - Jak długo mnie tu nie było, Pluey? - Spytałem poważniej, nawet nie próbując się uśmiechać, wciąż z lekką chrypką w głosie. Chciałem coś dodać, może uściślić pytanie, ale w tej samej chwili tamten rozgrzany do czerwoności sztylet odezwał się w moim boku tak gwałtownie, że odruchowo przymknąłem oczy - miałem wrażenie, że ktoś wyjął i na nowo wcisnął mi w żebra kawał rozżarzonej stali, grzebiąc nim przez blisko pół minuty - oddech zatrzymał mi się w gardle na ułamek sekundy po fakcie, potem wypuściłem go powoli, bardzo ostrożnie, jakby każdy ruch klatki piersiowej mógł coś w środku rozerwać na nowo. Ten ruch wystarczył, żeby świat przez chwilę znów się zachwiał, a pulsowanie w skroniach przybrało na sile, zamknąłem oczy na sekundę, tylko żeby zebrać się w sobie. Przez chwilę słuchałem tylko własnego spłyconego dyszenia i cichego szelestu materiału, gdy Pruey poprawiała się na łóżku, a potem znowu na nią spojrzałem.
- Czuję się… - Urwałem, bo musiałem przełknąć ślinę, zanim dokończyłem. - Jakby ktoś plóbował mnie lozeblaś na części i złoszyś s powlotem w pośpiechu. - Zatrzymałem na niej wzrok dłużej - coś w jej twarzy mówiło mi wyraźnie, że ta noc nie należała do spokojnych, znałem ją wystarczająco długo, żeby rozpoznać to bez słów.
Mgła, ciemność i coś ogromnego poruszającego się w niej zbyt szybko - tamta bestia wcale nie wyglądała, jakby miała ochotę mnie wypuścić, ale…
Tak wiele elementów wciąż do siebie nie pasowało, jak gdyby moja własna pamięć sprzysięgła się przeciwko mnie. Powinienem był pamiętać… Powinienem był pamiętać o wszystkim, co się działo, ale sam ledwo trzymałem się w kupie, cała reszta była jeszcze większą sieczką.
Ciepło pod plecami, zapach domu, mgła za oknem i…
I krew…
Otworzyłem oczy powoli, chociaż sam ruch powiek wymagał ode mnie więcej wysiłku, niż powinien. Na ułamek sekundy straciłem przytomność umysłu, nie od razu reagując na słowa żony, tylko odruchowo przesuwając spojrzeniem po zaparowanej szybie drzwi balkonowych, za którą coś się poruszyło. Prawdopodobnie był to jakiś przelatujący ptak - gęś, może kaczka, jednak przez zatrważająco wyraźny, jak na stan mojej pamięci, moment miałem wrażenie, że w gęstej mgle zobaczyłem zarys jego sylwetki - zbyt duży, zbyt szybki, zbyt żywy jak na coś, co powinno istnieć tylko w opowieściach przy piwie. Świat zniknął na sekundę, kiedy znów go zobaczyłem, w głowie zaczęły układać mi się pierwsze sensowne fragmenty ostatnich… Dni? Godzin? Na pewno nie minut, ponieważ pamiętałem, że było ciemno, gdy ostatni raz wiedziałem, co działo się dookoła mnie. Potem znów byłem tu - w domu, zupełnie nie wiedząc, jak znalazłem się w sypialni.
Przymknąłem oczy na moment, nie dlatego, że chciałem znowu zasnąć, tylko dlatego, że światło wydawało się zbyt jasne, a głowa zbyt ciężka. Nie byłem pewien, czy naprawdę się obudziłem, czy tylko na moment wynurzyłem się z tego dziwnego, ciężkiego półsnu, w którym dryfowałem od... Nie wiedziałem nawet jak dawna. Spróbowałem przełknąć ślinę i od razu poczułem, jak bardzo miałem wysuszone gardło, powietrze zdawało się drapać mnie od środka, a w ustach czułem gorzki posmak czegoś leczniczego, zmieszanego z metaliczną nutą krwi. Każdy oddech był płytki, jakby moje ciało jeszcze nie zdecydowało, czy naprawdę chce wrócić do pracy, kiedy zaś lekko poruszyłem ramieniem, ból w moim boku rozlał się niczym ogień, ciężki i głęboki, ciągnący wzdłuż żeber.
Zacisnąłem zęby, pozwalając temu wrażeniu przejść przez mnie falą - to nie było zwykłe skaleczenie ani stłuczenie, to było szarpnięcie czegoś dużego, czegoś ciężkiego, czegoś, co miało kły i pazury - doskonale wiedziałem, że „kilka dni” było optymistycznym założeniem powrotu do formy.
- To… - Głos miałem tak ochrypły, że sam ledwo go rozpoznałem. Przełknąłem ślinę, która niczego nie poprawiła, po czym przekręciłem głowę bardzo powoli w stronę Prudence, nawet jeśli ten drobny ruch sprawił, że świat na moment lekko się zachwiał. - Dobsze wiedzieś. - Chciałem się uśmiechnąć, choćby krzywo, ale zamiast tego wyszedł z tego tylko nieudolny grymas, który zakończył się cichym syknięciem, kiedy mój bok zaprotestował przeciwko tak niewielkiemu wysiłkowi. Zamknąłem na moment oczy, pozwalając, żeby kolejna fala bólu przetoczyła się przeze mnie i opadła, zostawiając po sobie tylko to ciężkie, pulsujące echo.
Kiedy je znowu otworzyłem, Prue była już bliżej, przesunęła się na łóżku tak ostrożnie, jakby każdy centymetr przestrzeni między nami był czymś niezmiernie wartościowym - tak, jakby bała się ruszyć, jakby każdy nagły ruch mógł coś zepsuć. Przez chwilę po prostu na nią patrzyłem, to było dziwne uczucie - widzieć ją tak wyraźnie po tym wszystkim, co jeszcze przed chwilą było tylko mgłą i ciemnością. W mojej głowie wciąż mieszały się obrazy - jej twarz i tamta bestia, ciepło tego pokoju i zimno nocnego powietrza. Przeniosłem wzrok w górę, patrząc w sufit i próbując zebrać myśli w coś, co przypominałoby odpowiedź na pytanie o moje samopoczucie. Głowa łupała mi przy każdym uderzeniu serca, gardło miałem tak spieczone, że przełknięcie śliny graniczyło z wysiłkiem, a bok pulsował ostrym, wewnętrznym ciągnięciem, które nie pozwalało zapomnieć o sobie nawet na sekundę.
- Woda… - Mruknąłem, bardziej wydychając to słowo niż je wypowiadając. Miałem wrażenie, że nieświadomie, znajdując się poza granicami świadomości, wciągnąłem w siebie całą mglistą chmurę drobnego pyłu, wdychając w płuca coś znacznie gorszego od dymu, którego nawdychałem się podczas pożarów miasta - to samo w sobie było paskudne uczucie, zdecydowanie nie potrzebowałem jeszcze bardziej cierpieć, więc spróbowałem przełknąć jeszcze raz, krzywiąc się lekko, gdy nic to nie dało.
- Jak długo…? - Zacząłem cicho, marszcząc brwi, bo w mojej głowie czas był jedną wielką plamą. „Jakimś cudem”, tak powiedziała, „jakimś cudem”, to brzmiało wystarczająco uczciwie, żebym nie kwestionował tej części informacji, zamiast tego ponownie spróbowałem odtworzyć w pamięci ostatnie chwile sprzed ciemności… Nic, zero, pustka. Pamiętałem moment, w którym coś uderzyło mnie w bok, pamiętałem, że upadłem, pamiętałem krew, wilgotne powietrze, zapach mokrej ziemi, ciężkie, nieludzkie sapanie gdzieś bardzo blisko, ale brakowało mi chronologii i znacznej części tego, co musiało być gdzieś pomiędzy.
Mgła za oknem rozpraszała światło w pokoju, przez co wszystko miało zmiękczone, przytłumione i rozmyte krawędzie, a twarz Prue wydawała się jeszcze bledsza niż zazwyczaj, niemal nierealna, jak u ducha. Przesunąłem powoli dłonią po kocu, aż moje palce zatrzymały się na grubym opatrunku owiniętym wokół obolałych mięśni - nawet przez materiał czułem napiętą skórę i pulsujące ciągnięcie pod bandażami - to było prawdziwe, zbyt prawdziwe, żeby mogło być majakiem. Milczałem chwilę, patrząc na nią uważnie, jakby dopiero teraz zaczynało docierać do mnie, że naprawdę tu była. Była blisko, na tyle blisko, że widziałem drobne czerwone żyłki w białkach jej oczu i delikatne cienie pod nimi - to nie był kolejny fragment jakiegoś dziwnego snu - wyglądała zresztą tak, jakby sama nie spała całą noc, może dłużej. Jej zachowanie było spokojne, ale znałem ją wystarczająco dobrze, żeby usłyszeć wszystko to, co kryło się pod spodem - zbyt wiele nocy spędziliśmy razem, zbyt wiele rozmów przeprowadziliśmy, żebym nie rozpoznawał tej cienkiej, napiętej nici, która pojawiała się w postawie i tonie głosu mojej żony, kiedy naprawdę się przejmowała.
- Wyglądasz, jakbyś nie spała od… - Urwałem, bo właściwie nie wiedziałem, od kiedy. Na moment zawahałem się, obserwując jej twarz. - Od kiedy mnie tu… Pszytaszczyłaś? - Stwierdziłem w końcu, chociaż zabrzmiało to pytająco, bo moja pamięć wciąż była dziurawa. - Jak długo mnie tu nie było, Pluey? - Spytałem poważniej, nawet nie próbując się uśmiechać, wciąż z lekką chrypką w głosie. Chciałem coś dodać, może uściślić pytanie, ale w tej samej chwili tamten rozgrzany do czerwoności sztylet odezwał się w moim boku tak gwałtownie, że odruchowo przymknąłem oczy - miałem wrażenie, że ktoś wyjął i na nowo wcisnął mi w żebra kawał rozżarzonej stali, grzebiąc nim przez blisko pół minuty - oddech zatrzymał mi się w gardle na ułamek sekundy po fakcie, potem wypuściłem go powoli, bardzo ostrożnie, jakby każdy ruch klatki piersiowej mógł coś w środku rozerwać na nowo. Ten ruch wystarczył, żeby świat przez chwilę znów się zachwiał, a pulsowanie w skroniach przybrało na sile, zamknąłem oczy na sekundę, tylko żeby zebrać się w sobie. Przez chwilę słuchałem tylko własnego spłyconego dyszenia i cichego szelestu materiału, gdy Pruey poprawiała się na łóżku, a potem znowu na nią spojrzałem.
- Czuję się… - Urwałem, bo musiałem przełknąć ślinę, zanim dokończyłem. - Jakby ktoś plóbował mnie lozeblaś na części i złoszyś s powlotem w pośpiechu. - Zatrzymałem na niej wzrok dłużej - coś w jej twarzy mówiło mi wyraźnie, że ta noc nie należała do spokojnych, znałem ją wystarczająco długo, żeby rozpoznać to bez słów.
Mgła, ciemność i coś ogromnego poruszającego się w niej zbyt szybko - tamta bestia wcale nie wyglądała, jakby miała ochotę mnie wypuścić, ale…
Tak wiele elementów wciąż do siebie nie pasowało, jak gdyby moja własna pamięć sprzysięgła się przeciwko mnie. Powinienem był pamiętać… Powinienem był pamiętać o wszystkim, co się działo, ale sam ledwo trzymałem się w kupie, cała reszta była jeszcze większą sieczką.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)