10.03.2026, 19:38 ✶
Czułem się, jakby ktoś przepuścił mnie przez wyżymaczkę, a potem próbował ponownie wpompować we mnie powietrze i posklejać mnie w całość przy pomocy różdżki, eliksirów z domowej apteczki i pokładów samozaparcia, co w sumie nie mijało się zbytnio z prawdą. Nie musiałem znać wszystkich szczegółów dotyczących wydarzeń, jakie miały miejsce ostatniej nocy, aby zdawać sobie sprawę z tego, że ani ja, ani Prue nie byliśmy na to gotowi, tak naprawdę dopiero co przenieśliśmy się do nowego domu i żadne z nas nie przewidywało konieczności wyposażenia go w asortyment godny Świętego Munga. Zresztą… Nawet jeśli oboje wiedzieliśmy całkiem sporo o tym, jakich obrażeń można było doznać podczas wykonywania pracy, w której nudne raporty pisane przy biurku należały do rzadkości, spotkania z bestiami siejącymi tak wielkie spustoszenie raczej również nie były elementem niczyjej codzienności. Łowy nie łowy, tamten wilkołak był zdecydowanie najsilniejszym osobnikiem, z jakim przyszło mi się mierzyć - zazwyczaj to ja byłem większy i mocniejszy, tym razem czułem się tak, jakbyśmy we dwoje, z Geraldine, wcale nie mieli nad nim jakiejkolwiek przewagi. Wycofanie się nie wchodziło jednak w grę, leżąc teraz w łóżku, stopniowo zaczynałem dopuszczać do siebie myśl, że prawdopodobnie cudem zeszliśmy z tamtej polany…
Spróbowałem przełknąć gorącą, zbyt gęstą ślinę, ale moje gardło przypominało wyschnięte koryto rzeki, a język zdawał się być dwa rozmiary za duży, co tylko potęgowało ogólne wrażenie absolutnej klęski fizycznej, jaką odniosłem. Czułem się beznadziejnie, zdecydowanie zbyt bezradny i osłabiony, żeby móc szybko przejść z tym do porządku dziennego i przestać zaciskać zęby. Co gorsza - z pewnością i tak miałem olbrzymie szczęście, mogąc wciąż oddychać, nawet z trudem, biorąc pod uwagę to, co zostawiło na mnie swoje piętno tej nocy. Nie musiałem oglądać z bliska swoich obrażeń, by wiedzieć, iż były zdecydowanie zbyt rozległe, jak na to, co przeżyłem dotychczas - nie tylko powtórzyłem swój największy wyczyn, lecz odnosiłem wrażenie, że tym razem przesunąłem granicę zdecydowanie dalej, i gdybym już potrzebował poruszać się po jakiejś skali, prawdopodobnie nie spodobałoby mi się to, gdzie musiał bym je ulokować.
Miałem olbrzymie szczęście, nawet jeśli w tej chwili radzenie sobie z powrotem do przytomności przypominało bycie poddawanym bardzo specyficznym torturom - jasność była za jasna, biel zbyt biała, dźwięki za ciche albo za głośne - ani przez chwilę nie wątpiłem w to, że gdy chodziło o opiekę medyczną, nie mogłem trafić w ręce nikogo, kto byłby bardziej profesjonalny i zaangażowany niż moja żona. Po prostu nie było ze mną dobrze i coraz bardziej to sobie uświadamiałem…
Wspomnienia wciąż nie układały się w jedną całość, tylko dryfowały gdzieś na obrzeżach mojej zamglonej świadomości, lecz rozumienie niektórych faktów było nieuniknione. Na przykład, że to, co działo się we mnie, było niczym w porównaniu z tym, co dostrzegłem w Sunny, kiedy w końcu udało mi się skupić na niej wzrok i przebić się przez mgłę. Widziałem te cienie pod jej oczami, których nie potrafiła ukryć nawet profesjonalna maska uzdrowiciela, i to lekkie drżenie dłoni, gdy przesunęła się trochę bliżej, świadczące o tym, że jej własne rezerwy energii dawno zostały wyczerpane. Patrzyłem na nią, kiedy mówiła, i przez chwilę miałem wrażenie, że jej głos docierał do mnie z większej odległości, niż wynosiła szerokość łóżka. Obraz wilgotnej mgły wrócił na moment, wraz z ciężkim zapachem mokrego futra i krwi, dopiero po kilku oddechach wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce - zapach pokoju, ciężar koca na nogach, tępy ból pod bandażami, który pulsował przy każdym uderzeniu serca. Patrzyłem na nią uważnie, chociaż skupienie wzroku na jednym punkcie, nawet względnie nieruchomym, wymagało ode mnie więcej wysiłku, niż chciałbym przyznać. Słysząc jej mruknięcie, spróbowałem unieść jedną brew, ale nawet ten drobny gest okazał się zaskakująco męczący.
- To dość… Dyplomatyczne… - Wymamrotałem na tyle wymownie, na ile tylko byłem w stanie - głos urwał się gdzieś w połowie zdania, a w klatce piersiowej znów pojawiło się to znajome kłucie. - Wiesz - powiedziałem wolniej - jeśli to jest twoja welsja „mogło byś lepiej”, to chyba nie chcę wnikaś głębiej… - Nie był to najlepszy żart, ale miałem wrażenie, że jeśli nie spróbuję choćby trochę rozładować napięcia, które wisiało w powietrzu między nami, to zacznie mnie dusić równie skutecznie jak ból w boku. To było dziwne uczucie - wiedzieć, że się żyje, a jednocześnie czuć się jak ktoś, kto ledwo zdążył wrócić z miejsca, z którego zazwyczaj się już nie wracało. W mojej głowie powoli układał się obraz nocy z jej perspektywy i nie podobało mi się to, co widziałem.
Drzwi domu otwierające się w środku nocy... Ja, ledwo stojący na nogach… Krew na podłodze...
Krew wszędzie.
Mogła próbować udawać spokój, ale ja pamiętałem, jak wyglądała, kiedy naprawdę była spokojna, i to nie było to. Widziałem w niej tę walkę między profesjonalizmem a czystym, ludzkim przerażeniem, które wciąż w niej drżało, widoczne w najmniejszym ruchu palców czy nieznacznym zaciśnięciu warg, kiedy spoglądała na moje opatrunki.
- Nie patsz tak. - Powiedziałem, chociaż mój głos był bardziej zmęczony niż upominający. - Wyglądasz, jakbyś właśnie pszeliczała wszystkie moszliwe sposoby, w jakie jeszcze mogę umsześ. - Spróbowałem się lekko uśmiechnąć, ale wyszło to krzywo, mniej zawadiacko niż zwykle, i szybko odpuściłem, bo ból w żebrach przypomniał mi, że to kiepski pomysł. Czułem się ciężki i dziwnie obcy we własnym ciele, jakbym wrócił do niego zbyt wcześnie i coś w środku wciąż nie było gotowe, żeby znów działać tak jak wcześniej. Wszystko wyglądało znajomo - krawędź komody, krzesło z przerzuconym przez oparcie swetrem, jasne światło wpadające przez zamglone okno - mimo to czułem się trochę jak intruz we własnym domu, jak ktoś, kto wrócił z miejsca, z którego właściwie nie powinien był już wracać.
Dopiero kiedy Pruey powróciła do łóżka ze szklanką wody, skupiłem się znów na niej. Zbliżyła się od strony mojego boku, a ja instynktownie napiąłem ramiona, zanim jeszcze mnie dotknęła - nie dlatego, że się bałem jej ruchu, tylko dlatego, że wiedziałem, co zaraz nastąpi. W powietrzu, którym się zaciągnąłem, unosił się zapach czegoś metalicznego, co przypominało mi krew, choć nie byłem pewien, czy to naprawdę zapach, czy tylko echo w mojej głowie. Uniosłem się tyle, ile pozwoliło mi ciało, a kiedy przyłożyła szklankę do moich ust, przez chwilę tylko patrzyłem na krystalicznie czystą zawartość, jakby była czymś niezwykłym. Pierwszy łyk wody był niemal szokiem, gardło miałem tak wyschnięte, że przez moment aż zakręciło mi się w głowie, przełykany płyn zapiekł mnie niemal boleśnie, ale zaraz potem przyniósł ulgę, której nie potrafiłem nawet nazwać.
- Tak, tak… Wiem. - Mruknąłem, ale i tak posłuchałem - oderwałem usta od szkła i wypuściłem powietrze nosem. Piłem powoli, tak jak kazała, chociaż każda część mnie chciała opróżnić całą szklankę naraz. Oddałem ją niechętnie, a kiedy znów opadłem na poduszki, powietrze uciekło mi z płuc ciężkim oddechem.
- Dzięki. - Wymruczałem cicho, zamykając na moment oczy, w milczeniu słuchałem przez chwilę tego ostrożnego sposobu, w jaki Prudence odłożyła szklankę i wróciła na swoją stronę łóżka. Materac ugiął się lekko, kiedy znów się położyła, więc otworzyłem oczy i znów na nią spojrzałem. Nie była mi w stanie podać dokładnego czasu, nie musiała, wystarczyła mi ta niezbyt konkretna, lecz wciąż odrobinę przytłaczająca odpowiedź. Nagle poczułem się… Źle. Nie tylko fizycznie - to drugie uczucie było znacznie trudniejsze do zignorowania, szczególnie gdy widziałem w jej oczach ślady nocy, którą przeżyła przeze mnie.
„Kilka godzin” - powiedziała to spokojnie, ale w jej twarzy było coś, co sprawiło, że to zdanie zabrzmiało inaczej - ta informacja była dziwnie abstrakcyjna, ponieważ w mojej głowie wszystko trwało może kilka minut. Pamiętałem warkot, pazury, dym, korytarz, ciemność, dryfowanie, pustkę i przebłyski trwające jednocześnie sekundy i wieki. Spróbowałem sobie wyobrazić te godziny, mnie leżącego gdzieś między życiem a śmiercią, ją krążącą wokół łóżka, liczącą oddechy, pilnującą, żeby żaden z nich nie był ostatni, i przez moment poczułem dziwne ukłucie w klatce piersiowej, które nie miało nic wspólnego z raną - to, że ktoś dla mnie najbliższy z całkowitym zaangażowaniem reagował na każdy mój ruch i wypowiedziane słowo, było jednocześnie pocieszające i cholernie niewygodne. Gdy leżałem teraz w bezpiecznych czterech ścianach naszego domu, z zapachem drewna i herbaty unoszącym się w powietrzu, kontrast pomiędzy tym porankiem a wydarzeniami, które nas tu sprowadziły, był tak ostry, że aż trudny do przyjęcia - ciepło pokoju otulało mnie, ale ciało wciąż pamiętało zimno tamtej nocy. Mogła być ostatnia… Nie musiałem tego słyszeć, by wiedzieć, dostrzegałem to w zmęczonych oczach Prue, to była ta sama świadomość, która powoli zaczynała się układać w mojej głowie - to, że wcale nie brakowało wiele.
- Powinnaś splóbowaś. - Powiedziałem cicho, choć wiedziałem, że to zdanie było całkowicie bezużyteczne. - Chociasz na chwilę. - Od razu wiedziałem, że nie miało to większego sensu - oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że i tak by tego nie zrobiła - była cholernie zawzięta i zdeterminowana, gdy czuła potrzebę utrzymywania kontroli nad sytuacją, świat miał cholernie dużo szczęścia, że wybrała uzdrawianie, a nie coś znacznie mniej miłosiernego. To, że obwiniała się za brak profesjonalnych warunków w naszym własnym domu, było tak bardzo w jej stylu, a jednocześnie tak niesprawiedliwe, że czułem, jak w klatce piersiowej narasta mi dławiące poczucie winy, którego nie uśmierzyłby żaden magiczny środek.
Przesunąłem lekko palce po kocu, bez potrzeby, po prostu zajmując dłoń brzegiem okrycia, jednak rwący ból w boku przypomniał mi natychmiast, że nawet ten niewielki ruch był zbyt duży. Zatrzymałem rękę i odetchnąłem płytko, czekając aż fala bólu znów trochę opadnie, dopiero wtedy znów na nią spojrzałem - z bliska było to jeszcze wyraźniejsze - napięcie w jej twarzy, które próbowała ukryć, drobne drżenie w dłoniach, które trzymała przy sobie, jakby bała się nimi poruszyć. Była blisko, a jednocześnie trzymała się w takiej odległości, jakby między nami leżało coś kruchego, jakbyśmy zostali rozdzieleni przezroczystym murem, który tylko ona widziała, albo jakby w każdej chwili mogło się wydarzyć coś niebezpiecznego, tylko dlatego, że postanowi zbyt mocno się poruszyć. To ostatnie uderzyło mnie mocniej niż ból, bo nagle zdałem sobie sprawę, że ona uważała, żeby mnie nie dotknąć. Przez chwilę tylko na nią patrzyłem, czując jak pod tym wszystkim - dezorientacją, szarpaniem, zmęczeniem, ciężarem w głowie i ciele - pojawia się coś jeszcze. Był to niepokój, którego wcześniej nie było. Nie chciałem, żeby siedziała obok mnie jak przy kimś obcym, jak przy kimś, kto zaraz się rozpadnie.
- Wiesz… - Odezwałem się, głos miałem wciąż niski i ochrypły, ale starałem się, by brzmiał stabilnie. Nie mogłem pozwolić, by moje sapanie z bólu zagłuszyło to, co próbowałem jej przekazać. - Jestem „dość mocno potulbowany”, jak to ujęłaś, ale nie nie lospadnę się od niewłaściwego spojszenia. Nie maltw się, nic mi nie połamiesz balsiej, nisz zlobił to ten kundel. - Kącik ust drgnął mi lekko, chociaż był to cień uśmiechu, który szybko zniknął, bo znowu zaprotestowały żebra. Przez chwilę wahałem się, czy w ogóle to powiedzieć, ale myśl o tym, że znajdowała się obok, lecz nie tak blisko jak mogłaby być, leżąc spięta jak struna, była gorsza niż ewentualny ból. Spojrzałem na nią uważnie, potem przesunąłem bardzo ostrożnie jedną rękę po kocu, zostawiając między nami niewielką przestrzeń, zanim dotknąłem jej nadgarstka.
- Chcesz się pszytuliś? - Zapytałem, przy czym zawahałem się na sekundę, otwierając i zamykając usta, a potem odchrzakując, jakbym próbował dobrać odpowiednie słowa, chociaż w gruncie rzeczy nie było tu nic skomplikowanego. - Wyglądasz… - Urwałem, bo nie chciałem powiedzieć „jak ktoś, kto właśnie przeszedł piekło”. Na moment zawiesiłem głos, czując jak zmęczenie zaczyna powoli wciągać mnie z powrotem w ciężką senność. Nie przysypiałem naprawdę, raczej zapadałem się w coś pomiędzy odpoczynkiem a sekundową utratą świadomości, ponieważ moje ciało najwyraźniej wciąż próbowało zdecydować, w którą stronę pójść. - Wyglądasz, jakbyś to ty stoczyła tę walkę, a nie ja. Odpocznij w końcu. - Tak, to były konkretne, może nawet za dosadne słowa, niosły bardzo stanowczy przekaz, nawet jeśli wciąż brzmiały chrapliwie, jednak nie zamierzałem ukrywać przed nią tego, o czym myślałem - obiecaliśmy sobie być ze sobą całkowicie szczerzy, więc właśnie to robiłem - dzieliłem z nią moje myśli, patrząc jej w oczy i czekając na reakcję.
Spróbowałem przełknąć gorącą, zbyt gęstą ślinę, ale moje gardło przypominało wyschnięte koryto rzeki, a język zdawał się być dwa rozmiary za duży, co tylko potęgowało ogólne wrażenie absolutnej klęski fizycznej, jaką odniosłem. Czułem się beznadziejnie, zdecydowanie zbyt bezradny i osłabiony, żeby móc szybko przejść z tym do porządku dziennego i przestać zaciskać zęby. Co gorsza - z pewnością i tak miałem olbrzymie szczęście, mogąc wciąż oddychać, nawet z trudem, biorąc pod uwagę to, co zostawiło na mnie swoje piętno tej nocy. Nie musiałem oglądać z bliska swoich obrażeń, by wiedzieć, iż były zdecydowanie zbyt rozległe, jak na to, co przeżyłem dotychczas - nie tylko powtórzyłem swój największy wyczyn, lecz odnosiłem wrażenie, że tym razem przesunąłem granicę zdecydowanie dalej, i gdybym już potrzebował poruszać się po jakiejś skali, prawdopodobnie nie spodobałoby mi się to, gdzie musiał bym je ulokować.
Miałem olbrzymie szczęście, nawet jeśli w tej chwili radzenie sobie z powrotem do przytomności przypominało bycie poddawanym bardzo specyficznym torturom - jasność była za jasna, biel zbyt biała, dźwięki za ciche albo za głośne - ani przez chwilę nie wątpiłem w to, że gdy chodziło o opiekę medyczną, nie mogłem trafić w ręce nikogo, kto byłby bardziej profesjonalny i zaangażowany niż moja żona. Po prostu nie było ze mną dobrze i coraz bardziej to sobie uświadamiałem…
Wspomnienia wciąż nie układały się w jedną całość, tylko dryfowały gdzieś na obrzeżach mojej zamglonej świadomości, lecz rozumienie niektórych faktów było nieuniknione. Na przykład, że to, co działo się we mnie, było niczym w porównaniu z tym, co dostrzegłem w Sunny, kiedy w końcu udało mi się skupić na niej wzrok i przebić się przez mgłę. Widziałem te cienie pod jej oczami, których nie potrafiła ukryć nawet profesjonalna maska uzdrowiciela, i to lekkie drżenie dłoni, gdy przesunęła się trochę bliżej, świadczące o tym, że jej własne rezerwy energii dawno zostały wyczerpane. Patrzyłem na nią, kiedy mówiła, i przez chwilę miałem wrażenie, że jej głos docierał do mnie z większej odległości, niż wynosiła szerokość łóżka. Obraz wilgotnej mgły wrócił na moment, wraz z ciężkim zapachem mokrego futra i krwi, dopiero po kilku oddechach wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce - zapach pokoju, ciężar koca na nogach, tępy ból pod bandażami, który pulsował przy każdym uderzeniu serca. Patrzyłem na nią uważnie, chociaż skupienie wzroku na jednym punkcie, nawet względnie nieruchomym, wymagało ode mnie więcej wysiłku, niż chciałbym przyznać. Słysząc jej mruknięcie, spróbowałem unieść jedną brew, ale nawet ten drobny gest okazał się zaskakująco męczący.
- To dość… Dyplomatyczne… - Wymamrotałem na tyle wymownie, na ile tylko byłem w stanie - głos urwał się gdzieś w połowie zdania, a w klatce piersiowej znów pojawiło się to znajome kłucie. - Wiesz - powiedziałem wolniej - jeśli to jest twoja welsja „mogło byś lepiej”, to chyba nie chcę wnikaś głębiej… - Nie był to najlepszy żart, ale miałem wrażenie, że jeśli nie spróbuję choćby trochę rozładować napięcia, które wisiało w powietrzu między nami, to zacznie mnie dusić równie skutecznie jak ból w boku. To było dziwne uczucie - wiedzieć, że się żyje, a jednocześnie czuć się jak ktoś, kto ledwo zdążył wrócić z miejsca, z którego zazwyczaj się już nie wracało. W mojej głowie powoli układał się obraz nocy z jej perspektywy i nie podobało mi się to, co widziałem.
Drzwi domu otwierające się w środku nocy... Ja, ledwo stojący na nogach… Krew na podłodze...
Krew wszędzie.
Mogła próbować udawać spokój, ale ja pamiętałem, jak wyglądała, kiedy naprawdę była spokojna, i to nie było to. Widziałem w niej tę walkę między profesjonalizmem a czystym, ludzkim przerażeniem, które wciąż w niej drżało, widoczne w najmniejszym ruchu palców czy nieznacznym zaciśnięciu warg, kiedy spoglądała na moje opatrunki.
- Nie patsz tak. - Powiedziałem, chociaż mój głos był bardziej zmęczony niż upominający. - Wyglądasz, jakbyś właśnie pszeliczała wszystkie moszliwe sposoby, w jakie jeszcze mogę umsześ. - Spróbowałem się lekko uśmiechnąć, ale wyszło to krzywo, mniej zawadiacko niż zwykle, i szybko odpuściłem, bo ból w żebrach przypomniał mi, że to kiepski pomysł. Czułem się ciężki i dziwnie obcy we własnym ciele, jakbym wrócił do niego zbyt wcześnie i coś w środku wciąż nie było gotowe, żeby znów działać tak jak wcześniej. Wszystko wyglądało znajomo - krawędź komody, krzesło z przerzuconym przez oparcie swetrem, jasne światło wpadające przez zamglone okno - mimo to czułem się trochę jak intruz we własnym domu, jak ktoś, kto wrócił z miejsca, z którego właściwie nie powinien był już wracać.
Dopiero kiedy Pruey powróciła do łóżka ze szklanką wody, skupiłem się znów na niej. Zbliżyła się od strony mojego boku, a ja instynktownie napiąłem ramiona, zanim jeszcze mnie dotknęła - nie dlatego, że się bałem jej ruchu, tylko dlatego, że wiedziałem, co zaraz nastąpi. W powietrzu, którym się zaciągnąłem, unosił się zapach czegoś metalicznego, co przypominało mi krew, choć nie byłem pewien, czy to naprawdę zapach, czy tylko echo w mojej głowie. Uniosłem się tyle, ile pozwoliło mi ciało, a kiedy przyłożyła szklankę do moich ust, przez chwilę tylko patrzyłem na krystalicznie czystą zawartość, jakby była czymś niezwykłym. Pierwszy łyk wody był niemal szokiem, gardło miałem tak wyschnięte, że przez moment aż zakręciło mi się w głowie, przełykany płyn zapiekł mnie niemal boleśnie, ale zaraz potem przyniósł ulgę, której nie potrafiłem nawet nazwać.
- Tak, tak… Wiem. - Mruknąłem, ale i tak posłuchałem - oderwałem usta od szkła i wypuściłem powietrze nosem. Piłem powoli, tak jak kazała, chociaż każda część mnie chciała opróżnić całą szklankę naraz. Oddałem ją niechętnie, a kiedy znów opadłem na poduszki, powietrze uciekło mi z płuc ciężkim oddechem.
- Dzięki. - Wymruczałem cicho, zamykając na moment oczy, w milczeniu słuchałem przez chwilę tego ostrożnego sposobu, w jaki Prudence odłożyła szklankę i wróciła na swoją stronę łóżka. Materac ugiął się lekko, kiedy znów się położyła, więc otworzyłem oczy i znów na nią spojrzałem. Nie była mi w stanie podać dokładnego czasu, nie musiała, wystarczyła mi ta niezbyt konkretna, lecz wciąż odrobinę przytłaczająca odpowiedź. Nagle poczułem się… Źle. Nie tylko fizycznie - to drugie uczucie było znacznie trudniejsze do zignorowania, szczególnie gdy widziałem w jej oczach ślady nocy, którą przeżyła przeze mnie.
„Kilka godzin” - powiedziała to spokojnie, ale w jej twarzy było coś, co sprawiło, że to zdanie zabrzmiało inaczej - ta informacja była dziwnie abstrakcyjna, ponieważ w mojej głowie wszystko trwało może kilka minut. Pamiętałem warkot, pazury, dym, korytarz, ciemność, dryfowanie, pustkę i przebłyski trwające jednocześnie sekundy i wieki. Spróbowałem sobie wyobrazić te godziny, mnie leżącego gdzieś między życiem a śmiercią, ją krążącą wokół łóżka, liczącą oddechy, pilnującą, żeby żaden z nich nie był ostatni, i przez moment poczułem dziwne ukłucie w klatce piersiowej, które nie miało nic wspólnego z raną - to, że ktoś dla mnie najbliższy z całkowitym zaangażowaniem reagował na każdy mój ruch i wypowiedziane słowo, było jednocześnie pocieszające i cholernie niewygodne. Gdy leżałem teraz w bezpiecznych czterech ścianach naszego domu, z zapachem drewna i herbaty unoszącym się w powietrzu, kontrast pomiędzy tym porankiem a wydarzeniami, które nas tu sprowadziły, był tak ostry, że aż trudny do przyjęcia - ciepło pokoju otulało mnie, ale ciało wciąż pamiętało zimno tamtej nocy. Mogła być ostatnia… Nie musiałem tego słyszeć, by wiedzieć, dostrzegałem to w zmęczonych oczach Prue, to była ta sama świadomość, która powoli zaczynała się układać w mojej głowie - to, że wcale nie brakowało wiele.
- Powinnaś splóbowaś. - Powiedziałem cicho, choć wiedziałem, że to zdanie było całkowicie bezużyteczne. - Chociasz na chwilę. - Od razu wiedziałem, że nie miało to większego sensu - oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że i tak by tego nie zrobiła - była cholernie zawzięta i zdeterminowana, gdy czuła potrzebę utrzymywania kontroli nad sytuacją, świat miał cholernie dużo szczęścia, że wybrała uzdrawianie, a nie coś znacznie mniej miłosiernego. To, że obwiniała się za brak profesjonalnych warunków w naszym własnym domu, było tak bardzo w jej stylu, a jednocześnie tak niesprawiedliwe, że czułem, jak w klatce piersiowej narasta mi dławiące poczucie winy, którego nie uśmierzyłby żaden magiczny środek.
Przesunąłem lekko palce po kocu, bez potrzeby, po prostu zajmując dłoń brzegiem okrycia, jednak rwący ból w boku przypomniał mi natychmiast, że nawet ten niewielki ruch był zbyt duży. Zatrzymałem rękę i odetchnąłem płytko, czekając aż fala bólu znów trochę opadnie, dopiero wtedy znów na nią spojrzałem - z bliska było to jeszcze wyraźniejsze - napięcie w jej twarzy, które próbowała ukryć, drobne drżenie w dłoniach, które trzymała przy sobie, jakby bała się nimi poruszyć. Była blisko, a jednocześnie trzymała się w takiej odległości, jakby między nami leżało coś kruchego, jakbyśmy zostali rozdzieleni przezroczystym murem, który tylko ona widziała, albo jakby w każdej chwili mogło się wydarzyć coś niebezpiecznego, tylko dlatego, że postanowi zbyt mocno się poruszyć. To ostatnie uderzyło mnie mocniej niż ból, bo nagle zdałem sobie sprawę, że ona uważała, żeby mnie nie dotknąć. Przez chwilę tylko na nią patrzyłem, czując jak pod tym wszystkim - dezorientacją, szarpaniem, zmęczeniem, ciężarem w głowie i ciele - pojawia się coś jeszcze. Był to niepokój, którego wcześniej nie było. Nie chciałem, żeby siedziała obok mnie jak przy kimś obcym, jak przy kimś, kto zaraz się rozpadnie.
- Wiesz… - Odezwałem się, głos miałem wciąż niski i ochrypły, ale starałem się, by brzmiał stabilnie. Nie mogłem pozwolić, by moje sapanie z bólu zagłuszyło to, co próbowałem jej przekazać. - Jestem „dość mocno potulbowany”, jak to ujęłaś, ale nie nie lospadnę się od niewłaściwego spojszenia. Nie maltw się, nic mi nie połamiesz balsiej, nisz zlobił to ten kundel. - Kącik ust drgnął mi lekko, chociaż był to cień uśmiechu, który szybko zniknął, bo znowu zaprotestowały żebra. Przez chwilę wahałem się, czy w ogóle to powiedzieć, ale myśl o tym, że znajdowała się obok, lecz nie tak blisko jak mogłaby być, leżąc spięta jak struna, była gorsza niż ewentualny ból. Spojrzałem na nią uważnie, potem przesunąłem bardzo ostrożnie jedną rękę po kocu, zostawiając między nami niewielką przestrzeń, zanim dotknąłem jej nadgarstka.
- Chcesz się pszytuliś? - Zapytałem, przy czym zawahałem się na sekundę, otwierając i zamykając usta, a potem odchrzakując, jakbym próbował dobrać odpowiednie słowa, chociaż w gruncie rzeczy nie było tu nic skomplikowanego. - Wyglądasz… - Urwałem, bo nie chciałem powiedzieć „jak ktoś, kto właśnie przeszedł piekło”. Na moment zawiesiłem głos, czując jak zmęczenie zaczyna powoli wciągać mnie z powrotem w ciężką senność. Nie przysypiałem naprawdę, raczej zapadałem się w coś pomiędzy odpoczynkiem a sekundową utratą świadomości, ponieważ moje ciało najwyraźniej wciąż próbowało zdecydować, w którą stronę pójść. - Wyglądasz, jakbyś to ty stoczyła tę walkę, a nie ja. Odpocznij w końcu. - Tak, to były konkretne, może nawet za dosadne słowa, niosły bardzo stanowczy przekaz, nawet jeśli wciąż brzmiały chrapliwie, jednak nie zamierzałem ukrywać przed nią tego, o czym myślałem - obiecaliśmy sobie być ze sobą całkowicie szczerzy, więc właśnie to robiłem - dzieliłem z nią moje myśli, patrząc jej w oczy i czekając na reakcję.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)