30.03.2026, 11:28 ✶
Nie było tutaj żadnego zegara, który mógłby tykać w przypomnieniu o nieuchronnym upływie czasu, ale może wcale nie był potrzebny – panna Lestrange bowiem świetnie radziła sobie w tak brutalnych zmianach wizerunku, żeby i Jęczącej Marcie musiało wydawać się, że w ciągu paru sekund przetrwała w tej łazience milenia. Blada skóra skąpała się nagle w morzu słonych łez lejących się z oczodołów wodospadem. Po zetknięciu z wodą stawała się czerwona jak pomidor, a na samą myśl o tym, że nie jest w stanie tego kontrolować, Primrose stawała się coraz bardziej rozgoryczona. Sekunda za sekundą, para lecąca jej z uszu stawała się coraz intensywniejsza.
– Po czyjej jesteś stronie, co?! – Jej pisk poniósł się po pomieszczeniu takim echem, że nawet zawodząca tu od dziesiątek lat Marta Warren zatkała uszy i zmarszczyła trupi nos, wpatrując się w Lestrange zarówno z osłupieniem jak i szczerą niechęcią.
T-to nie było tak, że Astoria była jej winna jakąś lojalność, ale... arrrgh! Czy żywi ludzie nie powinni się wspierać? Marcie i tak wszystko było już obojętne, a punkty dla domu i list do rodziców – oto ostatnie rzeczy, o których teraz myślała. Ktoś miałby ją nastraszyć perspektywą posiadania prywatnego guwernera? Dziewczyna ewidentnie nad sobą nie panowała. To były histeria, panika i... szereg gróźb bez pokrycia
– Jak nie zostanę aurorką – którą faktycznie nigdy nie została – to przysięgam ci, Marta – zostanę EGZORCYSTKĄ!! – Następnie tupnęła nogą, zahaczając pantoflem o pelerynę szkolnego mundurka i warknęła, odwracając się do ducha plecami, żeby zabrać swoje kolczyki z umywalki i stąd wyjść. Była to z jej strony głupotka, ale i szczęście w nieszczęściu – bo splunięcie potężną ilością ektoplazmy, jakiego dokonała Marta, skończyło się uderzeniem wilgotnej substancji w plecy, a nie twarz Primrose.
– I NIE PRZYCHODŹ WIĘCEJ RYCZEĆ W MOJEJ ŁAZIENCE – wrzasnęła Marta, po czym pokazała obu swój paskudny, zielony język. No bo – jeżeli to miało ich nie przegonić, to nic ich już nie przegoni.
– Po czyjej jesteś stronie, co?! – Jej pisk poniósł się po pomieszczeniu takim echem, że nawet zawodząca tu od dziesiątek lat Marta Warren zatkała uszy i zmarszczyła trupi nos, wpatrując się w Lestrange zarówno z osłupieniem jak i szczerą niechęcią.
T-to nie było tak, że Astoria była jej winna jakąś lojalność, ale... arrrgh! Czy żywi ludzie nie powinni się wspierać? Marcie i tak wszystko było już obojętne, a punkty dla domu i list do rodziców – oto ostatnie rzeczy, o których teraz myślała. Ktoś miałby ją nastraszyć perspektywą posiadania prywatnego guwernera? Dziewczyna ewidentnie nad sobą nie panowała. To były histeria, panika i... szereg gróźb bez pokrycia
– Jak nie zostanę aurorką – którą faktycznie nigdy nie została – to przysięgam ci, Marta – zostanę EGZORCYSTKĄ!! – Następnie tupnęła nogą, zahaczając pantoflem o pelerynę szkolnego mundurka i warknęła, odwracając się do ducha plecami, żeby zabrać swoje kolczyki z umywalki i stąd wyjść. Była to z jej strony głupotka, ale i szczęście w nieszczęściu – bo splunięcie potężną ilością ektoplazmy, jakiego dokonała Marta, skończyło się uderzeniem wilgotnej substancji w plecy, a nie twarz Primrose.
– I NIE PRZYCHODŹ WIĘCEJ RYCZEĆ W MOJEJ ŁAZIENCE – wrzasnęła Marta, po czym pokazała obu swój paskudny, zielony język. No bo – jeżeli to miało ich nie przegonić, to nic ich już nie przegoni.