Avery zdecydowanie dużo mniej się wszystkim przejmowała. Widać było, że w ogóle jej to nie rusza. Uważała, że jakoś to będzie i sobie z tym wszystkim poradzą. Miała doświadczenie w oczarowywaniu ludzi, to samo zamierzała zrobić z panią Borgin.
- Nie wyglądasz, jakby było spokojnie. - Pomimo wypowiedzianych przez niego słów nadal zdecydowanie wyglądał na zdenerwowanego. Panika nie była przyjacielem - nigdy. Musiał jakoś zapanować nad swoimi emocjami, choć może nie było to łatwe. Ta sytuacja była nieco dziwna, to fakt, ale musieli sobie z nią poradzić. Avery uważała, że im się uda, chociaż Stanley nie wyglądał, jakby miał podobne zdanie.
- Wdech, wydech, odnajdziesz się zaraz. - Istotne było to, żeby zaczął nad sobą panował, to mogło im ułatwić to całe przedstawienie. - My, razem, tam... - Widziała, że te słowa ledwo mu przeszły przez gardło, aż taka straszna była? - że jesteśmy parą, o to Ci chodzi? - Wolała się dowiedzieć, czy o tym konkretnie mówi, bo jednak wprowadzał nieco zamieszania w to wszystko. - No i powie wszystkim, co z tego? Przeszkadza Ci to? - Zastanawiała się z czego wynikała jego obawa. Czy może faktycznie nie chciał być z nią łączony? Czy chodziło o coś innego, tylko co?
Sytuacja była skomplikowana, ale nie bez wyjścia. Ona nie miała najmniejszego problemu, żeby się dostosować. Mogła mu pomóc, szczególnie, że uważała, że wypada po tym wszystkim, co dla niej zrobił. W ogóle nie zastanawiała się nad tym, że nie do końca pasowało, żeby była widywana z kimś takim. Avery zawsze dostawała to, czego chciała. Rodzice przystawali na wszystkie jej prośby, nie sądziła, żeby tym razem mogli jej coś narzucić, a najważniejsze nazwisko Stanleya było mile widziane wśród jej najbliższych. W końcu znalazło się w skorowidzu, aktualnie to było chyba najważniejsze. Nie przejmowała się też specjalnie jego statusem społecznym, pewnie wynikało to z tego, że jako ta z lepiej sytuowanej rodziny nigdy się do nikogo nie porównywała, nie musiała. Mogła więc nie rozumieć jego obaw i z czego wynikały, nie było w tym nic dziwnego.
- Nie musisz jej oszukiwać, tak do końca... - Może było to trochę naginanie prawdy, czy jednak aż tak bardzo? Coś ich łączyło, tylko nie do końca wiedzieli co. Byli znajomymi, przyjaciółmi, tak naprawdę znali się zbyt krótko, aby znaleźć na to coś odpowiednie określenie. - Jeśli będzie zadowolona i da Ci spokój, to chyba warto? Nie sądzisz? - Z treści listu wynikało, że jego matce zależało na tym, aby Stella się tutaj pojawiła. Avery sama się o to prosiła tą wcześniejszą wizytą. Anne miała prawo sobie dodać coś od siebie po tym, jak zobaczyła tutaj roztrzęsioną Stellę. W końcu z boku ta sytuacja mogła wyglądać różnie.
- Nie musisz mnie błagać o pomoc. - Zauważyła, że kiedy oparł dłoń o stół, zaczęła się trząść. Nadal był zestresowany. Podeszła bliżej i położyła na niej swoją dłoń, żeby dodać mu otuchy. - Ty mnie nie wciągasz w żadne rzeczy, sama to zrobiłam, wtedy gdy przyszłam tu rano. Nie przeszkadza mi to, możemy poudawać parę, uszczęśliwić Twoją matkę, a później wrócić do normalności. - Tylko czym była normalność? Tego też jeszcze nie potrafiła określić, ale będzie się martwić o to później. Nie zamierzała zostawić Stanleya w potrzebie i tylko tego była pewna.