13.03.2026, 20:15 ✶
Gdyby ktoś mi kilka miesięcy temu powiedział, że będę chodził za rękę po Pokątnej, świeżo po ślubie, pilnowany przez moją żonę-uzdrowicielkę, jak nieco zbyt ruchliwy rekonwalescent albo pięcioletni dzieciak, pewnie parsknąłbym śmiechem, a jednak byliśmy tu - szliśmy powoli, jak stuletnie małżeństwo, ale tym razem wcale nie wkurzało mnie to tak bardzo, jak pewnie robiłoby to jeszcze kilka dni wcześniej, bo przynajmniej mogłem opuścić cztery ściany naszego domu i wyjść gdzieś dalej, niż do ogrodu. Nie robiłem z tego tragedii, po wszystkim, co przeżyłem, taki spacer był właściwie luksusem.
Maszerowałem powoli, wolniej niż pozwalała na to moja duma, ale szybciej, niż życzyłyby sobie moje poobijane żebra. Nadal czułem to znajome, tępe ciągnięcie, jakby ktoś włożył pomiędzy moją tkankę mięśniową a kości kawałek drutu i od czasu do czasu delikatnie nim poruszał, żeby przypomnieć mi, że nie jestem tak niezniszczalny, jak lubiłem udawać, jednak starałem się tego nie okazywać - odruchowo prostowałem plecy, kiedy tylko łapałem się na tym, że zaczynam iść odrobinę krzywo - niestety znałem Prue za dobrze, żeby wierzyć, że cokolwiek jej umykało. Nie patrzyła na mnie cały czas, była na to zbyt sprytna, ale kątem oka łapałem te szybkie, kontrolne spojrzenia, jakby próbowała wyczytać z mojej twarzy szczegóły do raportu medycznego.
Nie lubiłem ostrożności - pachniała chorobą, bezradnością i tymi wszystkimi spojrzeniami, które mówiły człowiekowi „usiądź, nie ruszaj się, oddychaj powoli”, a ja przecież oddychałem całkiem dobrze, jak na kogoś, kto praktycznie umarł pewnej październikowej nocy. Co z tego, iż każdy nie do końca właściwy krok przypominał mi o tym jednym miejscu w boku, gdzie ciało wciąż nie mogło się zdecydować, czy już wybaczyło światu to, co mu zrobiono. Najważniejsze, że nie było to tępe, paraliżujące piekło z pierwszych dni, tylko raczej uparty, złośliwy dyskomfort, który ciągnął się za mną jak smród po wilkołaku. Ignorowałem go z taką samą konsekwencją, z jaką przez ponad pół życia ignorowałem wszystkie rozsądne rady, niestety moja żona nadrabiała za nas oboje, pilnując każdego grymasu, niemal prawie jeszcze przed tym, gdy pojawił się na mojej twarzy. Piękny spacer, naprawdę piękny…
- Taa. - Mruknąłem na jej słowa, odwzajemniając uścisk dłoni, ale zamiast na nią patrzeć, zerkając przed siebie na znajome witryny, w których odbijała się ulica - miasto naprawdę wyglądało niemal normalnie, to było chyba najbardziej absurdalne. - Pali się, wali, a potem ktoś zamiata ulicę i wszyscy udają, sze tak miało byś. - Skwitowałem krótko, cicho prychając pod nosem i zaciągając się zapachami czegoś innego od ziół, eliksirów i środków do prania pościeli. Pokątna pachniała typową brytyjską jesienią, kurzem i kawą z jakiejś małej kawiarenki, która jakimś cudem przetrwała to całe szaleństwo, ludzie mijali nas w pośpiechu, w płaszczach, z gazetami pod pachą i z tą charakterystyczną wielkomiejską determinacją, jakby najlepszym sposobem na katastrofę było udawanie, że nigdy się nie wydarzyła - jakby ogień, krzyki i chaos były tylko złym snem, który miasto postanowiło po prostu zignorować. Tak. To niewątpliwie było odczuwalne, wszystko wracało do normy, nawet jeśli dla nas niektóre rzeczy nadal były nowe i zachowywaliśmy się inaczej, niż przed pożarami.
Maszerowałem powoli, wolniej niż pozwalała na to moja duma, ale szybciej, niż życzyłyby sobie moje poobijane żebra. Nadal czułem to znajome, tępe ciągnięcie, jakby ktoś włożył pomiędzy moją tkankę mięśniową a kości kawałek drutu i od czasu do czasu delikatnie nim poruszał, żeby przypomnieć mi, że nie jestem tak niezniszczalny, jak lubiłem udawać, jednak starałem się tego nie okazywać - odruchowo prostowałem plecy, kiedy tylko łapałem się na tym, że zaczynam iść odrobinę krzywo - niestety znałem Prue za dobrze, żeby wierzyć, że cokolwiek jej umykało. Nie patrzyła na mnie cały czas, była na to zbyt sprytna, ale kątem oka łapałem te szybkie, kontrolne spojrzenia, jakby próbowała wyczytać z mojej twarzy szczegóły do raportu medycznego.
Nie lubiłem ostrożności - pachniała chorobą, bezradnością i tymi wszystkimi spojrzeniami, które mówiły człowiekowi „usiądź, nie ruszaj się, oddychaj powoli”, a ja przecież oddychałem całkiem dobrze, jak na kogoś, kto praktycznie umarł pewnej październikowej nocy. Co z tego, iż każdy nie do końca właściwy krok przypominał mi o tym jednym miejscu w boku, gdzie ciało wciąż nie mogło się zdecydować, czy już wybaczyło światu to, co mu zrobiono. Najważniejsze, że nie było to tępe, paraliżujące piekło z pierwszych dni, tylko raczej uparty, złośliwy dyskomfort, który ciągnął się za mną jak smród po wilkołaku. Ignorowałem go z taką samą konsekwencją, z jaką przez ponad pół życia ignorowałem wszystkie rozsądne rady, niestety moja żona nadrabiała za nas oboje, pilnując każdego grymasu, niemal prawie jeszcze przed tym, gdy pojawił się na mojej twarzy. Piękny spacer, naprawdę piękny…
- Taa. - Mruknąłem na jej słowa, odwzajemniając uścisk dłoni, ale zamiast na nią patrzeć, zerkając przed siebie na znajome witryny, w których odbijała się ulica - miasto naprawdę wyglądało niemal normalnie, to było chyba najbardziej absurdalne. - Pali się, wali, a potem ktoś zamiata ulicę i wszyscy udają, sze tak miało byś. - Skwitowałem krótko, cicho prychając pod nosem i zaciągając się zapachami czegoś innego od ziół, eliksirów i środków do prania pościeli. Pokątna pachniała typową brytyjską jesienią, kurzem i kawą z jakiejś małej kawiarenki, która jakimś cudem przetrwała to całe szaleństwo, ludzie mijali nas w pośpiechu, w płaszczach, z gazetami pod pachą i z tą charakterystyczną wielkomiejską determinacją, jakby najlepszym sposobem na katastrofę było udawanie, że nigdy się nie wydarzyła - jakby ogień, krzyki i chaos były tylko złym snem, który miasto postanowiło po prostu zignorować. Tak. To niewątpliwie było odczuwalne, wszystko wracało do normy, nawet jeśli dla nas niektóre rzeczy nadal były nowe i zachowywaliśmy się inaczej, niż przed pożarami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)