13.03.2026, 21:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2026, 21:11 przez Benjy Fenwick.)
Nie było tak źle, jak jeszcze kilka dni temu, ale każdy krok przypominał mi, że nadal mam w sobie więcej szwów niż rozsądku - bok ciągnął mnie przy dłuższym ruchu, mięśnie protestowały cicho, a ja udawałem, że to wszystko nic takiego, stare przyzwyczajenie, człowiek latami uczył się ignorować ból, więc teraz ciało mogło sobie narzekać do woli. Kątem oka znowu spojrzałem na Prue, na jej skupioną twarz, na te drobne, prawie niewidoczne zmarszczki między brwiami, które pojawiały się zawsze, kiedy coś analizowała - teraz analizowała mnie, oczywiście - parsknąłem cicho pod nosem, prawie bezgłośnie, do siebie, nie do niej. Nie przeszkadzało mi to, naprawdę, gdyby przestała, pewnie dopiero wtedy coś by było nie tak.
Odkąd złapała mnie za rękę, nie wypuściłem jej dłoni, chociaż jeszcze kilkanaście dni temu miałbym naturalne obiekcje przeciwko publicznemu okazywaniu sobie czułości, kciukiem przesuwałem po niej leniwie, niemal bezmyślnie, kiedy mijaliśmy kolejne sklepy - wystawy były już uporządkowane, szyldy wyprostowane, cegły tam, gdzie trzeba… Moje spojrzenie na chwilę zatrzymało się na czarodziejskiej aptece po drugiej stronie ulicy, gdzie w witrynie ustawiono rząd nowo wyglądających regałów - nie pamiętałem, czy stały tam przed Spaloną Nocą, może tak, może nie - ten widok mimowolnie nasunął mi konkretne skojarzenie. Obraz ognia, krzyków, kłębów dymu, który jeszcze długo siedział nam wszystkim w płucach, bardzo subtelne, ale narastające brzęczenie w uszach, Prudence…
Jej głos wyciągnął mnie z tego miejsca szybciej, niż bym się do tego przyznał.
- Bszmisz jak ktoś, kto właśnie odklył filozofię szycia chwilą… - Spojrzałem na nią z boku, unosząc jedną brew. - Ty. - Mrugnąłem niedowierzająco, samo to było już wystarczająco zabawne, żeby mnie rozbroić, Prudence zawsze była raczej typem osoby, która układała świat w równych liniach, planach, kolejnych krokach, a teraz mówiła o teraźniejszości, jakby to była nowa dyscyplina, którą dopiero zaczynała ćwiczyć.
Słońce wypełzło właśnie spomiędzy chmur i rozlało się po mokrych jeszcze kostkach brukowanej ulicy, a ja przez chwilę patrzyłem przed siebie, próbując poukładać w głowie to jedno zdanie, które właśnie powiedziała - „doceniać to, co jest tu i teraz”.
Pół życia.
Pół cholernego życia próbowałem jej to wbić do głowy.
Przesunąłem językiem po zębach.
- Niesamowite. - Mruknąłem pod nosem, przez moment znowu spojrzałem na witrynę sklepu, mimowolnie wspominając ten, który mijaliśmy kilka kroków wcześniej, a potem wróciłem wzrokiem do Prudence. Nie zatrzymałem się, ale zerknąłem na nią z boku, marszcząc lekko brwi, jakbym właśnie przeprowadzał w głowie jakieś wyjątkowo niewygodne obliczenia, po czym przesunąłem palcami po karku, krzywiąc się półżartobliwie, nie dlatego, że zabrzmiała głupio - właściwie przeciwnie - mówiła to z tą swoją powagą, z tą charakterystyczną dla niej spokojną analizą, jakby właśnie wygłaszała wniosek końcowy z bardzo długiego raportu o naturze świata. Problem polegał na tym, że przez pół życia próbowałem ją do tego doprowadzić.
I nic.
Absolutnie nic.
Szedłem jeszcze chwilę w ciszy, patrząc przed siebie na ulicę, na ludzi przeciskających się między sklepami, na czarodzieja, który próbował opanować nerwową sowę siedzącą mu na ramieniu, dopiero po kilku krokach pokręciłem głową, a uśmiech sam wpełzł mi na twarz. Nie był to jednak ten zwykły, zaczepny, krzywy grymas - było w nim coś bardziej miękkiego, coś spokojniejszego, co pojawiało się u mnie rzadko i zwykle tylko przy niej - mimo to, byłem wyraźnie rozbawiony.
- Nagle okazuje się, sze wystalszyła apokalipsa, tlochę ognia, wilkołak i plawie moja śmielś, szebyś wleszcie pszysnała mi lasję…
Odkąd złapała mnie za rękę, nie wypuściłem jej dłoni, chociaż jeszcze kilkanaście dni temu miałbym naturalne obiekcje przeciwko publicznemu okazywaniu sobie czułości, kciukiem przesuwałem po niej leniwie, niemal bezmyślnie, kiedy mijaliśmy kolejne sklepy - wystawy były już uporządkowane, szyldy wyprostowane, cegły tam, gdzie trzeba… Moje spojrzenie na chwilę zatrzymało się na czarodziejskiej aptece po drugiej stronie ulicy, gdzie w witrynie ustawiono rząd nowo wyglądających regałów - nie pamiętałem, czy stały tam przed Spaloną Nocą, może tak, może nie - ten widok mimowolnie nasunął mi konkretne skojarzenie. Obraz ognia, krzyków, kłębów dymu, który jeszcze długo siedział nam wszystkim w płucach, bardzo subtelne, ale narastające brzęczenie w uszach, Prudence…
Jej głos wyciągnął mnie z tego miejsca szybciej, niż bym się do tego przyznał.
- Bszmisz jak ktoś, kto właśnie odklył filozofię szycia chwilą… - Spojrzałem na nią z boku, unosząc jedną brew. - Ty. - Mrugnąłem niedowierzająco, samo to było już wystarczająco zabawne, żeby mnie rozbroić, Prudence zawsze była raczej typem osoby, która układała świat w równych liniach, planach, kolejnych krokach, a teraz mówiła o teraźniejszości, jakby to była nowa dyscyplina, którą dopiero zaczynała ćwiczyć.
Słońce wypełzło właśnie spomiędzy chmur i rozlało się po mokrych jeszcze kostkach brukowanej ulicy, a ja przez chwilę patrzyłem przed siebie, próbując poukładać w głowie to jedno zdanie, które właśnie powiedziała - „doceniać to, co jest tu i teraz”.
Pół życia.
Pół cholernego życia próbowałem jej to wbić do głowy.
Przesunąłem językiem po zębach.
- Niesamowite. - Mruknąłem pod nosem, przez moment znowu spojrzałem na witrynę sklepu, mimowolnie wspominając ten, który mijaliśmy kilka kroków wcześniej, a potem wróciłem wzrokiem do Prudence. Nie zatrzymałem się, ale zerknąłem na nią z boku, marszcząc lekko brwi, jakbym właśnie przeprowadzał w głowie jakieś wyjątkowo niewygodne obliczenia, po czym przesunąłem palcami po karku, krzywiąc się półżartobliwie, nie dlatego, że zabrzmiała głupio - właściwie przeciwnie - mówiła to z tą swoją powagą, z tą charakterystyczną dla niej spokojną analizą, jakby właśnie wygłaszała wniosek końcowy z bardzo długiego raportu o naturze świata. Problem polegał na tym, że przez pół życia próbowałem ją do tego doprowadzić.
I nic.
Absolutnie nic.
Szedłem jeszcze chwilę w ciszy, patrząc przed siebie na ulicę, na ludzi przeciskających się między sklepami, na czarodzieja, który próbował opanować nerwową sowę siedzącą mu na ramieniu, dopiero po kilku krokach pokręciłem głową, a uśmiech sam wpełzł mi na twarz. Nie był to jednak ten zwykły, zaczepny, krzywy grymas - było w nim coś bardziej miękkiego, coś spokojniejszego, co pojawiało się u mnie rzadko i zwykle tylko przy niej - mimo to, byłem wyraźnie rozbawiony.
- Nagle okazuje się, sze wystalszyła apokalipsa, tlochę ognia, wilkołak i plawie moja śmielś, szebyś wleszcie pszysnała mi lasję…
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)