13.03.2026, 22:52 ✶
Zrobiłem jeszcze kilka kroków, po czym zwolniłem odrobinę i powiodłem wzrokiem za spojrzeniem żony, na witrynę księgarni, którą mijaliśmy - świeże szyldy zawsze wyglądały trochę zbyt czysto na tle starego Londynu i ten nie był w tym wyjątkiem - przez szybę było widać stosy nowych książek, jeszcze zbyt równo ułożonych, jakby dopiero wczoraj ktoś zdjął je z transportowych skrzyń. Nowy początek albo przynajmniej próba… Przez sekundę przyglądałem się ludziom wewnątrz, później przeniosłem wzrok na tych dookoła nas - coś w nich było inne, ten odruch zerknięcia w górę, ten moment napięcia w ramionach, gdy ktoś nagle trzasnął drzwiami gdzieś dalej - miasto oddychało, ale jeszcze nie do końca spokojnie.
- Sun… - Parsknąłem cicho, naprawdę próbowałem tego nie zrobić, przez dobrą sekundę walczyłem z tym, żeby zachować powagę, ale im dłużej jej słuchałem, tym bardziej było to skazane na porażkę. Ten ton, ta precyzja, to ostrożne odmierzanie słów, jakby właśnie podpisywała traktat dyplomatyczny, a nie przyznawała rację własnemu mężowi - pokręciłem głową z niedowierzaniem - brzmiała dokładnie tak, jak się spodziewałem. Spojrzałem na nią z boku, kiedy tak spokojnie wygłaszała swoją połowiczną kapitulację, i poczułem to znajome, ciepłe rozbawienie, które w odległej, naprawdę odległej przeszłości pojawiało się we mnie zawsze, gdy próbowała coś „przyznać”, jednocześnie pilnując, żeby przypadkiem nie przyznać za dużo.
Kiwnąłem lekko głową, kiedy skończyła.
- Połowicznie. - Powtórzyłem, jakbym właśnie usłyszał jedno z najbardziej podejrzanych słów w języku angielskim i nie był do końca przekonany, czy rzeczywiście istniało - przez chwilę udawałem, że naprawdę się nad tym zastanawiam. - Całe lata budowałem leputasję złego wpływu na ciebie… - Burknąłem pod nosem, bardzo teatralnie, do siebie, jednak do niej. Zmarszczyłem lekko brwi, spojrzałem przed siebie, potem znowu na nią, potem na drogę przed nami. Niby przyznawała mi rację w czymś, o czym marudziłem jej od kilkunastu lat - z przerwami, ale jednak - lecz nie mogłem tak po prostu się zgodzić na pół racji. - Nie, nie, nie. - Mruknąłem przesadnie spokojnie. „Wszystko albo nic”, nie połówki, połówki mnie nie interesowały. - Sunny… Ja nie funkcjonuję połowicznie. - Uniosłem brwi, jakbym właśnie przypominał jej coś oczywistego. Zrobiliśmy jeszcze kilka kroków, nierówny bruk stuknął głucho pod podeszwą buta, a bok przypomniał mi o sobie krótkim, tępym ciągnięciem, zignorowałem to odruchowo, chociaż mój oddech na sekundę zrobił się płytszy. Nie zatrzymałem się jednak, dopiero po chwili odwróciłem do niej głowę. - Albo coś lobię, albo tego nie lobię. Nie ma opcji demonstlacyjnego świelś-szycia. Nie ma „połowicznej lasji”.
Ruszyłem dalej, powoli, ale już trochę swobodniej, moje mięśnie zaczynały się rozgrzewać od marszu, a ciało - choć uparte - w końcu przestawało protestować przy każdym kroku. Mój kciuk przesunął się powoli po grzbiecie jej dłoni, zupełnie odruchowo.
- No, ale… Skolo oficjalnie uznałaś, sze moja filozofia czasem ma sens… - Zacząłem na nowo, po czym zrobiłem krótką pauzę. - To chyba powinnaś iść za ciosem. - Zatrzymałem na niej spojrzenie, z tym znajomym błyskiem w oczach, który zwykle oznaczał, że właśnie wpadłem na coś, co w jej ocenie najpewniej kwalifikowało się jako „zły pomysł”. - Wlacająs do domu, wejdziemy do ślodka pielwszego bliula podlószy i kupmy pielwszą wycieczkę, jaka wpadnie nam w lęce. Bez powodu. Bez planu. Bez logicznego uzasadnienia. - Nachyliłem się odrobinę bliżej, mówiąc ciszej, prawie konspiracyjnie. - To będzie twój pielwszy oficjalny, nieodpowiedzialny czyn jako osoby szyjącej chwilą, m’kay? - Przekrzywiłem głowę i spojrzałem na nią uważnie, oczekując, że mi przytaknie i nawet wyciągając mały palec wolnej ręki, by to przypieczętować. - Zgoda czy plóbujesz negocjowaś s człowiekiem, któly właśnie plawie umalł i w związku s tym powinien mieś pewne pszywileje decyzyjne? - Rzuciłem to z taką powagą, jakby właśnie ogłaszał konieczność uzyskania specjalnych świadczeń w Ministerstwie Magii przed komisją, chociaż w rzeczywistości chciałem jak najszybciej zapomnieć o byciu kontuzjowanym i pół-funkcjonującym.
- Sun… - Parsknąłem cicho, naprawdę próbowałem tego nie zrobić, przez dobrą sekundę walczyłem z tym, żeby zachować powagę, ale im dłużej jej słuchałem, tym bardziej było to skazane na porażkę. Ten ton, ta precyzja, to ostrożne odmierzanie słów, jakby właśnie podpisywała traktat dyplomatyczny, a nie przyznawała rację własnemu mężowi - pokręciłem głową z niedowierzaniem - brzmiała dokładnie tak, jak się spodziewałem. Spojrzałem na nią z boku, kiedy tak spokojnie wygłaszała swoją połowiczną kapitulację, i poczułem to znajome, ciepłe rozbawienie, które w odległej, naprawdę odległej przeszłości pojawiało się we mnie zawsze, gdy próbowała coś „przyznać”, jednocześnie pilnując, żeby przypadkiem nie przyznać za dużo.
Kiwnąłem lekko głową, kiedy skończyła.
- Połowicznie. - Powtórzyłem, jakbym właśnie usłyszał jedno z najbardziej podejrzanych słów w języku angielskim i nie był do końca przekonany, czy rzeczywiście istniało - przez chwilę udawałem, że naprawdę się nad tym zastanawiam. - Całe lata budowałem leputasję złego wpływu na ciebie… - Burknąłem pod nosem, bardzo teatralnie, do siebie, jednak do niej. Zmarszczyłem lekko brwi, spojrzałem przed siebie, potem znowu na nią, potem na drogę przed nami. Niby przyznawała mi rację w czymś, o czym marudziłem jej od kilkunastu lat - z przerwami, ale jednak - lecz nie mogłem tak po prostu się zgodzić na pół racji. - Nie, nie, nie. - Mruknąłem przesadnie spokojnie. „Wszystko albo nic”, nie połówki, połówki mnie nie interesowały. - Sunny… Ja nie funkcjonuję połowicznie. - Uniosłem brwi, jakbym właśnie przypominał jej coś oczywistego. Zrobiliśmy jeszcze kilka kroków, nierówny bruk stuknął głucho pod podeszwą buta, a bok przypomniał mi o sobie krótkim, tępym ciągnięciem, zignorowałem to odruchowo, chociaż mój oddech na sekundę zrobił się płytszy. Nie zatrzymałem się jednak, dopiero po chwili odwróciłem do niej głowę. - Albo coś lobię, albo tego nie lobię. Nie ma opcji demonstlacyjnego świelś-szycia. Nie ma „połowicznej lasji”.
Ruszyłem dalej, powoli, ale już trochę swobodniej, moje mięśnie zaczynały się rozgrzewać od marszu, a ciało - choć uparte - w końcu przestawało protestować przy każdym kroku. Mój kciuk przesunął się powoli po grzbiecie jej dłoni, zupełnie odruchowo.
- No, ale… Skolo oficjalnie uznałaś, sze moja filozofia czasem ma sens… - Zacząłem na nowo, po czym zrobiłem krótką pauzę. - To chyba powinnaś iść za ciosem. - Zatrzymałem na niej spojrzenie, z tym znajomym błyskiem w oczach, który zwykle oznaczał, że właśnie wpadłem na coś, co w jej ocenie najpewniej kwalifikowało się jako „zły pomysł”. - Wlacająs do domu, wejdziemy do ślodka pielwszego bliula podlószy i kupmy pielwszą wycieczkę, jaka wpadnie nam w lęce. Bez powodu. Bez planu. Bez logicznego uzasadnienia. - Nachyliłem się odrobinę bliżej, mówiąc ciszej, prawie konspiracyjnie. - To będzie twój pielwszy oficjalny, nieodpowiedzialny czyn jako osoby szyjącej chwilą, m’kay? - Przekrzywiłem głowę i spojrzałem na nią uważnie, oczekując, że mi przytaknie i nawet wyciągając mały palec wolnej ręki, by to przypieczętować. - Zgoda czy plóbujesz negocjowaś s człowiekiem, któly właśnie plawie umalł i w związku s tym powinien mieś pewne pszywileje decyzyjne? - Rzuciłem to z taką powagą, jakby właśnie ogłaszał konieczność uzyskania specjalnych świadczeń w Ministerstwie Magii przed komisją, chociaż w rzeczywistości chciałem jak najszybciej zapomnieć o byciu kontuzjowanym i pół-funkcjonującym.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)