13.03.2026, 23:29 ✶
Helloise nie miała złudzeń. Doskonale wiedziała, że Brenna ma rację — jedyne, co ich z Louvainem ocaliło tamtego wieczora, to szczęście. Widma czekały przyczajone, obserwowały, ale nie zdecydowały się ich zaatakować. Nie zrobili niczego, co można byłoby zaliczyć w ich zasługę; tylko uciekali. Nie trzeba było Helloise straszyć: słyszała o tym, co działo się z tymi, którzy wpadli w szpony upiora. Lorraine opisała jej to w szczególe.
Szczegółów natomiast nie potrafiła odłowić z relacji Longbottomówny, która nie powiedziała nic ponad to, że istnieją znaki i istnieją rytuały. Jakie znaki? Jakie rytuały? Rozjątrzyła ciekawość wiedźmy, a teraz próbowała zdusić ją. Niedoczekanie. Helloise patrzyła na brygadzistkę, wciąż czekając dalszych wyjaśnień. Zastanawiała się, jak wydobyć z Brenny coś więcej — czy naciskiem, czy przymilaniem się. Pani funkcjonariuszka zdawała się kimś, kto na oba jest głuchy, lecz przymilność bywała zwykle bezpieczniejsza — i tę ścieżkę wybrała Helloise.
— Skąd te znaki? Skąd rytuały? Może i ja bym mogła o nie pytać. Znam wróżbitów, kapłanów… — zachęciła, zachowując uprzejmą pozę, choć w środku zaczynały się w niej odzywać pierwsze pomruki zniecierpliwienia. — Tylko opisz mi je. Widzisz, gdzie żyję. To może mi pomóc następnym razem. — Spróbowała, odwołując się do argumentu własnego bezpieczeństwa. Jeśli Brenna rzeczywiście miała serce tak prawe, jak sugerowała jej legitymacja służbowa, być może weźmie to do siebie.
Wytykanie błędów arcykapłanki przez kogoś z Kowenem niezwiązanego i sugerowanie, że Bóstwo dało się skrzywdzić… Brenna była bardzo zuchwała, nawet jeśli ubierała to w niewinne słówka przypuszczenia. Mimo że Helloise również słyszała o tym, że ofiary krwi rzeczywiście nie okazały się Bogini miłe, nie zamierzała ulegać ułomnym interpretacjom innych ludzi. Ich skrzywionej, ograniczonej percepcji. Ich zwątpieniu.
— Naprawdę wierzysz, że Voldemort, ten człowiek, mógłby mieć moc taką, aby zaszkodzić samej Bogini? — obruszyła się, słysząc ową godną politowania bzdurę. — Może niszczyć dzieło jej stworzenia, nas, ale sięgnąć samego bóstwa? — Ona w to nie wierzyła.
Niezrażona Helloise splotła drugą dłoń z wolną dłonią Brenny i spuściła głowę w dół. Patrzyła na ziemię pod ich stopami, klarując w głowie intencję.
— Zatem prośmy o pomyślność w sprawach Kniei dla twojego wuja — powiedziała, półgłosem sącząc powoli słowa. — Dla niego i wszystkich, którzy będą działać w tym z nim. Żeby Bogini Matka czuwała nad nimi i prowadziła ich, Dziewica dodała sił, Starucha udzieliła mądrości. — I w cichości swojej duszy szczerze wznosiła te prośby do Trójbogini, w której z wiarą szukała ratunku.
Szczegółów natomiast nie potrafiła odłowić z relacji Longbottomówny, która nie powiedziała nic ponad to, że istnieją znaki i istnieją rytuały. Jakie znaki? Jakie rytuały? Rozjątrzyła ciekawość wiedźmy, a teraz próbowała zdusić ją. Niedoczekanie. Helloise patrzyła na brygadzistkę, wciąż czekając dalszych wyjaśnień. Zastanawiała się, jak wydobyć z Brenny coś więcej — czy naciskiem, czy przymilaniem się. Pani funkcjonariuszka zdawała się kimś, kto na oba jest głuchy, lecz przymilność bywała zwykle bezpieczniejsza — i tę ścieżkę wybrała Helloise.
— Skąd te znaki? Skąd rytuały? Może i ja bym mogła o nie pytać. Znam wróżbitów, kapłanów… — zachęciła, zachowując uprzejmą pozę, choć w środku zaczynały się w niej odzywać pierwsze pomruki zniecierpliwienia. — Tylko opisz mi je. Widzisz, gdzie żyję. To może mi pomóc następnym razem. — Spróbowała, odwołując się do argumentu własnego bezpieczeństwa. Jeśli Brenna rzeczywiście miała serce tak prawe, jak sugerowała jej legitymacja służbowa, być może weźmie to do siebie.
Wytykanie błędów arcykapłanki przez kogoś z Kowenem niezwiązanego i sugerowanie, że Bóstwo dało się skrzywdzić… Brenna była bardzo zuchwała, nawet jeśli ubierała to w niewinne słówka przypuszczenia. Mimo że Helloise również słyszała o tym, że ofiary krwi rzeczywiście nie okazały się Bogini miłe, nie zamierzała ulegać ułomnym interpretacjom innych ludzi. Ich skrzywionej, ograniczonej percepcji. Ich zwątpieniu.
— Naprawdę wierzysz, że Voldemort, ten człowiek, mógłby mieć moc taką, aby zaszkodzić samej Bogini? — obruszyła się, słysząc ową godną politowania bzdurę. — Może niszczyć dzieło jej stworzenia, nas, ale sięgnąć samego bóstwa? — Ona w to nie wierzyła.
Niezrażona Helloise splotła drugą dłoń z wolną dłonią Brenny i spuściła głowę w dół. Patrzyła na ziemię pod ich stopami, klarując w głowie intencję.
— Zatem prośmy o pomyślność w sprawach Kniei dla twojego wuja — powiedziała, półgłosem sącząc powoli słowa. — Dla niego i wszystkich, którzy będą działać w tym z nim. Żeby Bogini Matka czuwała nad nimi i prowadziła ich, Dziewica dodała sił, Starucha udzieliła mądrości. — I w cichości swojej duszy szczerze wznosiła te prośby do Trójbogini, w której z wiarą szukała ratunku.
dotknij trawy