14.03.2026, 20:02 ✶
Kojarzył właściciela Dziurawego Kotła, choć raczej nigdy nie zdarzyło się im rozmawiać. Icarus wiedział, że Dziurawy Kocioł był najbardziej rozchwytywanym lokalem w magicznym Londynie, a Convivium mogło mu co najwyżej wypolerować lśniące buty. Tak niestety zadziałał rynek, karczma na Pokątnej łącząca mugolską i czarodziejską część miasta lepiej wpasowała się w potrzeby i gusta klientów. Ari szanował to. Chociaż, gdy zobaczył plakat obwieszczający konkurs gry w gargulki, pomyślał sobie, że jak już otworzy bar, będzie mógł zrobić inny konkurs. To był dobry sposób na przyciągnięcie do lokalu specyficznej grupy klientów.
Przed kawą wychodził z niego kapitalista.
— Chcesz, żebyśmy grali w gargulki? — uniósł brwi pytająco, po czym wzruszył ramionami. — No dobra. Raz kozie śmierć.
Czy umiał grać w gargulki? Cóż, zdarzyło mu się kilka razy spróbować. Zazwyczaj kończył oblany cuchnącą mazią. Zawsze wtedy się irytował, bo nie lubił przegrywać. I śmierdzieć. Może tym razem, przy Mo, miało się mu choć odrobinę poszczęścić?
Weszli do Dziurawego Kotła, gdzie w boku sali spektatorzy zgromadzili się dookoła gargulkowego boiska. Było to koło, mniej więcej o średnicy dwóch metrów. Icarus podszedł bliżej, zajrzał w przerwę pomiędzy kibicami (zaskakująco zagorzałymi jak na to, że gra była raczej trywialna). W wyrysowanym kredą kole leżały rozbite już na wszelkie strony kulki. Cel gry był prosty: posłać je poza planszę za pomocą własnej kulki wyróżniającej się kolorem. Przy tym trzeba było pilnować, by graczowska piłeczka sama nie wypadła wraz z wybijaną "bilą".
— Może jakiś zakładzik? Jeśli wygram, wybieram dziś miejsce, gdzie zjemy obiad — zaproponował. — A jeżeli przegram, co oczywiście jest mało prawdopodobne... to sam nie wiem.
Tutaj pozwolił Mo zaproponować swój warunek.
Przed kawą wychodził z niego kapitalista.
— Chcesz, żebyśmy grali w gargulki? — uniósł brwi pytająco, po czym wzruszył ramionami. — No dobra. Raz kozie śmierć.
Czy umiał grać w gargulki? Cóż, zdarzyło mu się kilka razy spróbować. Zazwyczaj kończył oblany cuchnącą mazią. Zawsze wtedy się irytował, bo nie lubił przegrywać. I śmierdzieć. Może tym razem, przy Mo, miało się mu choć odrobinę poszczęścić?
Weszli do Dziurawego Kotła, gdzie w boku sali spektatorzy zgromadzili się dookoła gargulkowego boiska. Było to koło, mniej więcej o średnicy dwóch metrów. Icarus podszedł bliżej, zajrzał w przerwę pomiędzy kibicami (zaskakująco zagorzałymi jak na to, że gra była raczej trywialna). W wyrysowanym kredą kole leżały rozbite już na wszelkie strony kulki. Cel gry był prosty: posłać je poza planszę za pomocą własnej kulki wyróżniającej się kolorem. Przy tym trzeba było pilnować, by graczowska piłeczka sama nie wypadła wraz z wybijaną "bilą".
— Może jakiś zakładzik? Jeśli wygram, wybieram dziś miejsce, gdzie zjemy obiad — zaproponował. — A jeżeli przegram, co oczywiście jest mało prawdopodobne... to sam nie wiem.
Tutaj pozwolił Mo zaproponować swój warunek.