• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [07.10.72] Get your pride out of your mouth

[07.10.72] Get your pride out of your mouth
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#7
15.03.2026, 21:13  ✶  

Przyjął kieliszek z jej dłoni z tą samą spokojną elegancją, z jaką przyjmuje się szczególnie ważny dla sceny rekwizyt w środku przedstawienia. Szkło było chłodne, a cytrusowy aromat limoncello unosił się w nocnym powietrzu, mieszając się z zapachem wilgotnego ogrodu i wosku świec dochodzącym z sali balowej. Przez chwilę nie pił. Obracał kieliszek powoli między palcami, obserwując jak światło z wnętrza rezydencji łamie się w bursztynowej cieczy. Czarna mgła nad jego twarzą poruszała się miękko, jak kurtyna drgająca po zakończonym akcie. - Wielkie premiery rzadko ogląda się z parkietu. Na moment jego spojrzenie uciekło gdzieś ponad jej ramieniem, jakby widział coś więcej niż tylko nocny ogród. W jego wyobraźni tamta noc wciąż miała strukturę spektaklu. Nie chaosu. Nie bezmyślnej furii. Raczej momentu, w którym światło nagle pada na scenę, a widownia wstrzymuje oddech. - Wielu z tych, którzy wspierali artystów jeszcze zanim podniesiono kurtynę, oglądało wszystko z bardzo wygodnych miejsc. Z balkonów. Z prywatnych lóż, gdzie muzyka docierała stłumiona, a płomienie wyglądały bardziej jak element scenografii niż zagrożenie. Maida Vale pozostało nietknięte. Grimmauld Place również. Posiadłości Mulciberów i Malfoyów stały tam, gdzie stały zawsze. Chłodne, spokojne, nieporuszone przez pożogę. Nie było w tym przypadku. Louvain napił się wreszcie limoncello. Kwaśna słodycz rozlała się po języku, pozostawiając na podniebieniu ostry ślad. W głębi myśli poczuł coś, czego nawet nie próbował ukrywać przed samym sobą. Satysfakcję. Nie z ognia. Nie z ruin. Z czegoś znacznie subtelniejszego. Z faktu, że wojna w końcu przestała być odległym szmerem z ostatnich rzędów widowni. Wdarła się na salony szarżą. Bogacze Londynu przez lata żyli w przekonaniu, że mogą być neutralni. Że wystarczy milczeć, patrzeć w drugą stronę i cieszyć się wygodą marmurowych schodów oraz kryształowych żyrandoli. Że wojna będzie czymś, co dzieje się gdzieś dalej, na ulicach, w zaułkach, w świecie ludzi mniej uprzywilejowanych. Tymczasem tej nocy dostali dokładnie to, na co zasłużyli. Louvain uniósł lekko kieliszek, jakby w niemym toaście skierowanym do tej myśli. Wojna wchodziła właśnie w nowy etap. To nie były już drobne, partyzanckie ruchy. Nie kolejne potyczki w starannie zaplanowanych miejscach. To była demonstracja siły. Ruch wykonany w najmniej spodziewanym momencie. Powiedzenie sprawdzam całemu Ministerstwu i wszystkim jego zasobom. Szlamy i wszyscy, którzy tak chętnie stawali po ich stronie, otrzymali dokładnie to, na co zasługiwali. Tej nocy nie było niewinnych. Nie było bezbronnych. Czas milczenia i udawanej neutralności minął z ostatnimi promieniami tamtego dnia. Kto nie potrafił opowiedzieć się po właściwej stronie, sam wybrał swoją rolę w tym przedstawieniu. Tylko najwierniejsi mogli liczyć na protekcję. Reszta musiała pogodzić się z konsekwencjami. Budynki można odbudować. Ulice można oczyścić z popiołu niewielkim kosztem. Ale strach zasiany w głowach Londyńczyków był czymś znacznie cenniejszym. Bezcenna nuta w całej tej kompozycji. Ministerstwo po raz pierwszy od dawna wyglądało na zaskoczone. Straciło swój monopol na przemoc. Nie potrafiło obronić własnych obywateli. Nie potrafiło nawet udawać, że kontroluje scenę. To było to samo Ministerstwo, które przez lata pouczało czarodziejów, jak mają używać własnej magii. Zakazywało nekromancji, jakby była czymś gorszym od innych dziedzin, choć była jedynie kolejną gałęzią sztuki. To samo Ministerstwo decydowało, gdzie mają żyć magiczne stworzenia, jakby świat był planszą, na której można przesuwać istoty według wygodnego schematu. I wreszcie to samo Ministerstwo, które zmuszało czarodziejów do ukrywania się przed światem mugoli. Louvain uśmiechnął się lekko, niemal leniwie. Cała ta konstrukcja zaczynała pękać. Dym nad jego twarzą przesunął się wolniej, jak ciężka zasłona zamykająca kolejny akt.

Na moment jego spojrzenie zatrzymało się na niej dłużej. Czasem trzeba się poświęcić. To zdanie zabrzmiało w nim mocniej, niż powinno. Louvain wiedział o poświęceniu więcej, niż większość ludzi na tym balkonie mogłaby sobie wyobrazić. Zwłaszcza odkąd wrócił z Limbo z tym przeklętym chłodem, który osiadł w nim głęboko i nie chciał zniknąć. Stał się jednym z Zimnych, tak jak reszta tych śmiałków, którzy próbowali pokrzyżować plany Czarnemu Panu. Tyle że w przeciwieństwie do nich nie mógł podzielić się tym ciężarem z nikim. Sekret musiał pozostać ukryty, a on każdego dnia udawał, że nic się nie zmieniło. A zmieniło się wszystko. Najgorsze było to, czego dowiedział się później: że to Zimno nie jest tylko pamiątką, lecz naznaczeniem ze śmiertelnym skutkiem. Jeśli do Samhain nie znajdzie sposobu, by ją odwrócić, może nie być dla niego ratunku. Louvain uniósł kieliszek i upił łyk, choć nawet nie poczuł smaku. Poświęcenie. Znał jego cenę aż za dobrze. - Poświęcenie - odezwał się w końcu spokojnie. - To jedna z niewielu rzeczy, które odróżniają nas od szaleńców. Bo każdy potrafi niszczyć. Tylko nieliczni wiedzą, ile trzeba oddać z siebie, żeby naprawdę coś zbudować. Czarna mgła nad jego twarzą poruszyła się lekko, gdy wrócił myślami na balkon. Ale nawet to nie złamało jego wiary w słuszność jego czynów, w śluby jakie złożył przed swoim Mistrzem. Dla niego był w stanie stracić wszystko. Jeśli chodziło o niego samego, nigdy nie miał szczególnego problemu z rachunkiem, jaki wystawiało ryzyko. Były rzeczy, które warte były ceny krwi. - Kostki, ręce, serce. - odparł bez namysłu. - Dla prawdziwej sztuki, odsłonę i kark przed katem. W jego głosie nie było patosu. Raczej chłodna pewność kogoś, kto naprawdę rozważał takie scenariusze i nie uznał ich za szczególnie przerażające.

Kącik jego ust drgnął, gdy usłyszał jej uwagę o tym, jak szlachetne musiały być jego pobudki. Było w tym uśmiechu coś zadziornego, niemal chłopięcego, jakby ktoś właśnie pozwolił mu na małą, elegancką prowokację. Louvain nie odpowiedział od razu. Zamiast tego uniósł dłonie i z tą samą niewymuszoną swobodą, z jaką ludzie poprawiają rękawy przed wyjściem na scenę, przesunął palcami po kołnierzu koszuli. Potem poprawił mankiety marynarki powoli, starannie, jak ktoś, kto wykonuje gest wyuczony do perfekcji w salonach, gdzie elegancja była drugą naturą. Całość mogłaby wyglądać niemal rycersko, gdyby nie lekka nuta ironii w sposobie, w jaki to robił. Jakby naprawdę wcielał się na moment w rolę szlachetnego pana, który z niezmąconym oddaniem spieszy z pomocą damie uwięzionej w towarzystwie nieciekawego rozmówcy. - Noblesse Oblige. Francuskim akcentem, odparł ze wzruszeniem ramion, jakby tylko wypełniał swoją powinność, jak ktoś, kto właśnie przyjął na siebie niewielką społeczną niedogodność. On mógł wyjść na gbura. To niewiele zmieniało w jego wizerunku. Natomiast szmaragdowa pani otrzymała w zamian coś znacznie ciekawszego. Odrobinę rozrywki. Lekką scenę teatralną na balkonie. Przyjemność wylania limoncello na jego szatę i słuchania jego barwnych, może nawet nieco bezczelnych przypowieści. Poza tym drobnym naciąganiem z jego rycerskością, wszystko pozostawało niezmienne. Zwyczajowo dla niego, chciał mieć to co najlepsze, i tylko dla siebie. Cała jej uwaga skupiona wyłącznie na nim. Co chciał, to brał. I niczego nie żałował.

- Przytrafiają się zarówno słabym, jak i wspaniałym umysłom. Obrócił kieliszek w palcach. - Wielu z najznakomitszych czarodziejów w historii, tych, którzy dokonywali rzeczy naprawdę wielkich, koiło własne nerwy w używkach. Nie brzmiało to jak obrona. Raczej jak chłodna obserwacja. Ludzkie ciało ma swoje granice, a kiedy ktoś je przekracza, prędzej czy później musi zmierzyć się z czymś znacznie trudniejszym niż zmęczenie. Pustką. Wtedy najłatwiej wypełnić ją czymś, co choć na chwilę przynosi ulgę. Uniósł wzrok znów na nią. Przez moment Louvain nie odpowiedział od razu, jakby pytanie nie było czymś, co można zbyć błyskotliwą ripostą. Stał oparty o balustradę, a nocne powietrze poruszało czarnymi smugami jego maski, które falowały nad twarzą jak powolny dym znad wygasającego ognia. W jego postawie wciąż była ta sama swoboda, ale gdzieś pod nią pojawiło się coś bardziej przyziemnego coś, co rzadko dopuszczał do głosu. Louvain od zawsze uważał się za istotę zbudowaną z innej materii niż pozostali. Skóra stworzona z marmuru, umysł z żelaza, a serce z granitu. Jednak wewnątrz, tak jak każdy miał ciało z krwi i kości, nerwy, które reagowały na zagrożenie, i serce, które potrafiło przyspieszyć nie tylko z ekscytacji. Strach nie był mu obcy. Najczęściej nie dotyczył jednak jego samego. Własne ryzyko potrafił przyjąć niemal z obojętnością, jak koszt wpisany w reguły gry, w którą sam zdecydował się grać. - Oczywiście, że się boję. Powiedział to spokojnie, bez teatralnej nuty w głosie, bez tej prowokacyjnej pewności, którą zwykle nosił jak ozdobę. Przez moment stał nieruchomo, oparty o barierę, jakby pozwalał tym słowom powoli z siebie uchodzić. - Nie boję się o siebie. Boję się o tych których mam blisko. Zbyt blisko... Na moment odwrócił głowę w stronę ogrodu, gdzie światło z sali balowej rozlewało się miękko na ścieżkach i krzewach. Z tej wysokości wszystko wyglądało spokojnie, prawie nierealnie. - Ich strata nie ma porównania z niczym, co mogłoby spotkać mnie. Jego palce przesunęły się powoli po zimnym kamieniu, jakby szukały w nim punktu oparcia dla myśli, które zwykle trzymał zamknięte głęboko pod warstwą ironii i pewności siebie. - Boję się że przyjdzie dzień, kiedy przyjaciele staną naprzeciw mnie jak wrogowie. Myślał o tym częściej, niż chciałby przyznać, właściwie każdego dnia. Ta myśl powracała niczym echo, które nie pozwalało całkowicie wyciszyć się nawet w chwilach spokoju. A jednak najgorsze w tym wszystkim nie było samo zagrożenie ani nawet wizja straty. Najgorsza była świadomość, że kiedy nadejdzie chwila próby, on się nie zawaha. Znał siebie na tyle dobrze, by nie żywić w tej kwestii żadnych złudzeń. I właśnie to, pewność, że zrobi to, co uzna za konieczne, budziło w nim lęk znacznie głębszy niż cokolwiek innego.




i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (5836), Louvain Lestrange (5764)




Wiadomości w tym wątku
[07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Louvain Lestrange - 15.01.2026, 04:36
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Astoria Avery - 20.01.2026, 03:06
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Louvain Lestrange - 27.02.2026, 20:42
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Astoria Avery - 06.03.2026, 03:04
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Louvain Lestrange - 08.03.2026, 21:15
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Astoria Avery - 14.03.2026, 17:14
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Louvain Lestrange - 15.03.2026, 21:13
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Astoria Avery - 17.03.2026, 03:29
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Louvain Lestrange - 29.03.2026, 21:57
RE: [07.10.72] Get your pride out of your mouth - przez Astoria Avery - 03.04.2026, 02:09

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa