• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue

[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
16.03.2026, 01:32  ✶  
Ten spacer naprawdę zaczynał mi się podobać, było w nim coś dziwnie lekkiego - coś, czego dawno nie czułem - miasto powoli wracało do życia, ludzie mijali nas w swoim rytmie, a ona szła obok mnie, próbując nie myśleć za bardzo. Nie powiedziałem tego na głos, ale kiedy lekko ścisnąłem jej dłoń, było w tym coś z tamtej starej, instynktownej czułości, która zawsze pojawiała się przy niej trochę wbrew logice. Od dziecka miała tę tendencję do rozkładania świata na czynniki pierwsze, do szukania logiki tam, gdzie zazwyczaj rządził czysty chaos, i chociaż bywało to fascynujące, wiedziałem też, jak bardzo potrafiło być dla niej wyczerpujące. Ja natomiast kochałem ten moment, w którym plan się sypał, a instrukcja lądowała w kominku, bo dopiero wtedy zaczynało się prawdziwe życie, zaś podążanie za sztywnymi podpunktami do wykonania było dla mnie koszmarem. Fakt, że pozwalała mi być tym jedynym elementem irracjonalności, któremu ufała, był dla mnie największym komplementem, jakiego mogłem się spodziewać po kobiecie o tak ścisłym podejściu do życia.
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy stwierdziła, że myślała, iż to było denerwujące, jednak nie od razu postanowiłem rzucić na to jakieś światło, przez chwilę po prostu patrzyłem przed siebie na bruk Pokątnej, na ludzi mijających nas w obu kierunkach, ale tak naprawdę widziałem raczej coś sprzed lat niż to, co było tu i teraz - głowę Prue pochyloną nad książką w bibliotece Hogwartu, ten charakterystyczny wyraz skupienia, który pojawiał się na jej twarzy, kiedy rozkładała jakiś problem na czynniki pierwsze, i siebie obok, znudzonego po pięciu minutach, ale zostającego tam i tak, bo z jakiegoś powodu nie miałem ochoty być gdziekolwiek indziej.
Parsknąłem cicho.
- Plawdopodobnie nie chciałabyś wiedzieś, w jakim dokładnie sensie było to dlaszniące. - Odparłem, lekko mrużąc oczy przed słońcem, które przebijało się przez chmury. Nie powiedziałem tego z żadną szczególną powagą, raczej z tą autoironiczną lekkością człowieka, który doskonale pamiętał własne siedemnastoletnie myśli i nie zamierzał udawać, że były szczególnie szlachetne. Zawahałem się, jakbym szukał odpowiednich słów, ale prawda była taka, że wcale nie musiałem ich długo szukać, miałem do niej słabość, której nie potrafiłem wykorzenić żadnym mi znanym sposobem - ani przesadną wrogością, ani dystansem - a teraz, patrząc na jej skupioną twarz, poczułem tę znajomą chęć, by po prostu przerwać ten potok logicznych argumentów w jedyny skuteczny sposób. Znałem to uczucie aż za dobrze, pamiętałem je jeszcze z czasów Hogwartu, kiedy mieliśmy po naście lat i finalnie spędzaliśmy ze sobą więcej czasu niż z kimkolwiek innym, nawet jeśli nie zawsze chcieliśmy do tego doprowadzać.
Przystanąłem na moment, ignorując lekki ból w boku, pod żebrami, który przypominał o moich ostatnich zawodowych „przygodach”, i spojrzałem na nią z nieskrywanym rozbawieniem, zastanawiając się, jak wyglądałby pierwszy rozdział takiej pracy, napisanej przez kogoś tak uporządkowanego jak ona. Przez chwilę milczałem, pozwalając jej mówić dalej, a potem wzruszyłem ramionami, kiedy zapytała, czy to praktycznie działa.
- Blak zasad działa jako zasada, ale jedynie dlatego, sze kiedy nie masz planu, nie moszesz go zepsuś. - Zmrużyłem oczy, to była jedna z tych rzeczy, których nauczyłem się bardzo dawno temu, jeszcze zanim świat stał się tak skomplikowany, zanim pojawiły się wszystkie te sprawy, które próbowały nas rozdzielić. - Jeśli napisałabyś instlukcję obsługi spontaniczności… - Kontynuowałem, wypychając policzek językiem i właściwie, to już nie kończąc, bo przecież oboje wiedzieliśmy, czym by to mogło poskutkować…
Zrobiłem krok przed siebie, nie pozwalając jednak, by ten krótki moment zatrzymania na środku Pokątnej zamienił się w sformalizowany postój. Ruszyliśmy dalej chodnikiem, mijając kolejne sklepy i ludzi, a ja przez chwilę pozwoliłem sobie po prostu cieszyć się tym spacerem, bo było w tym coś absurdalnie normalnego - po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, zwykłe chodzenie ulicą z nią za rękę miało w sobie jakąś dziwnie przyjemną prostotę.
Przez chwilę milczałem, słuchając dalszego potoku jej myśli, tej charakterystycznej logiki, która próbowała znaleźć strukturę nawet tam, gdzie z definicji jej nie było - i, cholera, naprawdę lubiłem patrzeć, jak jej mózg pracuje, kiedy jednak wspomniała, że nic złego się nie wydarzy, skoro to moja specjalność, pokręciłem głową z cichym rozbawieniem. Nie rozwijałem tego tematu, bo lista moich nie do końca chwalebnych doświadczeń z BHP w podróży była długa i niekoniecznie nadawała się na spokojny spacer po Pokątnej. Wiedziała, na co się pisze? Owszem, ale ja też wiedziałem… I za nic na świecie nie zamieniłbym tego denerwującego, analitycznego i absolutnie wyjątkowego umysłu przeprowadzającego głębokie wyliczenia optymalizujące pojęcie „spontaniczności” na żadną samodzielną, jednoosobową przygodę, jaką ten świat miał mi jeszcze do zaoferowania, więc może faktycznie - było coś w tym, że zamierzałem postarać się, by to nasze wspólne doświadczenie było pierwszym, nie ostatnim. To miała być podróż poślubna, nie stresująca, chaotyczna katorga.
Wzmianka o Corneliusie sprawiła, że moje rozbawienie pogłębiło się, chociaż podszyte było lekkim zażenowaniem na wspomnienie tamtej rozmowy w jego tymczasowym gabinecie. Wzruszyłem niedbale ramionami, bo chociaż przyjaciel potrafił być wrzodem na tyłku, to w tej konkretnej sytuacji moja własna porywczość podstawiła mi nogę, zanim on w ogóle zdążył otworzyć usta. Prawda była taka, że to ja pierwszy wpadłem do niego nabuzowany, gotów wygarnąć mu kilka spraw, a on - jak to on - po prostu bezczelnie to wykorzystał, patrząc z tym swoim politowaniem, jak sam zapędzam się w kozi róg. Corio był świetnym kumplem, ale jako śledczy potrafił być gorszy niż najbardziej wyrafinowany rewirowy z ministerialnej jednostki, konfrontując się ze mną, z neutralnie badawczą miną niewiniątka, która nie oszukała mnie ani przez sekundę - wiedział doskonale, że moje plany dotyczące powrotu na samotny szlak stały się nagle bardzo mgliste, odkąd pewna osoba znów pojawiła się w centrum mojego świata. Ten złamas bawił się moją sytuacją, widząc we mnie „przegrany przypadek”, człowieka, który myślał, że panuje nad swoim życiem, a w rzeczywistości był całkowicie uwiązany na niewidzialnej smyczy uczucia, której nie potrafił i nie chciał przeciąć. Wiedział, że jestem beznadziejnie zakochany i że każda moja opowieść o „wolności” i „braku zobowiązań” to tylko marna zasłona dymna, wykręcił narrację, złapał mnie tym, że on również martwił się o Prudence, co z pewnością było w pewnym stopniu prawdziwe, ale tak naprawdę chciał jeszcze zobaczyć, jak wiję się pod jego spojrzeniem, próbując wyjaśnić mu, dlaczego nagle Londyn stał się dla mnie najciekawszym miejscem na ziemi.
- Właściwie... To nie on zaczął. - Przyznałem niechętnie, musząc to powiedzieć, niemal bez ruchu warg. - Ja się pielwszy odpaliłem, a ten złamas po plostu to podchwycił. - On tylko, kurwa, przejął piłeczkę i rozegrał to po swojemu, i chyba to było najgorsze. - Wyskoczył na mnie jak aulol na podejszanego, co było co najmniej komiczne, bioląs pod uwagę, sze znamy się od dzieciaka. - Potrząsnąłem głową, przypominając sobie tamten moment - to, jak bardzo Lestrange czerpał sadystyczną przyjemność z faktu, że przejrzał mnie na wylot, zanim sam przyznałem się przed sobą do jakichkolwiek planów związanych z osiedleniem się na Wyspach - niemal prychnąłem na wspomnienie powagi, z jaką Corio wyliczał mi potencjalne obowiązki względem „dobra ogółu”, czyli de facto spokoju ducha nas wszystkich.
Na jej uwagę pokręciłem głową, po czym spojrzałem na nią znacząco - faktycznie, wielki jak dąb klątwołamacz mający obiekcje do świstoklików brzmiał jak kiepski żart, ale po kilku lądowaniach w miejscach, które zdecydowanie nie figurowały w planie podróży, człowiek nabierał zdrowego dystansu do magicznej natychmiastowości, w praktyce, bagno w Luizjanie naprawdę zostawiało człowieka z pewnymi refleksjami na temat magicznego transportu podlegającego niesamodzielnej kontroli.
- Śmiej się, śmiej, ale zapewniam cię, sze lądowanie w samym ślodku gadziego zeblania losinnego nie naleszy do najbalsiej lelaksujących doświadczeń, jakie może zaselwowaś ci magia. - Odruchowo wywróciłem gałkami ocznymi, szczęśliwie dostrzegając, że gdy to robiłem, już praktycznie wcale nie łupało mi pod skroniami. Rozmowa o świstoklikach przywróciła mi przed oczy ten nieszczęsny obraz florydzkich odludzi, który prawdopodobnie miał zostać ze mną do końca moich dni, jako przestroga przed zbytnią pewnością siebie w kwestii magicznej nawigacji. Moja niechęć do tego środka transportu nie wynikała z tchórzostwa, ale z czystego pragmatyzmu kogoś, kto musiał kiedyś tłumaczyć się stadu aligatorów, że ich pora karmienia nie powinna obejmować brytyjskiego czarodzieja, który po prostu pomylił koordynaty o kilkanaście mil.
- Nie dziw się więc, sze tylu męszczyzn się o ciebie maltwi, bo w oczach choćby takiego Colio jesteś plawdopodobnie jedyną osobą, któla jest w stanie utszymaś mnie w lysach i splawiś, bym nie skończył jako pokalm dla wspomnianych aligatolów w jakiejś zapomnianej pszes bogów dżungli. - Mruknąłem jeszcze - to, jak szybko przejęła inicjatywę i jak naturalnie zaczęła planować nasze wspólne wyjście z jej strefy komfortu, imponowało mi bardziej, niż bym to przyznał na głos.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8556), Prudence Fenwick (6388)




Wiadomości w tym wątku
[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue - przez Prudence Fenwick - 13.03.2026, 19:44
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 13.03.2026, 20:15
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 13.03.2026, 20:47
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 13.03.2026, 21:10
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 13.03.2026, 21:34
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 13.03.2026, 22:52
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 13.03.2026, 23:24
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 14.03.2026, 01:20
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 14.03.2026, 22:55
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 15.03.2026, 18:46
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 15.03.2026, 22:38
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 16.03.2026, 01:32
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 16.03.2026, 08:43
RE: [17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue - przez Benjy Fenwick - 17.03.2026, 00:11
RE: [17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue - przez Prudence Fenwick - 23.03.2026, 20:36

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa