30.03.2026, 11:27 ✶
Przyszłość jawiąca się dotychczas jako piękne, jasne, błękitne niebo, nagle wydawała mu się mętna jak woda w zanieczyszczonej sadzawce. Wspierał się o te kolana, myślał i niby był człowiekiem, po którym wszyscy spodziewaliby się siły, dominacji, a jednak – wbrew wszelkim oczekiwaniom – Vasilij Dolohov wyglądał na zwyczajnie pokonanego. Jeszcze przed chwilą karmił Morpheusa masą wydedukowanych w ciągu kilku minut informacji. W zetknięciu z zagrożeniem niebędącym wyzwaniem intelektualnym, najbardziej znany wieszcz Wielkiej Brytanii wyglądał po prostu... słabo. Prawda była jednak taka, że w pamięci Morpheusa, Dolohov w takich okolicznościach nigdy nie zachowywał się dużo inaczej – walczył z losem, kiedy mógł go przegadać, ale w gruncie rzeczy nigdy nie był w stanie odeprzeć ciosów ojca czy szkolnych huliganów. Zatrzymywał się w bezruchu jak sarna widząca światła reflektorów i przyjmował cios za ciosem. Teraz może i dorósł, lepiej panował nad mimiką, dobrze maskował drzemiący w nim paraliżujący strach, ale wciąż był tym samym tchórzem. Jednocześnie zmienił się momentami nie do poznania i był tym samym, młodym, zagubionym chłopakiem, który potrzebował oprzeć się ręką o bark starszego kolegi, bo zwyczajnie bał się iść sam.
Longbottom chciał wywołać w nim gniew, ale to co wybrzmiało w głoście Vasilija przypomniało bardziej rozpacz. Gniew na pewno tam był, tony złości kipiały w nim za każdym razem, kiedy przypominał sobie o okrutnej zdradzie, odrzuceniu i samotności, ale teraz w melodii jego życia pierwsze skrzypce grała rozpacz. Ze wszystkich ludzi na świecie musiał jeść dzisiaj kolację akurat z nim. Szczęście w nieszczęściu – bo najwyraźniej wciąż był kompetentnym bohaterem, nawet jeżeli przyprawiał go tym o gorączkę.
Ciepło dłoni Morpheusa jednocześnie dawało mu poczucie stabilności i zwalało go z nóg jeszcze bardziej. Dziwny człowiek, niewątpliwie – otoczony tak wieloma sprzecznościami, że ciężko było to udźwignąć.
– Przeklęty oszuście – syknął, a następnie zaniósł się kaszlem. Wyszło jednak na to, że nie wytykał mu tego, co nam Morpheus uznawał za kłamstwo, ani nie odnosił się do jakże burzliwej przeszłości. – Myślałem, że jesteś Niewymownym, a nie Aurorem. – I nawet jeśli brzmiało to głupio, on się tym nie przejmował. Bo ta przepaść była widoczna – chuderlawy naukowiec stał tu obok kogoś, kto trzymał gardę za ich dwójkę, złapał go za rękę, ewidentnie myślał o tym, jak przedrzeć się do Praw Czasu przez p o l e w a l k i. Dlaczego? Po co? Instynkt tchórza nigdy by tej drogi nie obrał. Nawet przy wysokiej intuicji jego czas reakcji pozostawiał wiele do życzenia. Jasne, że byli inni, jeden się wychował w sadach Doliny Godryka, a drugi w zimnej jak diabli i cichej posiadłości na surowym pustkowiu – to zawsze miało jakieś odbicie w ich aparycji, tym ile jedli – ale to? Miał sporo pytań, na które pewnie nie uzyska odpowiedzi, poza tym nie mogli tak po prostu tutaj stać. Byłoby łatwiej, gdyby nie smuga dymu, co go omiotła nagle, dusząc go i wymuszając kolejny atak kaszlu.
Longbottom chciał wywołać w nim gniew, ale to co wybrzmiało w głoście Vasilija przypomniało bardziej rozpacz. Gniew na pewno tam był, tony złości kipiały w nim za każdym razem, kiedy przypominał sobie o okrutnej zdradzie, odrzuceniu i samotności, ale teraz w melodii jego życia pierwsze skrzypce grała rozpacz. Ze wszystkich ludzi na świecie musiał jeść dzisiaj kolację akurat z nim. Szczęście w nieszczęściu – bo najwyraźniej wciąż był kompetentnym bohaterem, nawet jeżeli przyprawiał go tym o gorączkę.
Ciepło dłoni Morpheusa jednocześnie dawało mu poczucie stabilności i zwalało go z nóg jeszcze bardziej. Dziwny człowiek, niewątpliwie – otoczony tak wieloma sprzecznościami, że ciężko było to udźwignąć.
– Przeklęty oszuście – syknął, a następnie zaniósł się kaszlem. Wyszło jednak na to, że nie wytykał mu tego, co nam Morpheus uznawał za kłamstwo, ani nie odnosił się do jakże burzliwej przeszłości. – Myślałem, że jesteś Niewymownym, a nie Aurorem. – I nawet jeśli brzmiało to głupio, on się tym nie przejmował. Bo ta przepaść była widoczna – chuderlawy naukowiec stał tu obok kogoś, kto trzymał gardę za ich dwójkę, złapał go za rękę, ewidentnie myślał o tym, jak przedrzeć się do Praw Czasu przez p o l e w a l k i. Dlaczego? Po co? Instynkt tchórza nigdy by tej drogi nie obrał. Nawet przy wysokiej intuicji jego czas reakcji pozostawiał wiele do życzenia. Jasne, że byli inni, jeden się wychował w sadach Doliny Godryka, a drugi w zimnej jak diabli i cichej posiadłości na surowym pustkowiu – to zawsze miało jakieś odbicie w ich aparycji, tym ile jedli – ale to? Miał sporo pytań, na które pewnie nie uzyska odpowiedzi, poza tym nie mogli tak po prostu tutaj stać. Byłoby łatwiej, gdyby nie smuga dymu, co go omiotła nagle, dusząc go i wymuszając kolejny atak kaszlu.
with all due respect, which is none