16.03.2026, 16:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2026, 07:23 przez Hannibal Selwyn.)
- Park rozrywki to super opcja, też o tym myślałem! - zareagował z entuzjazmem na odpowiedź Electry, notując w pamięci upodobania przyjaciółki, tak na wszelki wypadek.
Widział, że jego pytanie zwarzyło trochę atmosferę, ale cieszył się, że rozmawiali o tym. Domyślał się, co musi czuć Electra. Decyzja o odejściu z mugolskiej agencji musiała być dla niej przynajmniej tak trudna, jak dla niego konieczność temperowania swoich promugolskich sympatii wyrażanych w wywiadach albo przyjmowania poprawnych politycznie angaży, które niekoniecznie wpisywały się w jego światopogląd.
Bezpieczne PR-owo decyzje, mówił jego ojciec.
Hipokryzja, myślał Hannibal i to słowo pozostawało za jego zębami, niewypowiedziane, rozkładające się na języku gorzkim posmakiem, który przełykał i uśmiechał się, tak samo, jak zawsze.
- Przykro mi - westchnął - Ale może tak byłoby lepiej. Te gnojki w maskach mogą wziąć na cel czystków sympatyzujących z mugolami, albo jeszcze zaatakować tych twoich mugoli - to nigdy nie było wykluczone, a oni byli jeszcze bardziej bezbronni w starciu ze śmierciożercami, niż jakikolwiek czarodziej. Żałował, że nie siedzi w odległości pozwalającej na złapanie jej za rękę. Wyglądała, jakby jej się to przydało.
Henry był bardziej wylewny i Selwyn słuchał jego wynurzeń z przyjemnością, na tyle, na ile można było przy takiej, a nie innej ich treści. Przynajmniej rozmawiali i Lockhart nie unikał odpowiedzi.
- Wolność słowa jak widać działa w jedną stronę - sam dawno już przekonał się, że to idea i iluzja. Mniej więcej wtedy, kiedy ojciec wysłał go na przeszkolenie w zakresie współpracy z mediami w czasie wakacji po piątym czy szóstym roku Hogwartu.
- Masz jakieś pomysły, co robić, jeżeli faktycznie tak się stanie? - zapytał. Los Henry’ego był niepewny nie tylko z powodu jego poczucia etyki dziennikarskiej. Nowy, obawiający się śmierciożerców naczelny i młodziutki fotograf półkrwi, bez pełnego wykształcenia i bez pleców - to nie brzmiało jak bezpieczna kombinacja - Jakieś widoki na inne zatrudnienie?
Nauczony doświadczeniem nawet nie proponował poruszenia swoich własnych kontaktów w celu poprawy sytuacji kumpla, choć utrata pracy na pewno byłaby wielkim ciosem dla Henry’ego, również finansowym.
Ciekawe, jak daleko musiałoby to zajść, żeby zgodził się przyjąć pomoc?, zastanowił się w przypływie chorobliwej ciekawości, celowo przykrywając uprzejmym zainteresowaniem na twarzy inne emocje, jakie mógł wobec niego żywić.
Przełknął ślinę. Czuł potrzebę spłukania nieprzyjemnego posmaku hipokryzji, nierówności i całej tej rozmowy o segregacji ludzi i poglądów niczym ciuchów podczas sprzątania szafy. Te na wyjście, te tylko po domu, a te to w ogóle do śmietnika.
Przyszła mu na myśl terpentyna, której Baldwin, podobnie, jak jego matka, używali do czyszczenia pędzli. Ponieważ picie jej raczej nie skończyłoby się dobrze, alkohol był oczywistym kolejnym wyborem.
Szybko dokonał w myślach przeglądu lodówki i barku. Powinni mieć jeszcze przynajmniej jedno wino…
Widział, że jego pytanie zwarzyło trochę atmosferę, ale cieszył się, że rozmawiali o tym. Domyślał się, co musi czuć Electra. Decyzja o odejściu z mugolskiej agencji musiała być dla niej przynajmniej tak trudna, jak dla niego konieczność temperowania swoich promugolskich sympatii wyrażanych w wywiadach albo przyjmowania poprawnych politycznie angaży, które niekoniecznie wpisywały się w jego światopogląd.
Bezpieczne PR-owo decyzje, mówił jego ojciec.
Hipokryzja, myślał Hannibal i to słowo pozostawało za jego zębami, niewypowiedziane, rozkładające się na języku gorzkim posmakiem, który przełykał i uśmiechał się, tak samo, jak zawsze.
- Przykro mi - westchnął - Ale może tak byłoby lepiej. Te gnojki w maskach mogą wziąć na cel czystków sympatyzujących z mugolami, albo jeszcze zaatakować tych twoich mugoli - to nigdy nie było wykluczone, a oni byli jeszcze bardziej bezbronni w starciu ze śmierciożercami, niż jakikolwiek czarodziej. Żałował, że nie siedzi w odległości pozwalającej na złapanie jej za rękę. Wyglądała, jakby jej się to przydało.
Henry był bardziej wylewny i Selwyn słuchał jego wynurzeń z przyjemnością, na tyle, na ile można było przy takiej, a nie innej ich treści. Przynajmniej rozmawiali i Lockhart nie unikał odpowiedzi.
- Wolność słowa jak widać działa w jedną stronę - sam dawno już przekonał się, że to idea i iluzja. Mniej więcej wtedy, kiedy ojciec wysłał go na przeszkolenie w zakresie współpracy z mediami w czasie wakacji po piątym czy szóstym roku Hogwartu.
- Masz jakieś pomysły, co robić, jeżeli faktycznie tak się stanie? - zapytał. Los Henry’ego był niepewny nie tylko z powodu jego poczucia etyki dziennikarskiej. Nowy, obawiający się śmierciożerców naczelny i młodziutki fotograf półkrwi, bez pełnego wykształcenia i bez pleców - to nie brzmiało jak bezpieczna kombinacja - Jakieś widoki na inne zatrudnienie?
Nauczony doświadczeniem nawet nie proponował poruszenia swoich własnych kontaktów w celu poprawy sytuacji kumpla, choć utrata pracy na pewno byłaby wielkim ciosem dla Henry’ego, również finansowym.
Ciekawe, jak daleko musiałoby to zajść, żeby zgodził się przyjąć pomoc?, zastanowił się w przypływie chorobliwej ciekawości, celowo przykrywając uprzejmym zainteresowaniem na twarzy inne emocje, jakie mógł wobec niego żywić.
Przełknął ślinę. Czuł potrzebę spłukania nieprzyjemnego posmaku hipokryzji, nierówności i całej tej rozmowy o segregacji ludzi i poglądów niczym ciuchów podczas sprzątania szafy. Te na wyjście, te tylko po domu, a te to w ogóle do śmietnika.
Przyszła mu na myśl terpentyna, której Baldwin, podobnie, jak jego matka, używali do czyszczenia pędzli. Ponieważ picie jej raczej nie skończyłoby się dobrze, alkohol był oczywistym kolejnym wyborem.
Szybko dokonał w myślach przeglądu lodówki i barku. Powinni mieć jeszcze przynajmniej jedno wino…