Przyjął jej słowa z obojętnością pozbawioną sprzeciwu. Tak jak przyjmuje się stal przyłożoną do gardła z pełną świadomością, że nie należy wykonywać gwałtownych ruchów. Philomena mówiła długo, metodycznie rozplatając jego myśl, aż została z niej sama konstrukcja, odsłonięta i wystawiona na ocenę. Nie było w tym ani złośliwości, ani litości. Raczej chirurgiczna dokładność starego umysłu, który od dziesięcioleci rozbierał cudze idee na części pierwsze. I właśnie ta sprawność zaczęła w nim budzić niepokój. Z każdą kolejną uwagą Philomeny Louvain coraz wyraźniej odczuwał, jak przestrzeń między nimi się kurczy. Jakby jej słowa nie były jedynie argumentami, lecz ścianami, które powoli przesuwają się ku sobie, zostawiając mu coraz mniej miejsca na manewr. Rozbijała kolejne warstwy jego retoryki z niemal bezwysiłkową precyzją, tak naturalnie, że aż zastraszająco. Nie nadążał. Własne myśli zaczęły wyprzedzać się nawzajem; ledwie zdążył sformułować jedną linię obrony, już widział, jak w jego wyobraźni Philomena rozkłada ją na części. Fale idei, które jeszcze chwilę temu wydawały się zwarte i pewne, teraz rozbijały się o żelazną logikę nestorki niczym woda o skałę. Na moment poczuł coś, czego nie doświadczał często, impuls wycofania. Myśl, że być może będzie musiał ustąpić, przemknęła przez niego gwałtownie, niemal fizycznie. Puls odezwał się w gardle, wyraźny, ciężki, jakby serce próbowało wyrwać się z klatki piersiowej i uciec zanim padnie kolejny argument. Ale równie szybko pojawiło się coś silniejszego. Nienawiść. Nie była gwałtowna ani dzika; była gęsta, lepka i znajoma, jak ciemna rzeka płynąca pod powierzchnią wszystkiego, co robił. Wobec niej strach był tylko chwilowym skurczem mięśnia.
Powoli pozwolił sobie na delikatne zgięcie karku, jakby rozluźniał napięte ścięgna szyi. Gest był drobny, niemal niezauważalny, lecz przyniósł ulgę. Powietrze wypełniło płuca głębiej. Jeszcze raz zebrał wszystkie myśli, te, które ocalały z jej rozbiórki. I złożył je w nową konstrukcję. Już prostszą, już twardszą. Dopiero wtedy podniósł głowę. - Ma pani rację - powiedział bez ociągania. - Hasło było nieprecyzyjne. Uniósł lekko podbródek. - Nie będzie więc “pokoju przez ustępstwa”. Będzie pokój przez przywrócenie porządku. Zrobił krótka pauzę. - Ministerstwo ustąpi. Nie przed Voldemortem, a przed rzeczywistością, którą samo stworzyło. Przed faktem, że ich porządek nie działa. Że wojna trwa, bo ich system nie potrafi jej zakończyć. Przesunął ciężar ciała nieznacznie, jakby dopiero teraz przechodził do sedna. - Mówiła pani o gniewie ludzi. O strachu i frustracji. Ma pani rację także i w tym. Społeczeństwa w takim stanie potrzebują prostego wyjaśnienia świata i prostego winowajcy. Podniósł spojrzenie. - Otrzymają go. Nie rozwijał tej myśli od razu; pozwolił jej wybrzmieć. - Idea kulturowego monolitu świata magii jest starsza niż każdy rewolucjonista zliczony razem do kupy. Starsza niż Ministerstwo, starsza niż ta wojna. Przez stulecia była fundamentem naszego porządku. To Ministerstwo ją naruszyło. Jego ton odzyskiwał swój własny chłód. - Otworzyli drzwi domu, który nie był ich własnością. Zatarli granice między tym, co jest nasze, a tym, co zawsze było obce. A kiedy porządek pękł, próbowali utrzymać władzę, wpychając całe społeczeństwo w konflikt, który nigdy nie powinien dotyczyć większości czarodziejów. Uniósł dłoń tylko na chwilę. - To nie jest wojna między Voldemortem, a społeczeństwem. To walka rządzących z rządzonymi. Konflikt zgniłych elit z suwerenem o kształt świata magii. Ministerstwo uczyniło z obywateli zakładników tej walki. Wciągnęło ich w spiralę brutalności, która przypomina już bardziej krąg rodzinnej przemocy, niż wojnę polityczną. I tak długo jak ten dom pozostanie otwarty dla tych, którzy nie traktują go jak własnego, ta spirala nie ustanie. Jeszcze jedna krótka pauza na złapanie oddechu. - Jeśli ludzie są gniewni, wskażemy im przyczynę chaosu. Nie kolejnego mściciela. Nie abstrakcyjne idee. Jego spojrzenie pozostało nieruchome. - Mugolaków. Ludzie potrzebują porządku. A porządek zaczyna się od granicy. Dopiero teraz po wyłożeniu swojej perspektywy na ułożenie wektorów tego konfliktu wrócił do wcześniejszego wątku. - Pax Magicka nie obieca pokonania Voldemorta. Obieca coś bardziej realnego. Zakończenie chaosu poprzez odbudowę porządku społecznego, który istniał zanim Ministerstwo uznało, że może go dowolnie przebudowywać. Wyprostował się nieco. - Ministerstwo ustąpi. System zostanie naprawiony. Granice zostaną przywrócone. A wtedy wojna przestanie mieć sens. Nie dlatego, że ktoś ją wygra. Dlatego, że zniknie powód, dla którego w ogóle wybuchła. Spojrzał na nią spokojnie raz jeszcze, z tym samym błyskiem w oku typowym dla młodej krwi. - To jest droga do pokoju. Segregacja poprzez status krwi, dodatkowe uwierzytelniania, ograniczanie swobód wypowiedzi, ograniczanie reprezentacji na stanowiskach publicznych. To zagwarantuje coś więcej, niż zażegnanie konfliktu. Zapobiegnie wybuchowi kolejnych. Milczał jeszcze chwilę, jakby rozważał, czy powiedzieć coś więcej. W końcu uniósł lekko brwi nie w geście wyzwania, lecz w niemal chłodnym uznaniu.
- I dlatego właśnie przyszedłem do pani. Jego głos pozostał spokojny, lecz tym razem było w nim coś wyraźniej szczerego. - Sposób, w jaki rozbiera pani argumenty, jest… bezlitosny. Nie pozostawia nawet cienia przestrzeni na myślową lukę. Właśnie dlatego nikt nie nadaje się lepiej do pilnowania przekazu. Nie była to pochlebcza nuta; raczej stwierdzenie faktu. - Jeśli Pax ma istnieć jako coś więcej niż kolejna efemeryczna inicjatywa polityczna, potrzebuje kogoś, kto będzie kształtował jej język z taką samą surowością, z jaką pani przed chwilą rozebrała mój. Uniósł lekko dłoń, wskazując przestrzeń między nimi, jakby tam właśnie materializował się przyszły projekt. - Redaktor naczelnej, który nie pozwoli, by przez nasz przekaz prześlizgnęło się choćby jedno zdanie pozostawiające pole do niebezpiecznej interpretacji. Teraz spojrzał na nią już zupełnie wprost. - Pani Mulciber, nie przyszedłem tu tylko po aprobatę. Przyszedłem po pani udział. Ktoś musi pilnować, żeby nasz dom był zbudowany z kamienia, nie z papieru.