• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue

[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
17.03.2026, 00:11  ✶  
Słońce przesuwało się powoli między dachami Pokątnej, rozlewając jasne plamy światła na wilgotnym bruku. Ludzie mijali nas w obie strony, rozmowy mieszały się ze stukiem podeszw setek butów i trzaskiem drzwi sklepów, a ja przez chwilę pozwoliłem sobie iść w ciszy, czując jej dłoń w swojej. Spacer był dobrym pomysłem, po wszystkim, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach, możliwość spokojnego stawiania kroków prowadzących właściwie donikąd była czymś niemal luksusowym. Miasto żyło dalej, jakby tamta noc była tylko nieprzyjemnym snem, nawet jeśli pod tą zwyczajnością wciąż siedziało coś ciężkiego - wiedziałem to, ona też wiedziała, a jednak wyjście zdecydowanie pomogło nam to odciągnąć myśli od minionych wydarzeń, od tego całego syfu, który jeszcze niedawno oblepiał nasze płuca jak gęsta, londyńska sadza. Stolica całkiem szybko wylizała rany, w ten specyficzny, angielski sposób udawała, że wszystko jest w porządku, ale bardzo delikatny zapach spalenizny wciąż unosił się gdzieniegdzie w chłodniejszym powietrzu, wgryzając się w wełniane płaszcze i przypominając o tym, że jeszcze niedawno, nieco ponad miesiąc temu, to miasto stało w płomieniach. Szliśmy ramię w ramię, a ja czułem każdy centymetr dystansu, który nas dzielił, i każdy gram przyciągania, który kazał mi skracać ten dystans przy każdym kroku. Słuchałem Pruey i tego, jak rozkładała moją życiową filozofię na czynniki pierwsze, próbując ubrać brak ram w logiczne ramy, i nie mogłem powstrzymać lekkiego uśmiechu, który przez praktycznie cały ten czas błąkał się w kącikach moich ust. Była taka... Poukładana, nawet kiedy próbowała zrozumieć mój chaos, robiła to w sposób analityczny, jakby chciała rozpisać moją spontaniczność na jebanym wykresie. To mnie w niej fascynowało od zawsze, chociaż przez lata nie potrafiłem ubrać tego w odpowiednie słowa… Albo po prostu byłem zbyt wielkim gnojkiem, żeby to zrobić.
- Skolo tak balso chcesz wiedzieś wszystko, to ploszę balso. - Nigdy nie byłem dobry w ubieraniu uczuć w ładne słówka, wolałem walić prosto z mostu. Skróciłem dystans między nami, pochylając się ku niej i ignorując na moment przechodniów. Nie dbałem o to, że ludzie nas mijali, bo tak bardzo zwolniliśmy, że prawie się zatrzymaliśmy, przez chwilę liczyło się tylko to, jak słońce odbijało się w jej oczach. - Byłaś, i wciąsz jesteś, sklajnie całowalna, nawet gdy upielasz się pszy poszukiwaniu instluksji obsługi do szeszy, któle powinny dziaś się instynktownie. - Przystanąłem na moment, patrząc na to, jak późnojesienne promienie odbijają się w jej oczach, wydobywając z nich bursztynowe refleksy, i poczułem to znajome szarpnięcie w klatce piersiowej - ten rodzaj czułości, który zawsze starałem się maskować głupim uśmiechem albo ciętą ripostą - to była cała Prudence, nawet spacer po ruinach dawnego życia i fundamentach nowego potrafiła zamienić w analizę matematyczną sukcesu i porażki. - To działa człowiekowi na nelwy w balso konkletny sposób. - Puściłem do niej oko, wracając do marszu, tak, chciałem sprawdzić, jak daleko mogę się posunąć, zanim wybuchnie, i cholera, do dziś uważałem, że te nasze kłótnie były najbardziej erotyczną rzeczą, jaka spotkała mnie w murach tamtego zamku. Byliśmy na siebie skazani od pierwszej chwili w pociągu, bez względu na to, jak krzywo na siebie spoglądaliśmy, po jakie ostre słowa byśmy nie sięgali, nie dało się zmienić tego, co kryło się głębiej - mieliśmy do siebie sentyment, słabość, jak zwał tak zwał - na szczęście w końcu poszliśmy po rozum do głowy i zaakceptowaliśmy łączące nas więzi, tak było po prostu prościej, nie musieliśmy się dłużej męczyć z tymi maskami, które piły nas w twarze od czasów Hogwartu. Mimo tych wszystkich różnic w zachowaniu, nie tylko potrafiliśmy krótkotrwale odnaleźć się w swoich światach, lecz także tworzyć ten wspólny - i to był najlepszy dowód na to, że niektórych rzeczy, niektórych ludzi, po prostu nie dało się uniknąć. Chciałem ją rozpraszać, chciałem być tym jedynym czynnikiem, którego nie potrafiła przewidzieć w swoich równaniach.
- Nastoletni ja nie myślał o twoich filozofiach szyciowych, Pluey, pszyklo mi. Myślał o tym, jak by to było przycisnąś cię do ściany w jakimś ciemnym kolytaszu albo za legałem w bibliotece i splawdziś, czy twoje usta są lównie wymowne, gdy nic nimi nie mówisz. - Nie zatrzymaliśmy się, dalej szliśmy powoli pomiędzy ludźmi, ale kącik ust drgnął mi lekko. Moje myśli mimowolnie cofnęły się o lata, do tamtego dzieciaka z pociągu, który nie miał pojęcia, że ta dziewczyna stanie się jego kotwicą i przekleństwem jednocześnie. Wtedy to było proste, byliśmy dwojgiem dzieciaków szukających swojego miejsca w zamku, opiekuńczy wobec siebie w sposób, który teraz wydawał mi się niemal ironiczny. Troszczyłem się o nią, zanim jeszcze wiedziałem, co to słowo naprawdę oznacza w świecie dorosłych, ale potem wszystko szlag trafił. Trzeci rok był cezurą. Niewinność wyparowała, a na jej miejsce weszła ta duszna, irytująca i cholernie pociągająca rywalizacja. Byłem gówniarzem, buzowały we mnie hormony i ta dziwna, mroczna fascynacja jej osobą.
Pamiętałem, jak patrzyłem na nią w Wielkiej Sali, czując, że coś się zmienia, nie byłem już tylko chłopcem, który chciał się z nią szlajać po błoniach, stałem się młodym mężczyzną, który patrzył na jej usta i zastanawiał się, jak smakują, gdy przestaje nimi rzucać te swoje drażniąco logiczne argumenty. Chciałem ją rozpraszać, chciałem być powodem, dla którego gubiła wątek. Może i byłem wtedy bezczelnie napalonym gówniarzem - nie zamierzałem temu zaprzeczać, skoro teraz, jako jej mąż, mogłem być z nią szczery - miałem swoje fantazje, miałem te wszystkie wizje, w których odgarniałem jej włosy z oczu tylko po to, by za chwilę je potargać i sprowokować ten błysk irytacji, który tak bardzo uwielbiałem, ponieważ ten ogień w jej spojrzeniu był wart każdej kłótni. Wydawało się, że tak już zostanie…
Potem była ta długa, prawie piętnastoletnia dziura, wyjazd z kraju, ucieczka przed samym sobą - dorosłość przyszła później, razem z odległością - lata, które spędziliśmy osobno, zrobiły z nami swoje. Ja wyjechałem, wpakowałem się w robotę, która rzucała mnie po świecie bez żadnego planu, a ona została tutaj i zbudowała życie oparte na zupełnie innych zasadach, aż w końcu ten cholerny Londyn stanął w ogniu. Reszta potoczyła się jak seria decyzji, których nikt z nas nie planował. Gdy przycisnąłem ją do ściany w tym dymie, nie wiedząc nawet, że to ona, poczułem coś, czego nie potrafiłem nazwać. A kiedy mnie pocałowała…
- Widzisz, skalbie, ty nazywasz to „blakiem planu”, ja nazywam to po plostu „blakiem oglaniczeń”. W gluncie szeszy istota jest taka sama. - Przesunąłem dłonią po karku, spojrzałem przed siebie i pokiwałem głową z lekkim rozbawieniem. - W pewnym sensie tak. Bo jeśli nie masz planu, to nie jesteś pszywiązana do jednego wyniku. - Spojrzałem na nią z boku. - Czasem wychodzi coś lepszego nisz mogłabyś pszewidzieś. - Nie była to filozofia, którą można było zapisać w podręczniku, ale działała, a przynajmniej działała dla mnie, jej zaufanie było jednak czymś zupełnie innym. Wiedziałem doskonale, że zgodziła się na tę podróż tylko dlatego, że zaproponowałem ją ja, i to była jedna z tych rzeczy, które człowieka jednocześnie bawiły i trochę przerażały, bo zaufanie to cholernie poważna waluta.
Szliśmy dalej przez Pokątną powoli, w tempie, które bardziej przypominało włóczenie się niż spacer z jakimkolwiek celem, ludzie mijali nas w obie strony, ktoś gdzieś się śmiał, ktoś inny zamykał drzwi sklepu, a ja miałem dziwne wrażenie, że po raz pierwszy od wielu dni naprawdę oddychałem normalnie - nie było podejrzliwości, nie było niepokoju, nie było tej cholernej adrenaliny, która wżerała się w kości i nie chciała puścić, było słońce, jesienne powietrze i jej dłoń w mojej. Uśmiechnąłem się pod nosem, czując to charakterystyczne ukłucie satysfakcji, bo fakt, że mi ufała, że oddawała ster w moje ręce, był dla mnie wart więcej niż wszystkie galeony w skarbcu Gringotta. Londyn szumiał wokół nas, ale dla mnie liczył się tylko ten jej badawczy wzrok i to, jak lekko marszczyła nos, próbując zrozumieć moją filozofię braku planu. Wiedziałem, że potrzebowała tego mojego chaosu tak samo mocno, jak ja potrzebowałem jej ułożonego świata, żeby zupełnie nie odpłynąć - skończyło się na tym, że stała się moją kotwicą, nawet jeśli przez lata udawaliśmy, że ta lina dawno pękła.
- Sztywne zasady są dla ludzi, któszy dostają apopleksji na myśl o implowizacji, Pluey, a ty boisz się jej mniej, nisz ci się wydaje, skolo tu ze mną stoisz. Nie sądzę, byś mogła cokolwiek zepsuś swoim podejściem. - Była to szczera prawda, nie próbowałem jej okłamywać ani pocieszać bez powodu, naprawdę uważałem, że była bardziej spontaniczna niż ktokolwiek mógłby pomyśleć, nawet ona sama, po prostu potrzebowała znaleźć ku temu okazję.
Wróciło do mnie wspomnienie tamtej wizyty na wsi, to był jeden z tych momentów, które zaczynają się zupełnie niewinnie, a kończą tym, że człowiek orientuje się, iż dał się sprowokować jak ostatni idiota. Teraz brzmiało to jak anegdota, wtedy naprawdę mnie wkurzył.
- Właściwie nie zostawił mi wybolu, sam się o to plosił, jako pielwszy. - Zatrzymałem się na moment przy krawędzi chodnika, przepuszczając grupę czarodziejów z ciężkimi torbami pełnymi zakupów. - Nieźle mnie podszedł, pszyznaję… - Wzruszyłem ramionami, starając się zachować maskę faceta, którego nic nie rusza, chociaż oboje wiedzieliśmy, że to tylko pozory. Nie była to zresztą rozmowa, do której w ogóle planowałem doprowadzić, wpadłem wtedy do niego z bardzo konkretnym powodem - po pożarach musiałem przegadać kilka rzeczy, Cornelius miał jednak tę irytującą zdolność patrzenia na ludzi i wyciągania wniosków szybciej, niż sami byli gotowi je przyznać, czego nigdy szczególnie nie lubiłem, bo zawsze wykazywał talent do takich rzeczy. Nie naciskał wprost, raczej ustawiał rozmowę tak, żeby druga strona sama powiedziała dokładnie to, co próbowała ukryć. Pamiętałem jego pierwsze zdanie, po rozpoczęciu bardziej zażartej rozmowy, aż za dobrze.
„Jeśli masz zamiar być wściekły, Benjy, to przynajmniej rób to konkretnie.”
- Poszedłem do niego w innym celu. - Powiedziałem spokojnie. - Musiałem doplecyzowaś palę szeszy. Tszymałem u niego na stlychu tlochę sprzętu. Leszta spłonęła lasem s kamienicą, w któlej wynajmowałem pokój s aneksem, by nie zwalaś się komuś na głowę, w mojej sytuacji. Szedłem tam, zanim… - Urwałem wymownie, odchrzakując. Przez pewien czas trzymałem tam parę rzeczy - sprzęt, notatki z wypraw, kilka artefaktów, które nie nadawały się do przechowywania w zwykłym londyńskim mieszkaniu. - Gdy cofnąłem się na Holysontalną, zostało tylko to, co miałem u chłopaków i co zablałem ze sobą, ale pozostały inne kwestie, któle naleszało omówiś. - Wzruszyłem lekko ramionami, nie był to pierwszy raz w moim życiu, kiedy coś spłonęło razem z kawałkiem przeszłości, rzeczy materialne miały przy mnie raczej krótką żywotność - gubiłem je, zostawiałem, czasem sprzedawałem, czasem po prostu znikały gdzieś po drodze.
- I pszy okazji dowiedziałem się jednej szeszy, któla balszo mi się nie spodobała. - Mój głos pozostał spokojny, ale był w nim ten twardszy ton, który pojawiał się, kiedy coś naprawdę mnie uwierało. Zwolniłem trochę krok, jakbym chciał jej dać czas na skupienie się na tym, co zaraz powiem. - Zdajesz sobie splawę, sze złamałaś dane mi słowo? - Nie brzmiało to jak oskarżenie, lecz jak stwierdzenie faktu, który już dawno przetrawiłem. Przez moment milczałem, pozwalając, żeby to zdanie zawisło w powietrzu między nami. Pamiętałem dokładnie, jak zadziałała na mnie ta informacja - byłem zmęczony, wkurzony i jeszcze nie do końca przytomny po tym wszystkim, co wydarzyło się na ulicach, a on powiedział to tak spokojnie, jakby informował mnie o pogodzie. Mówił to tonem tak opanowanym, jakby opowiadał o spacerze po parku, podczas gdy ja czułem, jak coś we mnie powoli się napina.
- I wtedy tlochę się zagotowałem. - Prychnąłem pod nosem. - Mosze nawet balsiej nisz tlochę. - Dodałem od razu, doskonale wiedząc, jak to brzmiało - to była ta część, która naprawdę mnie wkurzyła, nie dlatego, że nie ufałem jej decyzjom, raczej dlatego, że pamiętałem dokładnie moment, w którym poprosiłem ją, żeby została w środku. -Obiecałaś mi, sze zostaniesz w Ministerstwie, gdzie będziesz bezpieczna. Pomogłem ci tam dotsześ tylko po to, szebyś była poza zasięgiem tego piekła. A co zlobiłaś? Wyszłaś plosto w ten ogień, i to jeszcze pod lamię s Colneliusem. Powiedzmy, sze miałem mu to za złe. - Skrzywiłem się lekko, czując jeszcze echo tamtej złości. - Musiałem mu to wygalnąś, nie mogłem zdzielszyś, sze nalaził cię na takie niebespieczeństwo, nawet jeśli to była twoja decyzja. Colio obelwał, bo zasłuszył. - Zawyrokowałem, wracając do tematu jej szefa, kumpla i samozwańczego starszego brata, a mojego przyjaciela z dziecięcych lat. Znałem go od lat, wiedziałem dokładnie, kiedy zaczynał grać, ale to wcale nie znaczyło, że potrafiłem nie reagować. Zamknął drzwi, oparł się o biurko i kontynuował rozmowę tonem, który doskonale znałem - tym spokojnym, prawie uprzejmym głosem, za którym kryła się czysta prowokacja. Najpierw zapytał, czy planuję jednak zostać w Londynie, potem, czy zdaję sobie sprawę, że jej życie wygląda zupełnie inaczej niż moje, a na końcu rzucił pytanie, które było właściwie pułapką nie do rozbrojenia.
- Kląszył wokół tematu jak cholelny sęp nad padliną.
„Benjy, czy ty się przypadkiem nie martwisz?”
„Benjy, czy ty się przypadkiem nie przywiązujesz?”
„Benjy, czy ty przypadkiem nie masz z tym nadmiernego problemu?”
„Benjy, zastanawiam się tylko, czy zdajesz sobie sprawę, że od pewnego czasu twoje decyzje przestały dotyczyć wyłącznie ciebie.”
„Benjy, problem z tobą polega na tym, że jesteś wystarczająco inteligentny, żeby wiedzieć, w co się pakujesz, i wystarczająco uparty, żeby i tak to zrobić.”
„Benjy, naprawdę sądziłeś, że nie zadam tego pytania?”
- Ale powiedzmy, sze i tak balszo dobsze się bawił. - Nie było sensu udawać, że było inaczej, tamta rozmowa była głośna, szybka i pełna rzeczy, których normalnie nie mówiło się gospodarzowi, kiedy stało się w jego chałupie. Nie zrobiłem nic spektakularnego, ale powiedziałem mu bardzo wyraźnie, co o tym myślę - w jego własnym domu, w jego własnym gabinecie - i nie były to słowa szczególnie uprzejme. W przeciwieństwie do wyrzucenia Romulusa, w tym konkretnym przypadku, Corio wysłuchał wszystkiego z absolutnym spokojem, a im bardziej się nakręcałem, tym bardziej wyglądał na rozbawionego. To była prowokacja, perfekcyjnie wymierzona, pamiętałem, że przez chwilę po prostu na niego patrzyłem, analizując jego odpowiedzi i pytania, i wtedy nagle dotarło do mnie, że cały ten wybuch wcale go nie zaskoczył - on na to czekał, chciał zobaczyć reakcję, chciał usłyszeć coś, czego sam jeszcze nie powiedziałem na głos.
- Nie mieszaj się w rzeczy, które cię nie dotyczą. - Powiedziałem w końcu chłodniej niż wcześniej.
Cornelius uśmiechnął się tylko szerzej.
- Dotyczą mnie o tyle, że to moja przyjaciółka, a ty jesteś moim przyjacielem.
To był moment, w którym naprawdę miałem ochotę go uderzyć, zamiast tego pochyliłem się nad jego biurkiem i powiedziałem coś, co zakończyło tę rozmowę raz na zawsze - przynajmniej do teraz...

Zatrzymałem spojrzenie na jednej z witryn sklepowych, patrząc na nasze odbicie. Wyglądaliśmy... Normalnie. Jak mąż i żona na spacerze. Kto by pomyślał, po tym wszystkim, co przeszliśmy? Po tym durnym układzie w piwnicy u jego ciotki, po „letnim romansie”, który miał być tylko lekarstwem na samotność. Spojrzałem na nią w szybie, mrużąc oczy od słońca, nie potrafiłem jej wtedy powiedzieć „kocham cię” w sposób, w jaki robili to bohaterowie ckliwych książek, nie byłem poetą, byłem gościem, który oświadczył się w najmniej romantycznym miejscu na świecie, ranny i brudny.
Parsknąłem cicho, kiedy wspomniała o aligatorach, ten obraz był na tyle absurdalny, że wracał do mnie częściej, niż powinien - bagna, które ciągnęły się przez mile, ciężkie powietrze, w którym wszystko pachniało gnijącą wodą i roślinami, i ja stojący po kolana w błocie, z różdżką w ręce, zastanawiający się, który z tych cieni na powierzchni wody właśnie mrugnął. Zerknąłem na nią z boku, z tym półuśmiechem, który zwykle pojawiał się u mnie, kiedy wspominałem rzeczy, które w rzeczywistości wcale nie były takie zabawne.
- Tak. Balso upszejmie odmówiłem zostania na podwieczolek. To było coś w stylu „panowie, było miło, naplawdę doceniam gościnność, ale chyba już czas, szebym się zbielał”. I poszedłem. - Uśmiechnąłem się krzywo, oczywiście „poszedłem” było bardzo eleganckim określeniem na coś, co w praktyce wyglądało raczej jak bardzo szybkie przedzieranie się przez bagno w kierunku pierwszego miejsca, które wyglądało choć trochę mniej śmiertelnie.
Nie potrzebowaliśmy planu na tę podróż poślubną, tak jak nie mieliśmy planu na to życie, zasługiwaliśmy po prostu, żeby w końcu po prostu stąd wyjechać - skoro przeżyłem własną śmierć na jej rękach zaledwie tydzień po ślubie, to znaczyło, że los, w który decydowała się wierzyć bardziej ode mnie, miał dla nas coś więcej niż tylko zwyczajną egzystencję - jeśli to nie był powód, by w końcu odpuścić i po prostu być razem, to nie wiedziałem, co nim jest. Byliśmy dwojgiem ludzi, którzy przeszli przez piekło, żeby móc w końcu przejść się po Londynie jak zwyczajna para, bez gier, bez kłamstw, bez konieczności udawania, że to tylko przelotny sentyment. Szła obok mnie, mrużąc te swoje bystre oczy, analizując moją bezplanowość, jakby to było równanie matematyczne, a nie sposób na przetrwanie trzydziestu lat życia w jednym kawałku - to był mój sposób na radzenie sobie z ciągłymi zmianami otoczenia i miejsca zamieszkania - nie zakładać niczego, brać życie takim, jakie jest, i wyrywać z niego tyle przyjemności, ile się da, zanim ktoś lub coś spróbuje cię uziemić. A ona? Ona była niszczycielem dobrej zabawy tylko w teorii, w praktyce była jedyną osobą, dla której potrafiłem zwolnić. Pamiętałem wyraźnie, że już wtedy, przed laty, miałem wrażenie, jakbym przy niej ustawiał się we właściwym kierunku - nie byłem spokojniejszy, nie grzeczniejszy, to nie było w moim stylu, stawałem się raczej bardziej skupiony, jakby ktoś w mojej głowie nagle przekręcał kompas o kilka stopni i wszystko zaczynało wskazywać właściwy azymut. Wiedziałem, gdzie iść, kiedy była obok.
Zaśmiałem się cicho, słysząc jej powątpiewanie, w moich oczach wciąż była tą dziewczyną, której chciałem wywinąć jakiś numer tylko po to, żeby skupiła na mnie całą swoją uwagę, mogłem ją nawet od czasu do czasu irytować, chociaż może już nie w żaden przesadny sposób, bo jej irytacja była żywa, prawdziwa i cholernie fascynująca. Pokręciłem głową z lekkim rozbawieniem i przez chwilę patrzyłem przed siebie na ulicę - ja jako człowiek, którego ktoś próbuje „utrzymać w ryzach” - przez większość życia nikt nawet nie próbował, a ci, którzy próbowali, bardzo szybko dochodzili do wniosku, że to strata czasu. Ten argument słyszałem w różnych wariantach przez większą część życia i zwykle nie miałem większej potrzeby go prostować, było w nim sporo prawdy, robiłem rzeczy, które przychodziły mi do głowy, pakowałem się w sytuacje, z których inni rozsądni ludzie dawno by się wycofali, a planowanie traktowałem raczej jak sugestię niż obowiązek.
- On uwasza, sze zaczynam się pszy tobie pilnowaś, co w jego opinii jest wydaszeniem niemal histolycznym. - Spojrzałem na nią z boku, krzywawo, ale w moim głosie dalej było to spokojne, prawie rozbawione brzmienie. - Powiedział coś w stylu „Benjy, zastanawiam się tylko, czy ty zdajesz sobie splawę, sze od pewnego czasu twoje decyzje pszestały dotyczyć wyłącznie ciebie”. - Na moment zatrzymałem wzrok na jej twarzy, jakbym oceniał, czy ta teoria ma w sobie choć trochę sensu. - Oczywiście powiedziałem mu, sze bledzi. - Stwierdziłem z czymś na kształt rozbawionej rezygnacji, bo znałem go wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że kiedy już coś sobie ubzdurał, trudno go było przekonać do zmiany wyroku. - Złamas. - Burknąłem to bez prawdziwej złości, raczej z tą znajomą irytacją, która pojawiała się tylko przy kimś, kogo znało się za dobrze. Cornelius wykazywał tę cholerną tendencję do patrzenia człowiekowi prosto w oczy i mówienia rzeczy, które były zbyt trafne, żeby je zignorować - miał w sobie tę irytującą zdolność trafiania prosto w sedno, i tę jeszcze bardziej irytującą umiejętność robienia tego z miną człowieka, który absolutnie nie ma żadnych ukrytych intencji, wcale nie bawiąc się skomplikowaną sytuacją bliskich mu ludzi. W tym wypadku miał także rację - byłem w niej ponownie zakochany po uszy w mniej niż miesiąc, a każda próba walki z tym uczuciem była jak próba gaszenia pożaru Londynu szklanką wody - to uczucie siedziało tam od lat, tylko potrzebowało odpowiedniego momentu, żeby wreszcie wyjść na powierzchnię.
Spojrzałem przed siebie, na Pokątną, która powoli wracała do życia po chaosie ostatnich tygodni.
- Więc tak. - Kącik ust uniósł mi się lekko. - Myślę, sze zasłuszyliśmy na tę podlósz poślubną. - Ścisnąłem lekko jej dłoń, nikt nie miał już nam w tym przeszkodzić, nawet my sami i nasze skłonności.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8556), Prudence Fenwick (6388)




Wiadomości w tym wątku
[17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue - przez Prudence Fenwick - 13.03.2026, 19:44
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 13.03.2026, 20:15
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 13.03.2026, 20:47
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 13.03.2026, 21:10
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 13.03.2026, 21:34
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 13.03.2026, 22:52
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 13.03.2026, 23:24
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 14.03.2026, 01:20
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 14.03.2026, 22:55
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 15.03.2026, 18:46
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 15.03.2026, 22:38
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Benjy Fenwick - 16.03.2026, 01:32
RE: [17.10.72] ordinary people | Benju & Prue - przez Prudence Fenwick - 16.03.2026, 08:43
RE: [17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue - przez Benjy Fenwick - 17.03.2026, 00:11
RE: [17.10.72] ordinary people | Benjy & Prue - przez Prudence Fenwick - 23.03.2026, 20:36

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa