18.03.2026, 13:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.03.2026, 14:06 przez Hannibal Selwyn.
Powód edycji: Literówka
)
Gdyby Hannibal miał tendencje do wątpienia w swoje umiejętności aktorskie i przekonywania, w jego piersi pewnie rozlałaby się ulga. Ponieważ jednak porażka nie była opcją nawet, gdyby mugole nie kupili historyjki o kochankach w ruinach (chociaż, bitch, please, czyje serce nie zmiękłoby wobec młodzieńczego zauroczenia?), czuł raczej satysfakcję. Pozwolił, by doprawiła uśmiech wdzięczności, którym obdarzył rozmówców. Pasowała do roli - w końcu perspektywa powrotu do rzekomej oczekującej dziewczyny była tuż-tuż.
- Dzięki, dzięki. Dwie godzinki, dobrze? - uwolnił ramiona dwójki turystów i zrobił jeden, niecierpliwy krok w stronę z której przyszedł. Na odchodnym polecił im jeszcze pierwszy lepszy bar serwujący lokalne alkohole, jaki wpadł mu w oko w miasteczku i ruszył z powrotem, uważnie jednak nasłuchując sygnałów ich odejścia.
Kiedy zniknęli wzajemnie ze swojego pola widzenia, przeczesał palcami włosy, nadając im pozory ładu i poprawił koszulę bez śladu wcześniejszej niezborności w ruchach. Nie kłopotał się dopięciem górnych guzików. Dopiero w takim, nieco bardziej ogarniętym stanie, wrócił do Peregrinusa i Heleny.
- Mamy jakieś dwie godziny, wystarczy? - zapytał, kucając obok pary czarodziejów przy murze. Wyjął z kieszeni różdżkę i wyczarowawszy niedbałym machnięciem małe, łagodne światełko o ciepłej barwie, przyglądał się z zainteresowaniem (choć bez szczególnego zrozumienia) runom. Nawet bez fachowej wiedzy widać było, że zostały uszkodzone.
- To się samo stało, czy ktoś celowo rozpieprzył? - pochylił się lekko w stronę Heleny, nie chcąc rozpraszać Trelawneya.
Ktoś… albo coś, przeszło mu przez głowę i odruchowo rozejrzał się dookoła w granatowej ciemności letniej nocy, ciemniejszej jeszcze w kontraście z jego magiczną latarką.
Kiedy wróżbita zaczął pieczętowanie, Hannibal skupił uwagę na nim. Fachowcy przy pracy zawsze byli fascynującym przedmiotem obserwacji. Selwyn kolekcjonował w pamięci gesty, sposób poruszania i postawę ciała znajomych zajmujących się różnymi profesjami.
Morpheus Longbottom sprawiał wrażenie, jakby nieustannie dźwigał całą wiedzę dostarczoną mu przez trzecie oko na własnych plecach. Gesty obscenicznie zgrabnych dłoni Anthony’ego Shafiqa, kiedy wróżył, były pełne namaszczenia, jakby celebrował rytuał religijny. Jonathan podglądał nici dyskretnie, czasami z lekkim uśmiechem błądzącym na ustach, jak ktoś mający dostęp do nieswojej tajemnicy.
Jaki był Peregrinus?
Głosy mugoli dawno ucichły w oddali i noc była wypełniona cykaniem świerszczy i pohukiwaniem jakichś ptaków.
Szumem lekkiego, chłodnego wietrzyka.
Cichym szelestem ubrań, kiedy któreś z nich zmieniało pozycję.
Nieregularnym, delikatnym odgłosem różdżki ocierającej się o kamień, kiedy Peregrinus nakładał nową pieczęć w miejsce tej zniszczonej…
Spokojem.
…zniszczonej przez kogoś, albo coś.
Napięciem.
Coś… żywego?
Hannibal obserwował pracującego czarodzieja, ale wsłuchiwał się w nieznajomy zestaw dźwięków, znacznie bardziej tajemniczy, niż w świetle dnia.
//Zawada: Miastowy. Hannibal nie czuje się szczególnie pewnie w nocy poza miastem.
- Dzięki, dzięki. Dwie godzinki, dobrze? - uwolnił ramiona dwójki turystów i zrobił jeden, niecierpliwy krok w stronę z której przyszedł. Na odchodnym polecił im jeszcze pierwszy lepszy bar serwujący lokalne alkohole, jaki wpadł mu w oko w miasteczku i ruszył z powrotem, uważnie jednak nasłuchując sygnałów ich odejścia.
Kiedy zniknęli wzajemnie ze swojego pola widzenia, przeczesał palcami włosy, nadając im pozory ładu i poprawił koszulę bez śladu wcześniejszej niezborności w ruchach. Nie kłopotał się dopięciem górnych guzików. Dopiero w takim, nieco bardziej ogarniętym stanie, wrócił do Peregrinusa i Heleny.
- Mamy jakieś dwie godziny, wystarczy? - zapytał, kucając obok pary czarodziejów przy murze. Wyjął z kieszeni różdżkę i wyczarowawszy niedbałym machnięciem małe, łagodne światełko o ciepłej barwie, przyglądał się z zainteresowaniem (choć bez szczególnego zrozumienia) runom. Nawet bez fachowej wiedzy widać było, że zostały uszkodzone.
- To się samo stało, czy ktoś celowo rozpieprzył? - pochylił się lekko w stronę Heleny, nie chcąc rozpraszać Trelawneya.
Ktoś… albo coś, przeszło mu przez głowę i odruchowo rozejrzał się dookoła w granatowej ciemności letniej nocy, ciemniejszej jeszcze w kontraście z jego magiczną latarką.
Kiedy wróżbita zaczął pieczętowanie, Hannibal skupił uwagę na nim. Fachowcy przy pracy zawsze byli fascynującym przedmiotem obserwacji. Selwyn kolekcjonował w pamięci gesty, sposób poruszania i postawę ciała znajomych zajmujących się różnymi profesjami.
Morpheus Longbottom sprawiał wrażenie, jakby nieustannie dźwigał całą wiedzę dostarczoną mu przez trzecie oko na własnych plecach. Gesty obscenicznie zgrabnych dłoni Anthony’ego Shafiqa, kiedy wróżył, były pełne namaszczenia, jakby celebrował rytuał religijny. Jonathan podglądał nici dyskretnie, czasami z lekkim uśmiechem błądzącym na ustach, jak ktoś mający dostęp do nieswojej tajemnicy.
Jaki był Peregrinus?
Głosy mugoli dawno ucichły w oddali i noc była wypełniona cykaniem świerszczy i pohukiwaniem jakichś ptaków.
Szumem lekkiego, chłodnego wietrzyka.
Cichym szelestem ubrań, kiedy któreś z nich zmieniało pozycję.
Nieregularnym, delikatnym odgłosem różdżki ocierającej się o kamień, kiedy Peregrinus nakładał nową pieczęć w miejsce tej zniszczonej…
Spokojem.
…zniszczonej przez kogoś, albo coś.
Napięciem.
Coś… żywego?
Hannibal obserwował pracującego czarodzieja, ale wsłuchiwał się w nieznajomy zestaw dźwięków, znacznie bardziej tajemniczy, niż w świetle dnia.
Percepcja - nasłuchuję sam nie wiem, czego
Rzut N 1d100 - 64
Sukces!
Sukces!
//Zawada: Miastowy. Hannibal nie czuje się szczególnie pewnie w nocy poza miastem.