18.03.2026, 21:48 ✶
Prosił o jeden pocałunek.
Więcej... cały dzień nie mógł przestać myśleć tylko o tej jednej chwili, o tej jednej jedynej chwili z jednym jedynym pocałunkiem. A gdy chwila w końcu przyszła, nadeszła, obmyła go złotem, dobrostanem, nadmiarem...
Stali po środku holu, o jedną warstwę materiału mniej. Chciał mu jeszcze przed momentem powiedzieć tyle rzeczy, poskarżyć się na czas rozłąki, na lęk, na ledwie przespaną noc, która była prawdziwą, najprawdziwszą katorgą. Na ledwie przeżuty kawałek chleba zapity czarną kawą o poranku, na gorycz, na strach, ale teraz, teraz to wszystko nie miało znaczenia wobec słodkiej skóry, na której w niektórych miejscach niestety rozkwitły kwiaty fizycznego bólu.
Czy miał on znaczenie wobec ukojenia bólu duszy? Wobec kolejnego i kolejnego pocałunku ofiarowanego mu przez łaskawy Los. Jonathan żył. Czekała go dzisiaj romantyczna kolacja. Gorąca kąpiel. Wcierka we włosach. Do granic możliwości wydłużony rytuał masażu pewnych wspaniałych silnych dłoni. I pocałunek... kolejny i kolejny.
Nie zauważył, gdy przez szlak obojczyka przemieścił się do drugiego ramienia. Jakże bolesny musiał być to uścisk, jakże musiał zadbać, by Jonathan szybko o nim zapomniał, na rzecz jedynego słusznego uścisku, który miał pamiętać.
– Nie wątpię kochany, nie wątpię, że posąg wygląda dużo gorzej. Zawieszasz poprzeczkę stanowczo zbyt wysoko, by ktokolwiek i cokolwiek wyglądało lepiej... – mruczał, docierając do drugiego obolałego miejsca, ręce składając uprzejmie na biodrach partnera, gdy szukając uziemienia w rozpierającej go woli życia, skoro światło jego istnienia otarło się o śmierć. Dbał o to by ukochać kolejną ranę, obłożyć płatkami uwagi i współczucia. Jak to się stało, że palce zapodziały się gdzieś na pasku, całkiem wprawnie radząc się z jego sprzączką? Stali na środku holu, niegdyś dosadnie białego, teraz upstrzonego kwiatami i barwnymi artefaktami zniesionymi tu przez niedawnych domowników.
Anthony naparł lekko na kochanka kierując jego ślepe kroki do szerokiego białego stołu. Bieżnik, świecznik, samotna ikebana. Niezbyt zaawansowany zestaw, nie będzie mu go żal za moment.
– Gdzieś jeszcze Cię boli? Gdzieś jeszcze pocałować? – dopytywał coraz bardziej łapczywie, trzymając się jeszcze mimo wszystko na wodzy, aczkolwiek "jeszcze" było kluczowym słowem w opisie tej sytuacji.
Więcej... cały dzień nie mógł przestać myśleć tylko o tej jednej chwili, o tej jednej jedynej chwili z jednym jedynym pocałunkiem. A gdy chwila w końcu przyszła, nadeszła, obmyła go złotem, dobrostanem, nadmiarem...
Stali po środku holu, o jedną warstwę materiału mniej. Chciał mu jeszcze przed momentem powiedzieć tyle rzeczy, poskarżyć się na czas rozłąki, na lęk, na ledwie przespaną noc, która była prawdziwą, najprawdziwszą katorgą. Na ledwie przeżuty kawałek chleba zapity czarną kawą o poranku, na gorycz, na strach, ale teraz, teraz to wszystko nie miało znaczenia wobec słodkiej skóry, na której w niektórych miejscach niestety rozkwitły kwiaty fizycznego bólu.
Czy miał on znaczenie wobec ukojenia bólu duszy? Wobec kolejnego i kolejnego pocałunku ofiarowanego mu przez łaskawy Los. Jonathan żył. Czekała go dzisiaj romantyczna kolacja. Gorąca kąpiel. Wcierka we włosach. Do granic możliwości wydłużony rytuał masażu pewnych wspaniałych silnych dłoni. I pocałunek... kolejny i kolejny.
Nie zauważył, gdy przez szlak obojczyka przemieścił się do drugiego ramienia. Jakże bolesny musiał być to uścisk, jakże musiał zadbać, by Jonathan szybko o nim zapomniał, na rzecz jedynego słusznego uścisku, który miał pamiętać.
– Nie wątpię kochany, nie wątpię, że posąg wygląda dużo gorzej. Zawieszasz poprzeczkę stanowczo zbyt wysoko, by ktokolwiek i cokolwiek wyglądało lepiej... – mruczał, docierając do drugiego obolałego miejsca, ręce składając uprzejmie na biodrach partnera, gdy szukając uziemienia w rozpierającej go woli życia, skoro światło jego istnienia otarło się o śmierć. Dbał o to by ukochać kolejną ranę, obłożyć płatkami uwagi i współczucia. Jak to się stało, że palce zapodziały się gdzieś na pasku, całkiem wprawnie radząc się z jego sprzączką? Stali na środku holu, niegdyś dosadnie białego, teraz upstrzonego kwiatami i barwnymi artefaktami zniesionymi tu przez niedawnych domowników.
Anthony naparł lekko na kochanka kierując jego ślepe kroki do szerokiego białego stołu. Bieżnik, świecznik, samotna ikebana. Niezbyt zaawansowany zestaw, nie będzie mu go żal za moment.
– Gdzieś jeszcze Cię boli? Gdzieś jeszcze pocałować? – dopytywał coraz bardziej łapczywie, trzymając się jeszcze mimo wszystko na wodzy, aczkolwiek "jeszcze" było kluczowym słowem w opisie tej sytuacji.