19.03.2026, 09:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.03.2026, 10:23 przez Robert Albert Crouch.)
Zjawiam się z Moną i zakupionym wieńcem (przewaga: Bogacz II)
Musiał przyznać, że zakupiony przez niego wieniec nie wyglądał szczególnie imponująco pośród wszystkich, które przynosili inni czarodzieje. Robert nie mógł być zły na dostarczycielkę wieńca. Kupił go u swojej sekretarki, Galindy, która i tak już miała mnóstwo roboty, a rękodzielnictwo stanowiło jedynie jej hobby. Niestety przez zamieszanie związane ze Spaloną Nocą i ilość papierów, którymi była zawalona, nie udało się jej stworzyć takiego, z którego sama byłaby zadowolona. Robert przyjął go oczywiście z wdzięcznością, zapłacił jej zgodnie z niepisaną umową i uznał, że bogini przymknie oko na nienajpiękniejszy wieniec człowieka, który starał się jednak wpływać pozytywnie na świat dookoła siebie.
Przyszedł tu z kuzynką i córką, a kiedy przyszła ich kolej, by podejść do ołtarza, pozwolił Enid położyć na nim wieniec i zmówił cichą modlitwę u Matki. Do kolacji rodzinnej Selwynów pozostało około półtorej godziny. Robert cieszył się, że ten dzień miał wolny i mógł poświęcić go na świętowanie i spędzenie czasu z rodziną. Zdążył już przecież odwiedzić Crouchów, jednak ulotnił się stamtąd dość szybko, wymawiając się coraz to kolejnymi zobowiązaniami. Rodzina od strony ojca wciąż krzywo na niego patrzyła, uważała go za radykała. Powoli stawał się w ich oczach czarną owcą, ale i to był w stanie przeżyć. Wciąż dziwiło go jednak, że przyzwoitość stanowiła tak rzadki surowiec w materii czarodziejskiego społeczeństwa.
Jego modlitwa obracała się wokół jego prywatnego życia. Nie chciał wtrącać bogów do spraw zawodowych. Modlił się głównie za Enid, żeby była bezpieczna. Żeby jego kariera w żaden sposób jej nie zagroziła. Żeby każdego dnia znajdowała powód do uśmiechu i żeby trudy współczesnego świata nie przysłoniły jej radości dzieciństwa. Wszystko, co robił, było w gruncie rzeczy właśnie dla niej. Chciał, żeby żyła w lepszym, równym świecie. Gdzie będzie mogła poślubić, kogo by tylko chciała – mugola lub czarodzieja jakiegokolwiek statusu krwi. Świecie, który będzie mogła poznawać w całości, nie tylko w wąsko zakrojonej części. Poza tym, modlił się też za Jonathana i Anthony'ego, dwóch dobrych gości w skorumpowanym świecie Ministerstwa, za swoich rodziców, za Monę i tego jej Prewetta (niech jej już będzie). Za swój dom, który stał wciąż pusty, zabezpieczony przed włamaniem, ale pokryty paskudną sadzą. A nawet dodał do swojej modlitwy Olivera Twista, życząc mu jeszcze więcej psiej radości niż obecnie.
Kiedy odeszli od ołtarza, stanęli oddaleni od głównego tłumu.
– Ludzie wspólnie świętują. To dosyć pocieszające, prawda? – uśmiechnął się do nich. – Wszyscy po Spalonej Nocy chyba potrzebują takiej chwili.
Enid pokiwała głową. Zauważył, że była trochę przybita przez to, że nie mogła wrócić do dawnego domu. Miała tam swój pokój, zabawki, książki... W szkole musiała za nimi tęsknić. Teraz zaś trafiła do dziadków, gdzie spała w starym pokoju Roberta. Nie odpowiadał on jej gustom, głównie przez zaskakującą i zatrważającą liczbę Quidditchowych gadżetów. Mężczyzna sam musiał przyznać, że dawniej miał lekko niezdrową obsesję na punkcie tego sportu. Teraz było to zaledwie zainteresowanie. Na nic innego nie miał czasu.
Rzut d100+40 - 19 +40 = 59
Musiał przyznać, że zakupiony przez niego wieniec nie wyglądał szczególnie imponująco pośród wszystkich, które przynosili inni czarodzieje. Robert nie mógł być zły na dostarczycielkę wieńca. Kupił go u swojej sekretarki, Galindy, która i tak już miała mnóstwo roboty, a rękodzielnictwo stanowiło jedynie jej hobby. Niestety przez zamieszanie związane ze Spaloną Nocą i ilość papierów, którymi była zawalona, nie udało się jej stworzyć takiego, z którego sama byłaby zadowolona. Robert przyjął go oczywiście z wdzięcznością, zapłacił jej zgodnie z niepisaną umową i uznał, że bogini przymknie oko na nienajpiękniejszy wieniec człowieka, który starał się jednak wpływać pozytywnie na świat dookoła siebie.
Przyszedł tu z kuzynką i córką, a kiedy przyszła ich kolej, by podejść do ołtarza, pozwolił Enid położyć na nim wieniec i zmówił cichą modlitwę u Matki. Do kolacji rodzinnej Selwynów pozostało około półtorej godziny. Robert cieszył się, że ten dzień miał wolny i mógł poświęcić go na świętowanie i spędzenie czasu z rodziną. Zdążył już przecież odwiedzić Crouchów, jednak ulotnił się stamtąd dość szybko, wymawiając się coraz to kolejnymi zobowiązaniami. Rodzina od strony ojca wciąż krzywo na niego patrzyła, uważała go za radykała. Powoli stawał się w ich oczach czarną owcą, ale i to był w stanie przeżyć. Wciąż dziwiło go jednak, że przyzwoitość stanowiła tak rzadki surowiec w materii czarodziejskiego społeczeństwa.
Jego modlitwa obracała się wokół jego prywatnego życia. Nie chciał wtrącać bogów do spraw zawodowych. Modlił się głównie za Enid, żeby była bezpieczna. Żeby jego kariera w żaden sposób jej nie zagroziła. Żeby każdego dnia znajdowała powód do uśmiechu i żeby trudy współczesnego świata nie przysłoniły jej radości dzieciństwa. Wszystko, co robił, było w gruncie rzeczy właśnie dla niej. Chciał, żeby żyła w lepszym, równym świecie. Gdzie będzie mogła poślubić, kogo by tylko chciała – mugola lub czarodzieja jakiegokolwiek statusu krwi. Świecie, który będzie mogła poznawać w całości, nie tylko w wąsko zakrojonej części. Poza tym, modlił się też za Jonathana i Anthony'ego, dwóch dobrych gości w skorumpowanym świecie Ministerstwa, za swoich rodziców, za Monę i tego jej Prewetta (niech jej już będzie). Za swój dom, który stał wciąż pusty, zabezpieczony przed włamaniem, ale pokryty paskudną sadzą. A nawet dodał do swojej modlitwy Olivera Twista, życząc mu jeszcze więcej psiej radości niż obecnie.
Kiedy odeszli od ołtarza, stanęli oddaleni od głównego tłumu.
– Ludzie wspólnie świętują. To dosyć pocieszające, prawda? – uśmiechnął się do nich. – Wszyscy po Spalonej Nocy chyba potrzebują takiej chwili.
Enid pokiwała głową. Zauważył, że była trochę przybita przez to, że nie mogła wrócić do dawnego domu. Miała tam swój pokój, zabawki, książki... W szkole musiała za nimi tęsknić. Teraz zaś trafiła do dziadków, gdzie spała w starym pokoju Roberta. Nie odpowiadał on jej gustom, głównie przez zaskakującą i zatrważającą liczbę Quidditchowych gadżetów. Mężczyzna sam musiał przyznać, że dawniej miał lekko niezdrową obsesję na punkcie tego sportu. Teraz było to zaledwie zainteresowanie. Na nic innego nie miał czasu.