22.03.2026, 00:01 ✶
– Little Hangleton... nie sąsiaduje z Knieją Godryka, gdzie rozdarto świat. Jest małym miasteczkiem w gruncie rzeczy, bardzo mało rodów tam stacjonuje, to raczej pojedyncze posiadłości, w przeciwieństwie do Doliny, która zdaje się... przyczółkiem wielu dobrych dusz i specjalnie znienawidzonym przez Voldemorta miejscem. To wydaje się dostatecznym powodem. Z resztą... prasa ogłosiła mnie jakiś czas temu Bohaterem Doliny, mam w sobie przekonanie, że ten tytuł zobowiązuje, gdy to miejsce jest w potrzebie – przyznał z łagodnym uśmiechem, próbując lawirować i ugłaskiwać swoje własne, prywatne motywacje, bardzo małostkowe biorąc pod uwagę długoletni konflikt z Godrykiem Longbottomem, ale też sympatie do innych mieszkańców miasteczka i chęć kupienia tam domu, która w sumie była bardzo szczera nim to piekło się rozpętało.
I było dobrze. I Anthony się cieszył, że robią razem krok w przód, że zawiązują, słowo po słowie, ten niełatwy sojusz, w czasach, gdy nie ma czasu na prywatne animozje.
A potem wszystko runęło...
Rozmawianie z Erikiem bywało trudne. Rozmawianie z Erikiem w okolicach pełni było bardzo trudne. Poziom trudności wzrastał zdecydowanie z powodu Spalonej nocy i przekleństwa, które kazało wypluwać straszliwe słowa z gardeł ludzi, którzy zdecydowanie byli przeciwnikami Voldemorta. Fakt, że jeszcze przed miesiącem mężczyźni dzielili inny rodzaj zażyłości czynił tę rozmowę prawie niewykonalną do przeprowadzenia.
Anthony zacisnął mocno szczękę, przełykając boleśnie znowu swoją urażoną dumę. Łatwo przychodziło mu wyobrażać sobie Erika, szczególnie w tak trudnym położeniu, jako zaszczutego, wygłodzonego szczeniaka, który w obronnym geście gryzie rękę, która przecież chce mu pomóc. Ale... Erik nie był szczeniakiem. Był dorosłym trzydziestoletnim mężczyzną, dziedzicem bardzo bogatego i wpływowego rodu, samostanowiącą o sobie jednostką.
Wyprostował się i zabrał dłonie, patrząc na Longbottoma spod półprzymkniętych oczu, a powaga i zmęczenie przydawały mu lat, mimo wykwintnego stroju i przyjemnego w swojej aurze dnia.
– Bertie Bott, podczas ostatniego spotkania w połowie wypowiedzi bluzgał podobny sposób, wymuszoną magią przemową na temat supremacji czystej krwi i władzy Czarnego Pana. Nie jestem specjalistą, ale efekt wydaje się całkiem podobny – poinformował go chłodno, puszczając mimo uszu swobodę z jaką samodiagnozował się Erik, odrzucający wyciągniętą ofertę pomocy. Czy przyjąłby ją od kogokolwiek innego, a tylko Anthony'emu chciał udowodnić jak bardzo go nie potrzebuje w swoim życiu nawet jako przyjaciela? Oczywiście, Shafiq mógł przewidzieć, że tak to się skończy i stojąc tak i czekając aż kaszel przejdzie, żałował że tak się właśnie nie stało. Teraz jednak trudno było się wycofać, kiedy zrobił pierwszy krok.
I było dobrze. I Anthony się cieszył, że robią razem krok w przód, że zawiązują, słowo po słowie, ten niełatwy sojusz, w czasach, gdy nie ma czasu na prywatne animozje.
A potem wszystko runęło...
Rozmawianie z Erikiem bywało trudne. Rozmawianie z Erikiem w okolicach pełni było bardzo trudne. Poziom trudności wzrastał zdecydowanie z powodu Spalonej nocy i przekleństwa, które kazało wypluwać straszliwe słowa z gardeł ludzi, którzy zdecydowanie byli przeciwnikami Voldemorta. Fakt, że jeszcze przed miesiącem mężczyźni dzielili inny rodzaj zażyłości czynił tę rozmowę prawie niewykonalną do przeprowadzenia.
Anthony zacisnął mocno szczękę, przełykając boleśnie znowu swoją urażoną dumę. Łatwo przychodziło mu wyobrażać sobie Erika, szczególnie w tak trudnym położeniu, jako zaszczutego, wygłodzonego szczeniaka, który w obronnym geście gryzie rękę, która przecież chce mu pomóc. Ale... Erik nie był szczeniakiem. Był dorosłym trzydziestoletnim mężczyzną, dziedzicem bardzo bogatego i wpływowego rodu, samostanowiącą o sobie jednostką.
Wyprostował się i zabrał dłonie, patrząc na Longbottoma spod półprzymkniętych oczu, a powaga i zmęczenie przydawały mu lat, mimo wykwintnego stroju i przyjemnego w swojej aurze dnia.
– Bertie Bott, podczas ostatniego spotkania w połowie wypowiedzi bluzgał podobny sposób, wymuszoną magią przemową na temat supremacji czystej krwi i władzy Czarnego Pana. Nie jestem specjalistą, ale efekt wydaje się całkiem podobny – poinformował go chłodno, puszczając mimo uszu swobodę z jaką samodiagnozował się Erik, odrzucający wyciągniętą ofertę pomocy. Czy przyjąłby ją od kogokolwiek innego, a tylko Anthony'emu chciał udowodnić jak bardzo go nie potrzebuje w swoim życiu nawet jako przyjaciela? Oczywiście, Shafiq mógł przewidzieć, że tak to się skończy i stojąc tak i czekając aż kaszel przejdzie, żałował że tak się właśnie nie stało. Teraz jednak trudno było się wycofać, kiedy zrobił pierwszy krok.