• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia

[14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#9
22.03.2026, 22:46  ✶  
Nie lubiła tego nawet przed sobą przyznawać, ale miał trochę racji. Miłość nie była dla niej czymś łatwym, podobnie jak wszystkie te emocje z nią związane. Była czymś, czego nie dało się kontrolować i przewidzieć, a nie mogłaby sobie wyobrazić gorszego przeciwnika. Owszem, śmierć też umiała w ten sposób działać, ale do niej i jej oddechu na karku, jej zaklętego widoku w oczach trupów zwyczajnie przywykła. Nie bała się śmierci, bardziej przerażała ją perspektywa utraty bliskich dla niej osób niż tego, że jej mogłoby zabraknąć. Miłość była ogniem, chaosem, nieprzewidywalnością, a z czasem stawała się głównym powodem do życia, jeśli była dość mocna, siłą samą w sobie. Wszystko to brzmiało tak wyniośle, na coś tak wielkiego i ważnego, nawet jeśli rozbrzmiewało tylko w jej głowie, niczym ciche echo. Nie było tak, że ona ukrywała się specjalnie z wyciszaniem emocji, chociaż zwykle uzasadniała to kontrolą i stabilnością przy magii, którą się posługiwała, ale też nie wspominała o tym głośno. Bo po co? Gdy coś zaczynało mieć na nią wpływ, wymykać się jej z rąk, a ona nie mogła sobie na to pozwolić, to co niby miała zrobić? Zdawała sobie sprawę z konsekwencji, teraz mocno je odczuwała, gdy próbowała odzwyczaić się od swojej małej używki. Zmienić codzienność. Pojawiał się bunt, pojawiało się zmęczenie, pojawiał się brak akceptacji i pojawiało się ciepło, irytujące uściski żołądka. Pojawiała się też obawa przed tym, co było nieuniknione.
- Śmierć nie jest czymś strasznym. - odparła cicho, bardziej do siebie niż do niego, brutalnie świadoma swojego dziwactwa pod tym względem. Dla niej była codziennością, nie było czego się bać, bo i tak się przed tym nie ucieknie, chyba że było się Nicholasem Flamelem i miało się pewien kamień. Skrzyżowała ręce na piersiach, doskonale zdając sobie sprawę z tego, czego niej oczekiwał, a jednak nie mogło jej to przejść przez usta, zwłaszcza gdy wspomniał o byciu mordercą. Oczywiście wiedziała o tym, że zabierał życie, podobnie, jak pozostali kryjący się pod maskami, ale zawsze to oddzielała, co było głupie i nielogiczne, bo byli przecież całością, zarówno Louvain Lestrange, jak i Śmierciożerca w srebrnej masce.

Zaskoczył ją. W jego dzisiejszej kreacji zupełnie nie spodziewała się przyznania do tego, że był słaby, że kochał tak mocno. Nie wątpiła w to, że był do tego zdolny, bo odkąd poznała go bliżej, widziała, jak wiele emocji sobą reprezentował i jak intensywne one umiały być, ale nie myślała, że nawet przed sobą uzna własną słabość. Czy to nie świadczyło o tym, że uznawał miłość za coś szkodliwego, oczekując jednocześnie, że ona przyzna się przed sobą do uczuć? Przed nim? Wargi jej drgnęły, jej niebieskie tęczówki przesuwały się po twarzy mężczyzny, głównie jednak skupiając uwagę na jego onyksowych tęczówkach, które w półświetle ogrodów wyglądały jeszcze ciemniej, niż zwykle. Nie przypuszczała, że mówił o własnej siostrze, chociaż pewnie byłaby w stanie część z jego uczuć zrozumieć, bo sama miała brata bliźniaka. I podobnie, jak Lou Lorettę, ona również musiała chronić Castiela. Przed oczami świata w związku z tym, że wolał mężczyzn, przed kłopotami, przed jego entuzjazmem dotyczącym wilkołaków, najczęściej przed nim samym. On był synem, ona była córką, on musiał być nieskazitelny, ona była towarem dodatkowym — tak działała ich rzeczywistość, przynajmniej do czasu aż jej brat wyjechał ze swoim ukochanym, realizując się w bardziej tolerancyjnych, bezpieczniejszych miejscach na świecie. Może to i lepiej, bo pewnie pękłoby mu serce, gdyby zobaczył, co się z nią stało. Łatwiej jej było oddychać, gdy jego tu nie było. Rodzeństwo było relacją intensywną, ale bliźnięta? To była tak intymna nić, tak ciasno splątana, że osoby, które tej drugiej części siebie nie miały, nie mogłyby tego zrozumieć. Bo gdyby się nad tym zastanowiła, to wszystkie takie pary były niczym ying i yang, kontrastowały ze sobą. Dziwne więc, że Cynthia zupełnie nie pomyślała o tym, że Louvain mógł mieć na myśli swoją siostrę.
- Nie byłeś i nie jesteś słaby. - zaczęła równie cicho, co on, głosem wyjątkowo pewnym, pozbawionym drżenia. Można przypisać mu wiele epitetów, wiele wad, ale słabość nie była jedną z nich, nie licząc tych do używek, typowo ludzkich. Nigdy o nim tak nie pomyślała — owszem bywał kretynem, bywał impulsywny, niebezpieczny, tracił kontrolę, ale zawsze wierzył w to, co robił i to sprawiło, że odbieranie go za kogoś słabego, lekceważenie, byłoby błędem. Zmienił się w ciągu ostatnich miesięcy jeszcze bardziej, zapewne przez wojnę i jego udział w rewolucji, w tej drodze do spełnienia marzenia i zrealizowania wizji, którą miał. Do zmiany świata. Panujący dookoła chaos zmieniał wszystkich bez wyjątku. Czy gdyby dostał, czego chciał, to w pewien sposób i ona nie zostałaby jego słabością, jego problemem? A może po prostu chciał to usłyszeć, a cała reszta nie miała już żadnego znaczenia, poza tym małym zwycięstwem? - Słabi ludzie nawet nie mają odwagi marzyć o zmianie świata, a co dopiero to realizować.
Wierzyła w to, że pierwszą wytyczną siły i odwagi było to, jak daleko sięgały Twoje marzenia i co wkładało się w ich realizację. Nie było to coś, o czym mówiła komukolwiek głośno, raczej myśl trzymana dla niej samej.

Wychodził tutaj jej brak doświadczenia w zawiłościach relacji damsko-męskich, intymnych. Miała szacunek do siebie oraz do innych kobiet, dlatego nie angażowała się w przelotne romanse i nie pozwalała, aby o niej plotkowano. Jej reputacja zawsze była dobra, czysta. Nie snuto podejrzeń o tym, że mogłaby mieć kochanków. Opinia i plotki o Louvaine były zupełnie inne, a dużej części nich pewnie kryła się prawda. Nigdy nie miała o to pretensji, nigdy nie komentowała i nie angażowała się w jego stosunki z innymi, bo uważała, że to nie była jej sprawa. Nie powinno jej to obchodzić, nie byli przecież na wyłączność, właściwie w ogóle nie tworzyli żadnego związku, który w jakikolwiek sposób byłby zobowiązujący. Zrozumiała pułapkę niemal w tej samej chwili, w której pozwoliła, by temat kokotek w ogóle zaistniał w ich rozmowie. Dostrzegła to w ledwie zauważalnym rozluźnieniu jego ramion, w tej specyficznej satysfakcji, która na moment wygładziła jego rysy. Faktycznie, poczuła ukłucie irytacji – ten specyficzny rodzaj nagłego skoku ciśnienia, który Louvain potrafił wywołać jednym celnym słowem – ale nie zamierzała tego ciągnąć, bo było to dokładnie tym, czego chciał. Nie chciała temu bardziej ulegać. Nigdy nie aspirowała do bycia jedną z wielu, a myśl o stawianiu jakiejkolwiek innej kobiety w upokarzającej czy niekomfortowej sytuacji, nawet w ramach tej ich dziwnej, słownej szermierki, budziła w niej instynktowny opór. To nie był jej poziom, nie była to też broń, po którą chciała sięgać. Pozwoliła więc temu umrzeć śmiercią naturalną, nie dając mu satysfakcji z dalszego błądzenia w rejonach, które uważała za zwyczajnie tanie. Nie wiedziała o nim wszystkiego – mogła jedynie przypuszczać, domyślać się na podstawie tego, jak sprawnie lawirował między kolejnymi związkami, rzadko dając się komukolwiek schwytać na dłużej. Pamiętała, że miał narzeczoną, ale nigdy nie widywano ich razem; On wydawał się mistrzem w budowaniu dystansu, który teraz, w jej oczach, wyglądał po prostu na formę obrony przed czymś, co mogłoby trafić zbyt celnie w jego ego. Bo to właśnie tam, pod warstwą arogancji, musiało kryć się przekonanie, że to kobiety są źródłem największego chaosu i bólu, przed którym on tak desperacko starał się uciec w cynizm. A może po prostu czuł się lepszy, bo był mężczyzną i w takim przekonaniu ich przecież wychowywano. Z drugiej strony, jeśli ktoś tutaj był królem lub królową dystansu, to była przecież Cynthia, czemu nie było sensu zaprzeczać. Nie nad wszystkim widocznie można było mieć kontrolę, bo gdyby tak było, nie zareagowałaby tak, jak tego oczekiwał.

Czuła jednak, że pod jego spokojem kryje się coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż złośliwość. Jego spojrzenie nie raniło jak stal i to nie było jego celem, przynajmniej nie teraz. To spojrzenie, które jej posyłał, było raczej jak palce przesuwające się po szczelinach jej pancerza, sprawdzające, co jeszcze pulsuje pod spodem. Wiedziała, że Louvain patrzy na nią teraz jak alchemik na metal, który zamierza poddać próbie ognia. On nie chciał jej złamać – złamanie było dla niego zbyt banalne. Chciał wydobyć z niej tę wersję, którą widział tamtej nocy, gdy w jej oczach odbijały się płomienie, a ona podjęła decyzję bez drżenia dłoni. Chciał, by odrzuciła wszelkie granice, bo sam już dawno przestał w nie wierzyć lub raczej je respektować, bo gdyby nadal to robił, cała jego walka pozbawiona była sensu. Postawił wszystko na jedną ścieżkę, niezależnie od tego, jakie przeszkody będą na niej czekały i jakich ludzi, które relacje będzie musiał poświęcić. To był kolejny dowód na to, że był silnym człowiekiem, upartym i ambitnym. Dla Cynthii granice nie były słabością, przeciwnie, były jedynym, co pozwalało jej nie utonąć w mroku, który uprawiała. Jedynym, co pozwalało jej spoglądać jeszcze w lustro, bo nie była przecież tak silna i zdeterminowana, jak Louvain. Jaki sens miały świat, do którego dążył bez ludzi, z którymi mógłby tę codzienność, o którą walczył, dzielić? Nie wątpiła w to, że byłby gotowy poświęcić wszystko dla osiągnięcia celu, który sobie postawił. Dlatego właśnie potrzebował, chciał tej wersji Cynthii, która się nie wahała, która też byłaby gotowa poświęcić wszystko dla niego. Bardziej niż uczuć, on potrzebował chyba towarzyszki. Kogoś lojalnego, chociaż jeszcze chwilę temu wątpił w jej lojalność.

Z zamyślenia wyrwały ją jego słowa. Było to uderzeniem, na które nie mogła się przygotować żadnym wyciszeniem emocji. Imiona, które rzucił z taką lekkością, sprawiły, że świat wokół nich na moment stracił barwy. Czuła, jak jej ciało się spięło, jak dłonie zacisnęły się mimowolnie w pięści. Tori, Atreus, Brenna.. Ale nie tylko oni, byli przecież ci, którzy nosili maski, równie dla niej ważni, co tamta trójka. I każde ich wyjście, każda akcja, każde zamieszanie i chaos spowodowane tą wojną sprawiało, że bała się sięgnąć pod gazetę lub odczytać sowę, aby nie dowiedzieć się o tym, że któreś z nich zginęło. Nie wierzyła w bogów, ale modliła się o to, aby nie nastał wieczór, w który będą musieli stanąć naprzeciwko siebie i wyciągnąć różdżki. Walczyli po dwóch stronach barykady, a ona tkwiła na środku, mając świadomość, że jedni mogą odebrać przyszłość drugim. Zrozumiała, że drwina ostatecznie ustąpiła miejsca czemuś znacznie gorszemu – szczerości. To nie był już Louvain, który bawił się jej irytacją, sprowadzając rozmowę na poziom kochanek i chęci wbicia szpilki, to był mężczyzna, który właśnie otwierał przed nią drzwi do swojej wizji świata, gdzie nie było miejsca na sentymenty, a jedynie na brutalne fakty dokonane. Patrzył na nią tak, jakby chciał sprawdzić, czy pod jej opanowaniem kryje się wystarczająco dużo mroku, by przetrwać to, co nadchodziło. Victoria była dla niej jak siostra, była jej bratnią duszą. Podniosła na niego spojrzenie. Prosto na jego onyksowe tęczówki, szukając w nich potwierdzenia, że on również rozumie potworność własnej wizji. Jest świadomy tego, przed czym będzie musiał stanąć, bo przecież Atreus był też jego przyjacielem.
- Twoja kuzynka jest dla mnie jak siostra. Jest moją najlepszą przyjaciółką. Martwię się o nią, martwię się o Brennę… i o Atreusa, który przecież też jest Twoim przyjacielem. - zaczęła w końcu tonem, który wcale nie brzmiał oskarżycielsko, pozbawiony był pretensji, że prouszył ten temat i tak postawił sprawę. Nie zamierzała go prosić o zmianę planów, o próbę działania tak, aby miał pewność, że nic im się nie stanie, bo to było niemożliwe.
- Jeśli kiedyś nadejdzie moment, w którym będziesz miał ich krew na rękach, nie spojrzę na Ciebie z nienawiścią, nie spojrzę też na Ciebie z obrzydzeniem. Nienawiść wymagałaby wiary w to, że mogło być inaczej, a ja już dawno przestałam wierzyć w bezpieczne rozwiązania, a poza tym, wymagałaby też siły. Jej mogę wówczas nie mieć. - przerwała na chwilę, czując nieprzyjemny uścisk w żołądku. Jej głos brzmiał jednak spokojnie, stabilnie, chociaż sama ta wizja wywoływała w niej wewnętrzne drżenie. Zwilżyła wargi, czując, jak pierzchną pod podmuchami powietrza. - Może spojrzę na Ciebie tak, jak patrzy się na pustkę, która zostaje po kimś, kogo się znało? A może jeszcze inaczej. Nie wiem. Nikt nie jest pewien, dopóki te wydarzenia nie nadejdą. Wiem, że świat o który walczysz i wizja w którą wierzysz, jest dla Ciebie wszystkim. Priorytetem, wartym poświęcenia wszystkiego do jej realizacji, nawet jeśli na samym końcu drogi miałbyś zostać w tym sam.
Zamilkła na chwilę, zdając sobie sprawę, że pewnie, gdyby musiał, poświęciłby również i ją, być może nawet Lorettę czy swoją najbliższą rodzinę, bo Lou nie był kimś, kto się wahał, jeśli czegoś chciał. Chwytał to rękoma, mocno zaciskając palce. Nie było tak, że nie rozumiała, czego od niej oczekiwał. Wiedziała, że musiał to wiedzieć w sytuacji, w której się znajdował. - To już nie jest kwestia wyboru lojalności.. -rzuciła pod nosem, bardziej do siebie, niż do niego, na chwilę przymykając oczy. Odchyliła głowę do tyłu, pozwalając sobie na zebranie myśli, które bez zaklęcia, bardzo trudno było jej okiełznać, plątały się ze sobą, tworząc ciągle nowe scenariusze. - Pytasz mnie o to, czy poświęciłabym prawie wszystko, co jest dla mnie ważne i w co wierzę dla Ciebie. Tak, żebyś zawsze był moim wyborem, żebym była obok, niezależnie od tego, co zrobisz i jak ciemne stanie się Twoje serce. Musisz to wiedzieć, wiem to. Potrzebujesz konkretów. Pytanie brzmi Louvain, czy Ty byłbyś zdolny zrobić to samo dla mnie?
Zapytała w końcu, prostując głowę, robiąc pół kroku w jego stronę, rozluźniając ręce tak, że swobodnie opadły jej wzdłuż ciała.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (6249), Louvain Lestrange (4867)




Wiadomości w tym wątku
[14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia - przez Cynthia Flint - 04.11.2025, 23:12
RE: [14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia - przez Louvain Lestrange - 05.11.2025, 05:45
RE: [14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia - przez Cynthia Flint - 05.11.2025, 21:59
RE: [14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia - przez Louvain Lestrange - 07.11.2025, 02:31
RE: [14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia - przez Cynthia Flint - 26.11.2025, 22:04
RE: [14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia - przez Louvain Lestrange - 11.01.2026, 02:50
RE: [14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia - przez Cynthia Flint - 20.01.2026, 00:02
RE: [14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia - przez Louvain Lestrange - 01.03.2026, 01:50
RE: [14.09.72 | Ogrody Maida Vale | Louvain x Cynthia - przez Cynthia Flint - 22.03.2026, 22:46

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa