23.03.2026, 14:22 ✶
8 październik 1972
Noc
Noc
Rodolphus siedział u siebie w domu, w salonie. Przeglądał Proroka Codziennego, niby od niechcenia przerzucając kolejne strony gazety. Jego wzrok uważnie śledził jakiekolwiek wzmianki na temat zniszczeń po Spalonej Nocy. Było ich, siłą rzeczy, coraz mniej. Ludzie powoli dźwigali się na nogi, a chaos zdawał się przygasać. Czyż to nie był idealny moment na to, by dolać do ledwo tlącego się ognia odrobinę oliwy? Dementorek podleciał do młodego Lestrange'a i przysiadł mu na ramieniu. Zamachał nóżkami, by usadowić się wygodniej, a potem zajrzał w głąb gazety, naciągając mocniej kaptur na głowę. Rodolphus zdążył się już przyzwyczaić do jego obecności - i gdy tylko mógł, to wypuszczał papierowego szkodnika, by sobie latał po pokoju swobodnie. Zegar tyknął cicho, wskazując godzinę 11 w nocy. O tej porze doby jego mechanizm był przyciszony, by nikogo nie budzić ze snu. Lestrange czekał na Nicholasa, któremu posłał krótką notkę z prośbą o spotkanie.
Mimowolnie jego wzrok uniósł się znad gazety i spoczął na obrazie, podarowanym przez Astorię. Pewnie znalazł się w piwnicy - dźwięczało mu w uszach. Uśmiechnął się nieznacznie, bo jakże Avery się myliła. Załamania farby odbijały nikłe światło świec, które miękkim blaskiem otulały pomieszczenie. Szelest dementorka, przeciągającego się na ramieniu, wyrwał go z rozmyślania o Astorii. Rodolphus nieco przekrzywił głowę, by zerknąć na swojego "towarzysza". Ten wydawał się o tej porze dnia mniej skory do psot. Odłożył więc gazetę, wcześniej starannie ją składając, a następnie podsunął figurce dłoń.
- Do spania - w jego głosie czaiła się jakaś miękkość, którą miał dla tego nie-stworzonka. Szczególnie w takich momentach zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby, gdyby tego typu figurki dzieci posiadały zamiast brudnych zwierząt, które tak kochały. Dementorek posłusznie zsunął się na podstawioną rękę, po czym wykonał gest, jakby ziewał. Lestrange ostrożnie wstał i odłożył go do jego czarnego zameczku, a następnie nałożył na przestrzeń klosz. Lepiej było, mimo wszystko, nie zostawiać go bez opieki.
Doszły go ciekawe informacje na targu. Cmentarz leżący nieopodal granicy miasteczka liczył wiele grobów, w tym tych bezimiennych. Jednak jedno imię było szczególnie osobliwe. John Winniczek - szlama, polski imigrant, nieżyjący od wielu, wielu lat. Jakim cudem jego nagrobek uchował się w takim miejscu, jak Little Hangleton? Czy miał rodzinę, skoro ktoś ewidentnie dbał o grób? Był czysty, zadbany, a na płycie często spoczywały świeże kwiaty. Czy gdzieś tu czaiła się szlamowata rodzina, chociaż nigdy nie słyszał o nikim z podobnym nazwiskiem?
Zerknął na zegar. Nicholas powinien zaraz się zjawić.