24.03.2026, 18:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2026, 18:24 przez Robert Albert Crouch.)
Słowa kobiety go zaskoczyły. Najpierw pomyślał, że to magibiolożka oburzona jego brakami w wiedzy na temat syren. Bo przecież na ludziach mórz nie znał się za dobrze. Przypuszczał, że są podobni do tych lądowych. Słyszał o wilach, o selkiech, o wampirach, ale raczej w kontekstach wprowadzonych dawniej legislacji, dawnych wyroków ustanawiających prawne precedensy.
Nic nie mogło przygotować go na pieśń.
Słodki głos kobiety poniósł się po najgłębszych zakamarkach jego umysłu. Zobaczył morze – niebezpieczne, szalone, tak bardzo obce. Jednak towarzyszyła temu obrazowi chęć, nie – potrzeba, wejścia, zanurzenia się w nim całkowicie. Utonięcia w przestworze, by stać się jednością z naturą. Nie potrafił tego powstrzymać, ale na razie nie robiło to z nim nic złego. Poczuł jednak coś przerażającego: brak kontroli nad własnymi myślami. Ta kobieta mogłaby z nim zrobić, co tylko chciała. Mogłaby nawet...
Nie. Istniało tylko morze. Bezbrzeżna toń, szum fal, chłodna woda. Piękno tak oszałamiające, że trudno było oddychać. A potem klify, wysokie i ostre, słony wiatr rozwiewający włosy. Samotność, ale taka z rodzaju tych kojących. Odpoczynek. Mógłby zostawić przecież to wszystko. Wyjechać gdzieś do Szkocji lub Irlandii. Porzucić karierę na rzecz spokojniejszego życia.
Nie zachwiał się na nogach. Stał po prostu jak wryty, zasłuchany w pieśń nieznajomej. Urzeczony, ale i lekko strwożony. Wydawało mu się, że jego rozum ulatywał gdzieś daleko, właśnie na klify. Był bezradny i bezbronny.
Nic nie mogło przygotować go na pieśń.
Słodki głos kobiety poniósł się po najgłębszych zakamarkach jego umysłu. Zobaczył morze – niebezpieczne, szalone, tak bardzo obce. Jednak towarzyszyła temu obrazowi chęć, nie – potrzeba, wejścia, zanurzenia się w nim całkowicie. Utonięcia w przestworze, by stać się jednością z naturą. Nie potrafił tego powstrzymać, ale na razie nie robiło to z nim nic złego. Poczuł jednak coś przerażającego: brak kontroli nad własnymi myślami. Ta kobieta mogłaby z nim zrobić, co tylko chciała. Mogłaby nawet...
Nie. Istniało tylko morze. Bezbrzeżna toń, szum fal, chłodna woda. Piękno tak oszałamiające, że trudno było oddychać. A potem klify, wysokie i ostre, słony wiatr rozwiewający włosy. Samotność, ale taka z rodzaju tych kojących. Odpoczynek. Mógłby zostawić przecież to wszystko. Wyjechać gdzieś do Szkocji lub Irlandii. Porzucić karierę na rzecz spokojniejszego życia.
Nie zachwiał się na nogach. Stał po prostu jak wryty, zasłuchany w pieśń nieznajomej. Urzeczony, ale i lekko strwożony. Wydawało mu się, że jego rozum ulatywał gdzieś daleko, właśnie na klify. Był bezradny i bezbronny.