25.03.2026, 21:26 ✶
Pewnie, że to nie była randka. Oboje byli zbyt poważni na takie rzeczy, prawda? Na randki chodziły dzieciaki w Hogwarcie, nie wdowcy z dwudziestoletnim stażem i wdowy w żałobie. No a nawet gdyby, nie chodziło się przecież na randki na mecze qudditcha. Takowe kojarzyły się tylko z popijawami w klubach w otoczeniu innych kibiców. Nie było w tym nic a nic romantycznego! Na pewno nie dla większości znanych mu kobiet, włączając w to jego świętej pamięci żonę. A randki powinny być przecież romantyczne! Nie, żeby Moody cokolwiek wiedział o romantyzmie. Zbyt długo był sam, żeby pielęgnować w sercu podobne sentymenty. Może dlatego to wszystko z Lorien wydawało mu się takie... Nowe. A jednocześnie tak naturalne. Nie był dzieciakiem z Hogwartu, lecz dorosłym mężczyzną, a nawet jeżeli nie była to randka, mogli przecież miło spędzić czas razem.
To nie jest randka, powtórzył sobie, goląc się na gładko, a potem prasując koszulę jak jakiś paniczyk. Pewnym było jednak, że jeszcze nigdy nie ubrał na mecz tak porządnej koszuli. Prezentował się równie elegancko, co pozostający pod krawatami trenerzy reprezentacji. Większość z nich wywodziła się z grona emerytowanych graczy, którzy zrzucili tradycyjne szaty klubowe na rzecz garniaków, ledwie zdołali zakończyć swe niezbyt żywotne kariery sportowe. Może dlatego Aaron z pewnym powątpiewaniem patrzył zawsze na Mills, gdy ta latała za zniczem, zbierając pochwały, że mogłaby się zająć sportem zawodowo. Wystarczyła przecież jedna niefortunna kontuzja, żeby pożegnać się z profesjonalną karierą. Qudditch nie był zbyt rozsądnym wyborem jeżeli o te kwestie chodziło. Nadawał człowiekowi datę przydatności, po której należało w pełni przedefiniować życie. Tak jak gdyby nie robiła tego samego praca aurora, można byłoby się kłócić. Ale Aaron jakoś nie wyobrażał sobie kręcenia beczek na miotle do późnej starości. A łapanie czarnoksiężników? Ach, to akurat zamierzał robić aż do usranej śmierci.
Wyminął jednego ze ścigających Puddlemerczyków, robiącego sobie zdjęcia z dzieciakami, które obskoczyły go, naśladując charakterystyczną dla gracza cieszynkę. Aaron wiedział, że sportowiec leczy teraz kontuzję (a według przeglądu sportowego, leczył ją na wakacjach w rodzimej Portugalii, w ramionach jakiejś cycatej celebrytki), więc dzisiaj nie zagra. Normalnie pewnie dołączyłby do jednej z kolejek ustawiających się w kierunku bramek prowadzących na trybuny, wmieszawszy się w tłum. Może wcześniej jeszcze kupiłby sobie piwo. Dzisiaj nie mógł sobie na to pozwolić, ale też jego spojrzenie nie zatrzymywało się na niczym na dłużej, dopóki nie odszukał w tłumie sylwetki Lorien. Czekała w umówionym miejscu. Aaron poczuł niezrozumiałą irytację, że nie stawił się wcześniej, choć poświęcił ten czas na szukanie dla niej dodatkowej pary omnikularów.
Nie, to nie była randka.
Musnął ustami dłoń Lorien na przywitanie, mamrocząc pod nosem przeprosiny, że kazał na siebie czekać. Przytrzymał ją przez chwilę, wypuszczając drobny przegub kobiety jak gdyby z pewnym ociąganiem. Nie było w tym nic przesadnie nachalnego, a jednak wyczuwalny był moment, w którym coś w spojrzeniu Aarona się zmieniło. Zaskoczenie, gdy puls, który wyczuł pod palcami, zgrał się z jego własnym. Lekkie zmieszanie, gdy przyłapał się na tym, że podziwia ją w sukience. Zrobiła coś z włosami, zauważył. Ułożyła je inaczej niż zwykle. Upięła, odsłaniając szyję. Widok jej zagięcia wydał mu się dziwnie intymnym, nawet jeżeli ramiona wciąż okryte miała peleryną, nie nagie. Zmusił się do pomyślenia, że było to bardzo praktycznym, bo wrześniowe wieczory bywały chłodnymi. Wiedział jednak, jakich myśli nie dopuścił do głosu, prześlizgując się spojrzeniem po linii jej obojczyków. Miał przyzwoitość, żeby spuścić na chwilę wzrok, zanim spojrzał jej na powrót w oczy.
Przedziwny miały odcień.
– Mam taką tradycję jeszcze z hogwarckich lat, że obstawiam, który z przeciwnej drużyny pierwszy oberwie – rzucił, widząc, że spojrzenie Lorien zahaczyło o stoisko bukmacherskie. Choć gdyby zastanowił się nad tym dłużej, sam właściwie nie wiedział, co sprowokowało go do nagłego podzielenia się tym z nią. Szczerość może i była dla Aarona czymś naturalnym, ale otwartość już nie. Wzruszył lekko ramionami. – Taki tam, głupi przesąd – dodał pokpiewającym tonem. Nie mógł przecież powiedzieć Lorien, że w trakcie swojego pierwszego meczu rozkwasił takiemu jednemu ślizgonowi nos pałką. Musiał potem słuchać jak kapitan wrzeszczy na niego, żeby zaciągnął się w szeregi brygady, jak ma ochotę pałować ludzi. Na końcu poklepał go jednak mimo wszystko po plecach, bo wygrali. Od tamtego czasu zawsze zwracał się do Aarona per "policjant". Śmieszny gość. Pochodził z mugolskiej rodziny więc wiedział o ich świecie więcej niż inni. Ożenił się z mugolką. Śmierciożercy ubili im rok temu syna. Odsunął jednak te myśli na bok. – Dochody z meczu idą podobno na cele charytatywne, więc żywię nadzieję, że nie uzna mnie pani przez to za hazardzistę. – Wyciągnął w jej stronę ramię, oczekując wyboru. – Możemy podejść, czy wolałabyś... Czy wolałaby pani udać się już do loży?
!Strach przed imieniem
To nie jest randka, powtórzył sobie, goląc się na gładko, a potem prasując koszulę jak jakiś paniczyk. Pewnym było jednak, że jeszcze nigdy nie ubrał na mecz tak porządnej koszuli. Prezentował się równie elegancko, co pozostający pod krawatami trenerzy reprezentacji. Większość z nich wywodziła się z grona emerytowanych graczy, którzy zrzucili tradycyjne szaty klubowe na rzecz garniaków, ledwie zdołali zakończyć swe niezbyt żywotne kariery sportowe. Może dlatego Aaron z pewnym powątpiewaniem patrzył zawsze na Mills, gdy ta latała za zniczem, zbierając pochwały, że mogłaby się zająć sportem zawodowo. Wystarczyła przecież jedna niefortunna kontuzja, żeby pożegnać się z profesjonalną karierą. Qudditch nie był zbyt rozsądnym wyborem jeżeli o te kwestie chodziło. Nadawał człowiekowi datę przydatności, po której należało w pełni przedefiniować życie. Tak jak gdyby nie robiła tego samego praca aurora, można byłoby się kłócić. Ale Aaron jakoś nie wyobrażał sobie kręcenia beczek na miotle do późnej starości. A łapanie czarnoksiężników? Ach, to akurat zamierzał robić aż do usranej śmierci.
Wyminął jednego ze ścigających Puddlemerczyków, robiącego sobie zdjęcia z dzieciakami, które obskoczyły go, naśladując charakterystyczną dla gracza cieszynkę. Aaron wiedział, że sportowiec leczy teraz kontuzję (a według przeglądu sportowego, leczył ją na wakacjach w rodzimej Portugalii, w ramionach jakiejś cycatej celebrytki), więc dzisiaj nie zagra. Normalnie pewnie dołączyłby do jednej z kolejek ustawiających się w kierunku bramek prowadzących na trybuny, wmieszawszy się w tłum. Może wcześniej jeszcze kupiłby sobie piwo. Dzisiaj nie mógł sobie na to pozwolić, ale też jego spojrzenie nie zatrzymywało się na niczym na dłużej, dopóki nie odszukał w tłumie sylwetki Lorien. Czekała w umówionym miejscu. Aaron poczuł niezrozumiałą irytację, że nie stawił się wcześniej, choć poświęcił ten czas na szukanie dla niej dodatkowej pary omnikularów.
Nie, to nie była randka.
Musnął ustami dłoń Lorien na przywitanie, mamrocząc pod nosem przeprosiny, że kazał na siebie czekać. Przytrzymał ją przez chwilę, wypuszczając drobny przegub kobiety jak gdyby z pewnym ociąganiem. Nie było w tym nic przesadnie nachalnego, a jednak wyczuwalny był moment, w którym coś w spojrzeniu Aarona się zmieniło. Zaskoczenie, gdy puls, który wyczuł pod palcami, zgrał się z jego własnym. Lekkie zmieszanie, gdy przyłapał się na tym, że podziwia ją w sukience. Zrobiła coś z włosami, zauważył. Ułożyła je inaczej niż zwykle. Upięła, odsłaniając szyję. Widok jej zagięcia wydał mu się dziwnie intymnym, nawet jeżeli ramiona wciąż okryte miała peleryną, nie nagie. Zmusił się do pomyślenia, że było to bardzo praktycznym, bo wrześniowe wieczory bywały chłodnymi. Wiedział jednak, jakich myśli nie dopuścił do głosu, prześlizgując się spojrzeniem po linii jej obojczyków. Miał przyzwoitość, żeby spuścić na chwilę wzrok, zanim spojrzał jej na powrót w oczy.
Przedziwny miały odcień.
– Mam taką tradycję jeszcze z hogwarckich lat, że obstawiam, który z przeciwnej drużyny pierwszy oberwie – rzucił, widząc, że spojrzenie Lorien zahaczyło o stoisko bukmacherskie. Choć gdyby zastanowił się nad tym dłużej, sam właściwie nie wiedział, co sprowokowało go do nagłego podzielenia się tym z nią. Szczerość może i była dla Aarona czymś naturalnym, ale otwartość już nie. Wzruszył lekko ramionami. – Taki tam, głupi przesąd – dodał pokpiewającym tonem. Nie mógł przecież powiedzieć Lorien, że w trakcie swojego pierwszego meczu rozkwasił takiemu jednemu ślizgonowi nos pałką. Musiał potem słuchać jak kapitan wrzeszczy na niego, żeby zaciągnął się w szeregi brygady, jak ma ochotę pałować ludzi. Na końcu poklepał go jednak mimo wszystko po plecach, bo wygrali. Od tamtego czasu zawsze zwracał się do Aarona per "policjant". Śmieszny gość. Pochodził z mugolskiej rodziny więc wiedział o ich świecie więcej niż inni. Ożenił się z mugolką. Śmierciożercy ubili im rok temu syna. Odsunął jednak te myśli na bok. – Dochody z meczu idą podobno na cele charytatywne, więc żywię nadzieję, że nie uzna mnie pani przez to za hazardzistę. – Wyciągnął w jej stronę ramię, oczekując wyboru. – Możemy podejść, czy wolałabyś... Czy wolałaby pani udać się już do loży?
!Strach przed imieniem
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.