25.03.2026, 23:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2026, 09:50 przez Helloise Rowle.)
Kto wierzył, że nie jest zależny od przyrody, ten mylił się. To w naturze czarodzieje poszukiwali składników wszelkich swoich eliksirów i leków. Patrzyli w niebo, aby szukać swoich ścieżek życia wśród wyroków gwiazd. Odczuwali skutki susz, upałów i powodzi. Zapadali i umierali na choroby, których uzdrowiciele nie umieli zwyciężyć. Wszyscy byli Naturze ulegli.
Kto wierzył, że nie jest zależy od rządu, ten również mylił się. Rządowe zakazy i groźba sankcji nie powstrzymały jednak bynajmniej Helloise od zbliżenia się do Kniei, od zaglądania między drzewa i ujrzenia widm. Poszła tam mimo zasadom.
Być w pionie utrzymywanym jedynie przez sztywny gorset zasad zakrawało w jej oczach na słabość. Być może ci, którzy nie umieli poruszać się bez narzucenia im z góry przykazów, zwyczajnie zasługiwali na spotykające ich niewolnictwo, skoro nie wykształcili w sobie na tyle dojrzałego ducha, aby samemu tyczyć własne ścieżki.
Helloise zawsze dumna była z tego, że myśli sama za siebie, nawet jeśli czasem oznaczało to, że pobłądzi. Dumna była również ze swojego czystokrwistego dziedzictwa, które nie było budowane na fundamencie sprytnego rozdawania między sobą ministerialnych synekur i innych posadek. Jej przodek nie nawiązał legendarnej więzi ze smokami, wysławszy w tej sprawie zza biurka wniosek opatrzony odpowiednimi pieczątkami. Jej pradziadowie nie złączyli się z Knieją, bo podpisali na to umowy. Jej korzenie z każdej strony były blisko przyrody — blisko zwierząt, roślin i samej ziemi. Osiągnięć jej rodów nie można było rozwijać i pielęgnować, przesiadując wyłącznie na salonach. One wymagały, aby się ubrudzić. Helloise nie urodziła się czystokrwista, aby pławić się w luksusie i kultywować tradycję pielęgnowania białych rączek. Była wierna temu, na czym jej rody budowały swoją pozycję — na pracy blisko Natury.
— Nie chcę widm dla siebie — odpowiedziała bez cienia zaczepnej przekory. Temat tego, co działo się w Kniei, nie wzbudzał w niej wesołości.
Nie potrzebowała reakcji Lorien. Większość rzeczy, którymi zachwycała się na co dzień, nie odpowiadała na jej czuły dotyk — poddawały się jej palcom biernie kielichy kwiatów, chropowate pnie drzew, ostre krawędzie skał — co nie znaczyło, że nie cieszyło jej smakowanie ich tekstur i kształtów. Jakże mogłaby odmówić i Lorien prawa do bycia bierną, gdy teraz jej posmakowała.
Helloise patrzyła na nagłą zmianę w Crouchównie łagodnie zaintrygowana, jakby wpadł w jej ręce nietypowy okaz. Żałowała jej, gdy słyszała tę rozpacz, gdy czuła palce ciągnące materiał jej bluzki, gdy widziała te oczy tuż przy sobie i chwytała oddechy drugiej kobiety towarzyszące jej desperacji. Żałowała każdego życia, które cierpiało. Zrozumiała z jej urywanych zdań tyle, aby wiedzieć, że cokolwiek zagnieździło się w Lorien, było złe. Jakaż to ironia, że pradawna siła natury pod postacią bestii zdołała wydać wyrok na sędzię obdzielającą wyrokami w imieniu społeczeństwa i uczyniła ją sobie uległą.
Chata na kurzej stopie zdawała się ściągać zło i wynaturzenie — Śmierciożerców, Zimnego, wampiry, widma. Tym razem zawitał w jej progi maledict. Co kazało wszystkim potworom ściągać w tym domu maski? Atmosfera izolacji, oddalenia od ludzi, chęć zwierzenia się komuś spoza układu, w którym funkcjonowali na co dzień. A może szukali kogoś, kto na nich spojrzy: nie będzie udawał, że nie dostrzega problemu, ani nie odwróci się ze wstrętem.
— A czy ty możesz od niego… żądać? — zapytała ciekawie Helloise, nim została zepchnięta. Nie protestowała.
Czarownica wstała i poprawiła wymięte suknie. Głębokie zamyślenie nie znikało z jej twarzy, gdy rozważała w ciszy to, co jej powiedziano. Nie miała gotowych odpowiedzi; oczywiście, że nie miała. Przeszła przez izbę, obracając się co chwila na tę istotę skuloną na podłodze jej pracowni. Myślała o niej z żalem, gdy tak sędzi drżały ręce i przemawiała zdezorientowana, i żal ten nie zniknął, gdy spod strachu Lorien wyrwała się wrogość. Helloise potrafiła działać niezależnie od swojego żalu czy litości, jeśli tylko nie widziała w nich żadnego pożytku dla istot. Nie widziała pożytku z ulitowania się i tutaj:
— Gdy będziesz szła przed oblicze bogów, pilnuj, żeby twoje prośby nie brzmiały tym tonem — zasugerowała z leniwą dobrotliwością. — Robię dary — zmarszczyła brwi — ale wydaje mi się, że ty… ty powinnaś tego Mabon zwrócić się do Bogini z czymś, co będzie wyłącznie twoje. Wzięcie na siebie odpowiedzialności stworzenia daru w intencji problemu tej natury… — Helloise zatrzymała się przy wiklinowym koszu w kącie pokoju i wyjęła z niego ptasią czaszkę; spojrzała uważnie w ptasi profil, w ziejący pustką oczodół. — Myślę, że ty sama najlepiej będziesz wiedzieć, jak powinna wyglądać twoja ofiara. — Czaszka z cichym gruchotem wpadła z powrotem do kosza.
Helloise nie zamierzała odpędzać Crouch. Jeśli Lorien chciała zostać, mogła to uczynić. Dom Helloise był otwarty dla bestii. Lubiła je obserwować.
— Jeśli chcesz ze mną mówić, wyjdźmy, żeby i las mógł słyszeć, o czym opowiadasz. Może wiatr zaniesie do niego wieść. Las poznał takie istoty. Były tutaj od dawna, z pewnością pamięta je. Trudno jednak ostatnio mówić z lasem.
Chata zadrżała i siadła nisko przy ziemi. Czarownica otworzyła drzwi na martwe, puste podwórze.
Kto wierzył, że nie jest zależy od rządu, ten również mylił się. Rządowe zakazy i groźba sankcji nie powstrzymały jednak bynajmniej Helloise od zbliżenia się do Kniei, od zaglądania między drzewa i ujrzenia widm. Poszła tam mimo zasadom.
Być w pionie utrzymywanym jedynie przez sztywny gorset zasad zakrawało w jej oczach na słabość. Być może ci, którzy nie umieli poruszać się bez narzucenia im z góry przykazów, zwyczajnie zasługiwali na spotykające ich niewolnictwo, skoro nie wykształcili w sobie na tyle dojrzałego ducha, aby samemu tyczyć własne ścieżki.
Helloise zawsze dumna była z tego, że myśli sama za siebie, nawet jeśli czasem oznaczało to, że pobłądzi. Dumna była również ze swojego czystokrwistego dziedzictwa, które nie było budowane na fundamencie sprytnego rozdawania między sobą ministerialnych synekur i innych posadek. Jej przodek nie nawiązał legendarnej więzi ze smokami, wysławszy w tej sprawie zza biurka wniosek opatrzony odpowiednimi pieczątkami. Jej pradziadowie nie złączyli się z Knieją, bo podpisali na to umowy. Jej korzenie z każdej strony były blisko przyrody — blisko zwierząt, roślin i samej ziemi. Osiągnięć jej rodów nie można było rozwijać i pielęgnować, przesiadując wyłącznie na salonach. One wymagały, aby się ubrudzić. Helloise nie urodziła się czystokrwista, aby pławić się w luksusie i kultywować tradycję pielęgnowania białych rączek. Była wierna temu, na czym jej rody budowały swoją pozycję — na pracy blisko Natury.
— Nie chcę widm dla siebie — odpowiedziała bez cienia zaczepnej przekory. Temat tego, co działo się w Kniei, nie wzbudzał w niej wesołości.
Nie potrzebowała reakcji Lorien. Większość rzeczy, którymi zachwycała się na co dzień, nie odpowiadała na jej czuły dotyk — poddawały się jej palcom biernie kielichy kwiatów, chropowate pnie drzew, ostre krawędzie skał — co nie znaczyło, że nie cieszyło jej smakowanie ich tekstur i kształtów. Jakże mogłaby odmówić i Lorien prawa do bycia bierną, gdy teraz jej posmakowała.
Helloise patrzyła na nagłą zmianę w Crouchównie łagodnie zaintrygowana, jakby wpadł w jej ręce nietypowy okaz. Żałowała jej, gdy słyszała tę rozpacz, gdy czuła palce ciągnące materiał jej bluzki, gdy widziała te oczy tuż przy sobie i chwytała oddechy drugiej kobiety towarzyszące jej desperacji. Żałowała każdego życia, które cierpiało. Zrozumiała z jej urywanych zdań tyle, aby wiedzieć, że cokolwiek zagnieździło się w Lorien, było złe. Jakaż to ironia, że pradawna siła natury pod postacią bestii zdołała wydać wyrok na sędzię obdzielającą wyrokami w imieniu społeczeństwa i uczyniła ją sobie uległą.
Chata na kurzej stopie zdawała się ściągać zło i wynaturzenie — Śmierciożerców, Zimnego, wampiry, widma. Tym razem zawitał w jej progi maledict. Co kazało wszystkim potworom ściągać w tym domu maski? Atmosfera izolacji, oddalenia od ludzi, chęć zwierzenia się komuś spoza układu, w którym funkcjonowali na co dzień. A może szukali kogoś, kto na nich spojrzy: nie będzie udawał, że nie dostrzega problemu, ani nie odwróci się ze wstrętem.
— A czy ty możesz od niego… żądać? — zapytała ciekawie Helloise, nim została zepchnięta. Nie protestowała.
Czarownica wstała i poprawiła wymięte suknie. Głębokie zamyślenie nie znikało z jej twarzy, gdy rozważała w ciszy to, co jej powiedziano. Nie miała gotowych odpowiedzi; oczywiście, że nie miała. Przeszła przez izbę, obracając się co chwila na tę istotę skuloną na podłodze jej pracowni. Myślała o niej z żalem, gdy tak sędzi drżały ręce i przemawiała zdezorientowana, i żal ten nie zniknął, gdy spod strachu Lorien wyrwała się wrogość. Helloise potrafiła działać niezależnie od swojego żalu czy litości, jeśli tylko nie widziała w nich żadnego pożytku dla istot. Nie widziała pożytku z ulitowania się i tutaj:
— Gdy będziesz szła przed oblicze bogów, pilnuj, żeby twoje prośby nie brzmiały tym tonem — zasugerowała z leniwą dobrotliwością. — Robię dary — zmarszczyła brwi — ale wydaje mi się, że ty… ty powinnaś tego Mabon zwrócić się do Bogini z czymś, co będzie wyłącznie twoje. Wzięcie na siebie odpowiedzialności stworzenia daru w intencji problemu tej natury… — Helloise zatrzymała się przy wiklinowym koszu w kącie pokoju i wyjęła z niego ptasią czaszkę; spojrzała uważnie w ptasi profil, w ziejący pustką oczodół. — Myślę, że ty sama najlepiej będziesz wiedzieć, jak powinna wyglądać twoja ofiara. — Czaszka z cichym gruchotem wpadła z powrotem do kosza.
Helloise nie zamierzała odpędzać Crouch. Jeśli Lorien chciała zostać, mogła to uczynić. Dom Helloise był otwarty dla bestii. Lubiła je obserwować.
— Jeśli chcesz ze mną mówić, wyjdźmy, żeby i las mógł słyszeć, o czym opowiadasz. Może wiatr zaniesie do niego wieść. Las poznał takie istoty. Były tutaj od dawna, z pewnością pamięta je. Trudno jednak ostatnio mówić z lasem.
Chata zadrżała i siadła nisko przy ziemi. Czarownica otworzyła drzwi na martwe, puste podwórze.
Koniec sesji
dotknij trawy