26.03.2026, 01:48 ✶
Nokturn nie zmienił się ani trochę, co samo w sobie było jakimś osobliwym luksusem - tam, gdzie reszta miasta próbowała się pozbierać, udawać, że wszystko wracało już do normy, tutaj nikt nawet nie próbował, brud był na swoim miejscu, krzywe szyldy nadal wisiały, jakby tylko z przyzwyczajenia, a ludzie… Ludzie robili dokładnie to samo, co zawsze, tylko może trochę ciszej, jakby świat na chwilę ściszył głos, ale nie zmienił melodii. Ten zakątek Londynu zawsze miał to do siebie, że nie próbował nikogo przekonać do swojego uroku, nie udawał luksusowej dzielnicy, nie stroił się w nic, co mogłoby być przyjemne dla oka, a jednak… Im częściej się tu przebywało, tym bardziej wszystko zaczynało układać się w sensowną całość - wszechobecny nieporządek nie był całkowicie przypadkowy, cień nie był tylko brakiem światła, a cisza między krokami przechodniów miała w sobie coś cięższego niż zwykły brak dźwięku. To miejsce nie prosiło o uwagę, ono ją brało, miało też tę jedną zaletę, której nie miała Pokątna - nikogo tu nie obchodziło, kim jesteś i co robisz, dopóki nie wchodzisz komuś w drogę, a to upraszczało zadziwiająco wiele rzeczy. Każdy miał własne sprawy, własne brudy do ukrycia, własne interesy, które nie tolerowały ciekawskich spojrzeń, dzięki temu mogliśmy stać na środku ulicy jak para idiotów, która zgubiła poczucie czasu, i nikt nie uznał tego za coś wartego uwagi.
Nigdy nie było to miejsce, które próbowało się komukolwiek sztucznie przypodobać, może właśnie dlatego zawsze czułem się tu… Swojsko. Nie w sensie komfortu, nie w tym sentymentalhym, przyjemnym znaczeniu, które ludzie lubili przypisywać słowu „dom”, tylko w tym surowym, ostrym odczuciu, że wszystko było praktycznie dokładnie takie, jakie powinno być - nic nie udawało niewinności, nic nie próbowało być lepsze, niż było w rzeczywistości, jeśli coś było niebezpieczne, to było - jeśli ktoś wyglądał jak problem, to zazwyczaj nim był. Proste zasady, jasne granice, brak złudzeń.
Z nieskrywanym błyskiem rozbawienia w oczach, dostrzegłem to, że Prue postanowiła odwzajemnić spojrzenie, które jej posłałem. Pasowała tu - nie tak, jak ktoś, kto próbował udawać pewność siebie, tylko tak, jak ktoś, kto rozumiał zasady gry, nawet jeśli nie mówił ich na głos. Kącik ust drgnął mi lekko, kiedy odbiła moje pytanie pytaniem, ale nie odpowiedziałem od razu - przez chwilę tylko patrzyłem na nią, jakbym naprawdę rozważał odpowiedź, chociaż oboje wiedzieliśmy, że to była tylko gra.
- Lepsze miejsce do zabawy? - Przesunąłem spojrzeniem po ulicy, po krzywych szyldach, po przejściach i zaułkach, które widziały więcej, niż powinny, po ludziach, którzy nie zadawali pytań, bo sami nie chcieli ich słyszeć. - Kilka by się znalazło, ale szadne nie ma takiego uloku jak to.
Pokątna to był teatr, Nokturn to było zaplecze, a na zapleczu zawsze działy się ciekawsze rzeczy.
Słuchałem jej dalej, z tym cwaniackim uśmiechem, który pojawiał się u mnie zawsze, kiedy ktoś trafiał w coś, co znałem aż za dobrze. Opowiadała o przedmiotach, o rzeczach przywożonych z końca świata, o tym, że nigdy nie wiesz, na co trafisz… Skinąłem głową, powoli, jak ktoś, kto nie tylko to rozumiał, ale widział to z drugiej strony.
- No, ploszę. - Mruknąłem pod nosem, na tyle cicho, by być pewnym, iż kierowałem to wyłącznie do jej uszu. - Kto by pomyślał, sze będziesz tak ładnie opisywaś mój zakles obowiązków. - Spojrzałem na nią z ukosa, unosząc lekko brew. - Ludzie naplawdę nie doceniają, ile placy tszeba włoazyś w to, szeby takie szeszy tlafiały w odpowiednie lęse. - Nie było w tym ani grama skruchy, jeśli już, to raczej coś na kształt pokrętnej dumy - życie, jak moje, nauczyło mnie jednej rzeczy bardzo szybko… Tego, iż najlepsze rzeczy nigdy nie stoją na widoku, a te, które stoją, zwykle są tylko przynętą. To wcale nie było trudne, to był nawyk, człowiek szybko uczył się weryfikować kontakty, do których mógł wrócić… Albo których powinien unikać.
Przeniosłem wzrok na ulicę, na te wszystkie miejsca, które wyglądały, jakby mogły się zawalić przy silniejszym podmuchu wiatru, a jednocześnie trwały tu uparcie od lat, okazjonalnie zmieniając tylko właścicieli. Nokturn miał swoją mapę, ale nie była ona narysowana na żadnym pergaminie - siedziała w głowie i w ciele, w odruchach, w tym, gdzie zwalniałem, a gdzie przyspieszałem bez zastanowienia - niektóre drzwi prowadziły do niczego, inne do rzeczy, których lepiej było nie dotykać bez przygotowania, jeszcze inne… Były dokładnie tym, czego się szukało, tylko trzeba było wiedzieć, kiedy wejść i z kim rozmawiać. Ogień, który przeszedł przez resztę miasta, jakby je ominął, albo… Może po prostu nie miał tu czego zabrać, bo wszystko już było nadgryzione, zużyte, przesiąknięte czymś, czego nie dało się spalić - wszechobecną zgnilizną, zarówno fizyczną, jak i moralną.
Zerknąłem na Prue z boku, kiedy zaproponowała swoją grę, i uśmiechnąłem się szerzej, już bez ukrywania rozbawienia.
- Dziewięś. - Padło od razu, bez wahania, bez liczenia, bez analizowania, co to mogło oznaczać - po prostu liczba, która przyszła pierwsza, zgodnie z życzeniem, nie zastanawiałem się nad nią długo - nigdy tego nie robiłem, kiedy nie było takiej potrzeby, podejmowane przeze mnie decyzje przychodziły szybko, instynktownie, jak coś, co było już podjęte, zanim zdążyłem to ubrać w słowa...
Nigdy nie było to miejsce, które próbowało się komukolwiek sztucznie przypodobać, może właśnie dlatego zawsze czułem się tu… Swojsko. Nie w sensie komfortu, nie w tym sentymentalhym, przyjemnym znaczeniu, które ludzie lubili przypisywać słowu „dom”, tylko w tym surowym, ostrym odczuciu, że wszystko było praktycznie dokładnie takie, jakie powinno być - nic nie udawało niewinności, nic nie próbowało być lepsze, niż było w rzeczywistości, jeśli coś było niebezpieczne, to było - jeśli ktoś wyglądał jak problem, to zazwyczaj nim był. Proste zasady, jasne granice, brak złudzeń.
Z nieskrywanym błyskiem rozbawienia w oczach, dostrzegłem to, że Prue postanowiła odwzajemnić spojrzenie, które jej posłałem. Pasowała tu - nie tak, jak ktoś, kto próbował udawać pewność siebie, tylko tak, jak ktoś, kto rozumiał zasady gry, nawet jeśli nie mówił ich na głos. Kącik ust drgnął mi lekko, kiedy odbiła moje pytanie pytaniem, ale nie odpowiedziałem od razu - przez chwilę tylko patrzyłem na nią, jakbym naprawdę rozważał odpowiedź, chociaż oboje wiedzieliśmy, że to była tylko gra.
- Lepsze miejsce do zabawy? - Przesunąłem spojrzeniem po ulicy, po krzywych szyldach, po przejściach i zaułkach, które widziały więcej, niż powinny, po ludziach, którzy nie zadawali pytań, bo sami nie chcieli ich słyszeć. - Kilka by się znalazło, ale szadne nie ma takiego uloku jak to.
Pokątna to był teatr, Nokturn to było zaplecze, a na zapleczu zawsze działy się ciekawsze rzeczy.
Słuchałem jej dalej, z tym cwaniackim uśmiechem, który pojawiał się u mnie zawsze, kiedy ktoś trafiał w coś, co znałem aż za dobrze. Opowiadała o przedmiotach, o rzeczach przywożonych z końca świata, o tym, że nigdy nie wiesz, na co trafisz… Skinąłem głową, powoli, jak ktoś, kto nie tylko to rozumiał, ale widział to z drugiej strony.
- No, ploszę. - Mruknąłem pod nosem, na tyle cicho, by być pewnym, iż kierowałem to wyłącznie do jej uszu. - Kto by pomyślał, sze będziesz tak ładnie opisywaś mój zakles obowiązków. - Spojrzałem na nią z ukosa, unosząc lekko brew. - Ludzie naplawdę nie doceniają, ile placy tszeba włoazyś w to, szeby takie szeszy tlafiały w odpowiednie lęse. - Nie było w tym ani grama skruchy, jeśli już, to raczej coś na kształt pokrętnej dumy - życie, jak moje, nauczyło mnie jednej rzeczy bardzo szybko… Tego, iż najlepsze rzeczy nigdy nie stoją na widoku, a te, które stoją, zwykle są tylko przynętą. To wcale nie było trudne, to był nawyk, człowiek szybko uczył się weryfikować kontakty, do których mógł wrócić… Albo których powinien unikać.
Przeniosłem wzrok na ulicę, na te wszystkie miejsca, które wyglądały, jakby mogły się zawalić przy silniejszym podmuchu wiatru, a jednocześnie trwały tu uparcie od lat, okazjonalnie zmieniając tylko właścicieli. Nokturn miał swoją mapę, ale nie była ona narysowana na żadnym pergaminie - siedziała w głowie i w ciele, w odruchach, w tym, gdzie zwalniałem, a gdzie przyspieszałem bez zastanowienia - niektóre drzwi prowadziły do niczego, inne do rzeczy, których lepiej było nie dotykać bez przygotowania, jeszcze inne… Były dokładnie tym, czego się szukało, tylko trzeba było wiedzieć, kiedy wejść i z kim rozmawiać. Ogień, który przeszedł przez resztę miasta, jakby je ominął, albo… Może po prostu nie miał tu czego zabrać, bo wszystko już było nadgryzione, zużyte, przesiąknięte czymś, czego nie dało się spalić - wszechobecną zgnilizną, zarówno fizyczną, jak i moralną.
Zerknąłem na Prue z boku, kiedy zaproponowała swoją grę, i uśmiechnąłem się szerzej, już bez ukrywania rozbawienia.
- Dziewięś. - Padło od razu, bez wahania, bez liczenia, bez analizowania, co to mogło oznaczać - po prostu liczba, która przyszła pierwsza, zgodnie z życzeniem, nie zastanawiałem się nad nią długo - nigdy tego nie robiłem, kiedy nie było takiej potrzeby, podejmowane przeze mnie decyzje przychodziły szybko, instynktownie, jak coś, co było już podjęte, zanim zdążyłem to ubrać w słowa...
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)